Na własne uszy słyszałem, jak Jacek Komuda twierdził z wielkim przekonaniem, że literatura historyczna go zmęczyła, że ma jej (na razie) dość i chce „spróbować czegoś nowego”, czyli fantasy. Jak powiedział tak i zrobił. Mamy już jednego „Jaksę powieściowego” i jedno opowiadanie w „Nowej Fantastyce”, można więc wyrokować, jak też udała mu się ta wycieczka w nową literacką krainę. Byle ostrożnie, bo to część cyklu, zaledwie tom pierwszy i wszystkie tego typu zwyczajowe zastrzeżenia.

No więc ze zwyczajową ostrożnością chętnie przyznaję, że wycieczkę należy uznać za sukces. Co fantasy obiecuje, to Komuda dostarcza. Jest w „Jaksie” spójny, całkiem przekonująco zdefiniowany świat, obowiązkowo pseudośredniowieczny i obowiązkowo uchwycony w momencie kryzysu. Nawet dwóch kryzysów: zewnętrznego, w postaci najazdu barbarzyńców i wewnętrznego, w postaci buntu wyznawców starej religii politeistycznej przeciw nowej, monoteistycznej; im więcej kryzysów, tym lepiej. Jest wystarczająco wiele potworów, duchów, upiorów, cudów i istot nadprzyrodzonych, by zadowolić najbardziej wymagającego konesera fantasy, z wisienką na torcie w postaci gadającej odciętej głowy. Są w „Jaksie” bohaterowie z krwi i kości: jedzący, pijący, goniący, uciekający, tryumfujący i ponoszący druzgocące klęski. Jest wreszcie główny bohater wraz z ciążącą nad nim klątwą. Ciąży nad nim ta klątwa od małego dziecka, co to ledwie daje radę konno, a jednak cudem i nadludzką rezolucją, niekoniecznie tylko własną, Jaksa pod koniec tomu pierwszego „dycha jeszcze” – jak mawiał nielubiany przez autora Sienkiewicz – i nie jest to spoiler, bo zapowiedzianą mamy minimum trylogię.

Wszystko to pod energicznym raczej niż subtelnym piórem Komudy łączy się w całkiem zgrabną całość. Czyta się. Czyta się samo, intelektualny wkład własny czytelnik może ograniczyć do umiejętności przewracania stronic w szybkim tempie. Ale jeśli nie ograniczy, z każdą kolejną przewróconą stronicą rosnąć w nim będzie pewność, że historia jest zmorą Komudy i jakby od niej nie uciekał, zawsze go dogania.

 

Czym skorupka za młodu nasiąknie…

 

Podejrzenia rodzą się na trzeciej stronie tekstu (dziewiątej w numeracji książkowej). „Hungury! – brzmiało z setek gardeł. – „Hunguryyyy! Ratujcieeee”. Powstaje oczywiste pytanie: dlaczego agresywni barbarzyńscy koczownicy fantasy noszą tak swojską nazwę, kojarzącą się trochę ze znanymi z temperamentu braćmi Madziarami, a trochę z wojowniczymi Ujgurami, dziś gnębioną mniejszością chińską, ale niegdyś dzielnymi nomadycznymi wojownikami, którzy wszakże nie wywędrowali w swych podbojach poza Azję?

Wzorem Mongołów, od których pożyczył im Komuda obyczaje, strukturę społeczną i metody walki, nasi Hungurzy najeżdżają wysoce cywilizowane, luźno zjednoczone, ewidentnie średniowieczne królestwa, wśród których rej wodzą Lendie, Starsza i Młodsza. Warstwa rycersko-arystokratyczna obu Lendii to Lędzice. Czy tylko ja słyszę w tym echo Lechii i Lechitów? I odwrotnie, najdziksze kraina cywilizowanego świata, leżąca na jego najdalszych rubieżach to Podgorica. No owszem, leży ona za barierą gór więc jest „podgórzem”, ale czym Komudzie naraziła się stolica pięknej Czarnogóry, żeby aż tak ją krzywdzić? Choć coś w tym jest… przecież jeszcze za późnej Jugosławii, tuż przed końcem ery przedinternetowej, było tam całkiem dziko do tego stopnia, że w rok po reformie walutowej tubylcy nie widzieli nowych dinarów, czego byłem świadkiem naocznym i zdumionym.

Monoteistyczny bóg – monoteizm jest u Komudy symbolem wyższej cywilizacji, jak zawsze – nazywa się Jessa. Bogowie politeistyczni natomiast noszą imiona i dopasowane do imion atrybuty jak z mokrego snu… rodzimowiercy.

I tak dalej. Rzeka Sanna na przykład przecina góry, opisywane przez Komudę z taką miłością, znawstwem i bogactwem szczegółów, że nie mogą być niczym innym niż wyidealizowanymi Bieszczadami. W Polsce ma ona brata – bliźniaka o tym samym imieniu.

Jest tego mnóstwo. Jeśli kogoś intrygują smaczki, radzę często korzystać z kończącego „Jaksę” prowizorycznego indeksu, w którym niemal wszystko jest znajome i… konfundujące. Bo smaczki występujące w takiej obfitości budzą podejrzenie, że nie są błahymi smaczkami. Że autor nie tylko przyrządził apetyczną zupę na gwoździu z miejsc, nazw własnych i zdarzeń przeróżnych zamierzchłych wieków, ale miał w tym jakiś zamysł. Że to nie tylko ot taka „postmodernistyczna zabawa w cytaty”, jako zabawa zresztą nieszczególnie udana, bo bez wpływu na akcję i – przynajmniej na razie – w żaden sposób nie przyprawiająca fabuły pod czyjkolwiek gust.

 

Że zapędzona do budy historia nie zerwała się Komudzie z łańcucha i szkodzi.

 

Istnieje teoria, że swój początkowy sukces „Władca Pierścieni” zawdzięczał autorskiej umiejętności budzenia w czytelniku coraz silniejszego, choć niekoniecznie uświadomionego przekonania, że za tym, co opisywane: spacerkiem beztroskich hobbitów, kradnących po drodze pieczarki pod piwo, kryje się coś więcej, cały wielki, skomplikowany świat tylko czekający okrycia. Jeśli okaże się, że ten sam mechanizm (choć oczywiście innych rozmiarów i precyzji) funkcjonuje w „Jaksie”, będę się tylko cieszył. Jeśli okaże się, że nie… cóż, szkoda będzie zmarnowanej okazji.

 

 

Krzysztof Sokołowski

 

[dla tego wpisu włączone są komentarze]