Film Władcy ognia (2002) z Izabelą Scorupco właściwie ratuje jedna scena, w której Christian Bale wraz z Geraldem Butlerem w ruinach pogrążonego w smoczej pożodze miasta odgrywają przed grupą dzieci scenę kultowej walki między Lukiem Skywalkerem a Darthem Vaderem z filmu Imperium kontratakuje, bijąc się na kije, po czym zachęcają zgromadzonych do wspólnej modlitwy. W nieodległej wprawdzie, postapokaliptycznej przyszłości bohaterowie Gwiezdnych wojen dla spragnionych opowieści dzieci funkcjonują już wyłącznie jako uosobienia archetypów i przeciwieństwa – Czarny Rycerz i Biały Rycerz, dobro i zło, światło i ciemność, yin i yang, postaci teatralnej sceny, bajka, którą wysłuchuje się przed paciorkiem i snem.

 

Joffrey Watches: „Empire Strikes Back: The Play”

 

Utarło się już bowiem – słusznie zresztą – że Gwiezdne wojny stanowią wzorcową – jeśli nie wzorową – realizację wielkiej narracji: Campbelliańskiego monomitu. Do inspiracji pracami religioznawcy jawnie przyznaje się George Lucas. Wprawdzie okładkę polskiego wydania książki Potęga mitu Josepha Campbella zdobią błękitne trykoty Supermana, ale już okładki kolejnych amerykańskich wznowień Bohatera o tysiącu twarzy często zdobi Mark Hamill jako Luke Skywalker. Gwiezdne wojny funkcjonują zatem na wielu poziomach, z których seria filmów to jedynie poziom najbardziej kasowy. Jak każda mitologia – religia? – na płaszczyźnie osobowej doczekały się apostołów, proroków, trawestatorów i kontestatorów, a na płaszczyźnie tekstowej – kanonu tekstów natchnionych i mniej lub bardziej udanych apokryfów. Nie liczy się jakość dzieła; liczą się kolejne powtórzenia, przetworzenia, kolejne mniej lub bardziej udane realizacje tego samego monomitu. Jak więc odnaleźć się w gąszczu prequeli, sequeli, parodii i dzieł pochodnych?

Nim przejdę do parodii i nawiązań w dziełach trzecich, w tej części zacznę od skomplikowanego wszechświata samych Gwiezdnych wojen. Dziś i tak jest łatwiej niż przed paru laty – po wykupieniu Lucasfilmu przez Disneya powstała bowiem grupa ekspercka Lucasfilm Story Group, której zadaniem jest zapanowanie nad kanonem i opracowanie dalszych ścieżek rozwoju fabuły tak filmów, jak i niezliczonych dzieł pochodnych na licencji. Filmy, książki i komiksy nie mają już jak dawniej złożonej hierarchii stopnia kanoniczności, ponieważ wszystkie – przynajmniej w deklaracjach i pobożnych życzeniach – w równym stopniu rozwijają świat przedstawiony. Efekty pozostawiają wiele do życzenia – widać ogromną zachowawczość w rozwijaniu świata w dziełach pochodnych, jakby w obawie, że redaktorzy serii książkowych i scenarzyści serii komiksowych wejdą w paradę dopiero co powstającym filmom. Od 2012 roku kolejne książki i komiksy niemal wyłącznie skupiają się na poznanym już wycinku historii i na głównych bohaterach, z rzadka pozwalając sobie na odważne rozszerzenie świata przedstawionego. Niemniej Gwiezdne wojny po latach doczekały się własnego, świeckiego odpowiednika soboru nicejskiego I, którego celem jest opracowanie katalogu prawd wiary. Dzieła pochodne z poprzednich trzydziestu lat stały się niekanoniczne, heretyckie, relegowane do statusu Legend (Legends), co zresztą, jak na ironię, potwierdziło jedynie ich status jako mitologii. Reforma wprawdzie jest toporna, ale należą się plusy za próbę uporządkowania tematu. Dawniej bowiem panowało zamieszanie jak – nie przymierzając – w czasach przedsoborowych. W hierarchii dzieł wyróżniano od czterech do pięciu stopni kanoniczności. Nad integralnością świata przestawionego czuwali: Shelly Shapiro, przedstawicielka Lucasa z ramienia Lucas Licensing; Sue Rostoni, redaktorka z wydawnictwa książkowego Del Ray; Randy Stradley, redaktor i scenarzysta z wydawnictwa komiksowego Dark Horse; a także garstka pisarzy i scenarzystów, którzy wzięli na siebie nieformalną rolę doradczą wśród kolegów i koleżanek po piórze, służąc jako konsultanci-apostołowie marki – Troy Denning, James Luceno, Karen Traviss, Abel G. Peña czy John Jackson Miller (szczególnie Luceno słynął z erudycyjnego łączenia ze sobą rozmaitych wątków w kolejnych książkach niczym w literackim gobelinie). Nad wszystkimi zaś czuwał Leeland Chee, anioł stróż i człowiek-encyklopedia, który piastował formalne stanowisko Strażnika Holokronu (Keeper of the Holocron): odpowiadał za spójność coraz to bardziej rozrastającego się świata przestawionego, dbał o autentyczność kolejnych dzieł, a także przeczesywał ich strony ze skrupulatnością bardziej godną prawnika z monomanią niż człowieka sztuki.

Za dzieła natchnione uchodziła seria filmów Lucasa, od której wszystko się zaczęło. Dzieła pochodne tworzyły tzw. Expanded Universe, czyli rozszerzony wszechświat. Kolejne produkty współtworzyły wszechświat Lucasa o tyle, o ile reżyser w kolejnych filmach nie zdecydował się pójść w innym kierunku. Oczko niżej od filmów znajdowały się zatem oficjalne animacje, takie jak serial Wojny klonów (pierwszy, bo są dwa o tej samej nazwie) kultowego, znanego z Dextera i Atomówek Genndy’ego Tartakovsky’ego. Oczko niżej – komiksy i książki. Drugie życie w świat Gwiezdnych wojen tchnął pisarz Timothy Zahn powieścią Dziedzic Imperium w 1991 roku (książki powstawały już wcześniej, ale to ten rok uznaje się za cezurę) i od tej pory kolejne książki bez trudu trafiają na listę bestsellerów New York Times. Większość z nich nawet nie stała obok jakichkolwiek walorów literackich, pełniąc wyłącznie funkcję konsumpcyjną jako kolejne cząstki wielkiej mitologii. Na ich tle wyróżnia się powieść Punkt przełomu (Shatterpoint) Matthew Stovera, która stanowi gwiezdnowojenną trawestację Jądra ciemności (lub pisząc po nowodukajowemu: Serca mroku) Josepha Conrada. Kanoniczne były również gry komputerowe, szczególnie te fabularne, z wyłączeniem samej mechaniki grania (tj. postaci z gier często są znacznie bardziej silne w stosunku do postaci z filmów; ich umiejętności, które mają zaledwie urozmaicać graczom rozrywkę, nie są kanoniczne). Wreszcie na ostatnim piętrze hierarchii plasowały się dzieła niekanoniczne, czyli apokryfy, takie jak rozmaite historie alternatywne, parodie, niewykorzystane grafiki koncepcyjne, odrzucone projekty, niewydane książki. Całkowicie poza kanonem znajdował się tzw. fanon, czyli „kanon” fanowski: rozmaite, często wzajemnie sprzeczne interpretacje, trawestacje, opowiadania, fanarty i pobożne życzenia fanów, które jednak mimo wszystko funkcjonują w świadomości odbiorców („pobożność ludowa”).

Jednak poziom kanoniczności danego wydarzenia czy postaci potrafił również z biegiem czasu ulec zmianie – a z im niższego poziomu dany element wynoszono na ołtarze arcykanonu, tym większe było poruszenie wśród fanów, którzy mieli poczucie, że ich wierność dziełom pochodnym – nie zawsze motywowana ich jakością – została zauważona i doceniona. I tak przykładowo planeta-miasto Coruscant z powieści Timothy’ego Zahna trafiła do filmu Mroczne widmo jako stolica-ekumenopolis Republiki. Podobnego zaszczytu dostąpiła Jedi Aayla Secura, postać znana z komiksów. Wieść niesie, że Lucas zauważył powabną Securę na okładce jednego z komiksów serii Star Wars Republic (samych komiksów i książek Lucas nie czytał, mimo że formalnie rzecz biorąc rozszerzały jego autorski świat) i spodobała mu się do tego stopnia, że umieścił ją w jednej scenie Zemsty Sithów. „Elewacji” dostąpili też popularny wśród fanów Jedi Quinlan Vos z komiksów, który trafił do serialu animowanego Wojny klonów (współtworzącego część obecnego „nowego kanonu”) i genialny niebieski strateg Thrawn z powieści Zahna, który obecnie gości w serialu Rebelianci.

Są to przykłady, gdy dany kanoniczny element przeskakiwał oczko wyżej w hierarchii, natomiast istnieją też przykłady sytuacji, w której kanonizowano elementy spoza kanonu. W 2005 roku ukazała się niekanoniczna antologia komiksowa Star Wars: Visionaries, która zbierała utrzymane w różnych stylach wizjonerskie historie rozmaitych grafików koncepcyjnych, którzy wcześniej pracowali przy filmie Zemsta Sithów. Nieograniczeni kanonem, w antologii mogli puścić wodze fantazji. I tak oto w historii Old Wounds Aarona McBride’a pozornie uśmiercony w Mrocznym widmie Darth Maul, podtrzymywany przy życiu siłą ponadludzkiej nienawiści do młodego Obi-Wana, liże rany i powoli dochodzi do zdrowia. Utracone nogi zastępuje groteskowymi mechanicznymi kończynami, po czym udaje się na Tatooine, by zemścić się na byłym Jedi. Dochodzi do walki. Kultowa historia powrotu Maula zza grobu doczekała się kanonizacji, gdy George Lucas wskrzesił postać w 2012 roku w animowanym serialu Wojny klonów. Musiało jeszcze minąć kilka lat, by w kolejnym serialu – Rebelianci – doszło do z dawna oczekiwanej walki z Obi-Wanem na piaskach Tatooine (2017). Wszystko dzięki jednemu grafikowi koncepcyjnemu, który pozwolił sobie wyjść poza pierwotną wizję Lucasa.

 

Obi-Wan VS Darth Maul & Maul’s Death FULL BATTLE – Star Wars Rebels S3Ep20 Twin Suns

 

Zdarzyło się i tak, że kanonizacji uległa szalona teoria spiskowa fanów. Ci bowiem, groteskowo wykraczając poza konwencję kosmicznej baśni, uznali, że ogromne fragmenty Gwiazdy Śmierci II opadłyby na księżyc planety Endor, co doprowadziłoby do katastrofalnej pożogi i całkowitego wyniszczenia misiowatych Ewoków. Spekulacje te, przez lata znane pod mało subtelną nazwą Holokaust Ewoków (!), ostatecznie trafiły do dzieł kanonicznych, które jednak uznały je… za imperialną propagandę mającą zdyskredytować nowo powstałą Nową Republikę. Trudno powiedzieć, czy takie ostateczne rozwiązanie kwestii ewokowskiej zadowoliło fanów.

 

Krzysztof Kietzman

 

KONIEC CZĘŚCI PIERWSZEJ

CZĘŚĆ DRUGA TUTAJ

 

[dla tego wpisu włączone są komentarze]

  • robert70r

    No to czekam na część drugą. 🙂

  • LapsusC

    @robert70r:disqus Z Krzyśkiem gadaj. Ja go puszczam od razu. Niezły 🙂 jest.