[Esej ten, opublikowany pierwotnie w Feniksie nr 1-2- (2-3) 1985,  ma wbrew pozorom walor nie tylko muzealny. Zamierzony jako popularne uzupełnienie Fenomenu Tolkiena – pracy raczej teoretycznoliterackiej – jest kolejnym „pierwszym krokiem” w polskiej tolkienologii, która ostatecznie sfaniła się i obumarła w żałosnej amatorszczyźnie. Przedstawia nieznane w owym czasie Polsce dzieła Tolkiena, ujmuje „Władcę Pierścieni” w kontekst. Porządkuje, na ile to było możliwe, wątki. Jest próbą przedstawienia „kanonu Tolkiena”. Z przyjemnością zauważam dziś, że podobnym do mojego, można by rzec: równoległym, tropem poszła ekipa Petera Jacksona, co jest to szczególnie widoczne w specyficznym, trzeba przyznać, przedstawieniu Galadrieli. Ale to już temat na część trzecią, chodzącą za mną od czasu obejrzenia pierwszego „Hobbita”. Co się odwlecze…]

#

W chwili gdy piszę te słowa, „Radar” rozpoczął druk w odcinkach długo oczekiwanej historii m.in. Pierwszego Wieku, „Silmarilliona”. W ten sposób dociera do czytelnika polskiego dzieło w dorobku Tolkiena najważniejsza, książka (czasami mylnie nazywana powieścią), która zamyka w sobie zarówno „Hobbita”, jak i „Władcę pierścieni” jako, jeśli można się tak wyrazić, pewne przypadki szczególne. Mam nadzieję, że książkowe wydanie „Silmarilliona” ożywi dość do tej pory niemrawą polską tolkienistykę, będącą ciągle jeszcze domeną krytyków, łagodnie mówiąc, przypadkowych. Zostawiając do sposobniejszej chwili rozprawę z banałami, którymi żywią nas piszący o Tolkienie, pragnę zarówno jego czytelnikom i wielbicielom, jak i przeszłym i przyszłym krytykom, zwrócić uwagę na tę jego książkę, którą do tej pory – jakże niesłusznie! – pomijano.

W roku 1990, a więc stosunkowo niedawno, staraniem redaktora „Silmarillion”, syna pisarza, Christophera Tolkiena, ukazały się drukiem „Unfinished Tales of Numenor and Middle Warth” (”Niedokończone opowieści o Numenorze i Śródziemiu”). Książka dziwna, bowiem złożyły się na jej treść „remanenty z biurka Tolkiena” czyli wszelkiego rodzaju brudnopisy i fragmenty. Książka przynosząca ogrom wiadomości dotyczących świata Ardy, zmuszająca do przewartościowania wielu, wyrażanych dotąd z całym przekonaniem, sądów. By w pełni docenić jej wagę wystarczy tylko przypomnieć, że „Silmarillion” taki, jaki znamy od 1977 roku, jest także dziełem Christophera Tolkiena, który z pozostałych w papierach ojca materiałów zachowanych w postaci ukończonej, zdołał złożyć książkę.

Poszczególne rozdziały „Silmarilliona” pochodzą z różnego czasu i w różnym stopniu odzwierciedlają ostateczne sądy pisarza. Nad dziejami Śródziemia Tolkien pracował 60 (!) lat, pozostawiając po sobie ogrom materiału, za którego częściowe nawet udostępnienie jesteśmy winni głęboką wdzięczność.

Wątpię, czy „Niedokończone opowieści…” zostaną kiedykolwiek przetłumaczone na język polski. Jeśli nie, bardzo tego żałuję. Według świadectwa pochodzącego z 1955 roku, z czasów pisania „Dodatków” do „Władcy pierścieni”, jego czytelnicy dzielą się z grubsza na dwie kategorie. Pierwsza to ci, którzy potraktują tę książkę jako „romans heroiczny”, a wszystko, co w niej niedopowiedziane, jako część zamierzonego „efektu artystycznego”. Druga, na całym świecie znacznie liczniejsza, to ci, którym sprawia przyjemność jak najdokładniejsza orientacja w stworzonym w książkach świecie dla których największą radością jest śledzenie jego dziejów i rozszyfrowywanie tajemnic. Przewiduje, iż ta druga grupa rozszerzy się również w Polsce, po publikacji „Silmarilliona”. Nie znając języka, nie mając zatem dostępu do zachodnich książek, polski czytelnik Tolkiena cierpieć będzie na stresy związane z „nienasyceniem”, które było też moim udziałem po pierwszej lekturze „Władcy Pierścieni”. Zadaniem krytyków będzie więc sporządzenie „inwentarza” czy też „katalogu” tolkienowskiego świata, nim przyjdzie czas na skomplikowane interpretacje.

„Niedokończone opowieści” są tego inwentarza nieodzownym składnikiem. Zawierają nie tylko wiele nowych, niezwykle cennych wiadomości. Ich lektura uświadamia także ogrom orom trudności związanych z interpretacją dzieła. Wspaniała robota redakcyjna, świetne komentarze, którymi teksty ojca opatrzył syn, nie są niestety w stanie zlikwidować ich wszystkich.

#

Przyjęty przez Christophera Tolkiena podział „Niedokończonych opowieści” jest najprostszy z możliwych. Trzy części, w których zgrupowane są teksty, odpowiadają Trzem Erom Świata. W tym miejscu pierwsza uwaga. Podział czasu obowiązujący w Śródziemiu, na Ardzie, jest skomplikowany nei tylko dlatego, że istnieją różne kalendarze, które trudno ze sobą uzgodnić. Znany powszechnie podział na Trzy Ery został przez angielskiego pisarza celowo zagmatwany. Pewna, dość znaczna część dziejów toczy się w ogóle poza nim. Nie wiemy nawet dokładnie kiedy zaczęła się Pierwsza Era. Istnieją co najmniej trzy równoprawne wersje, które podaje Robert Foster w znakomitym encyklopedycznym  przewodniku „The Complete Guide to Middle-earth”. Datą początkującą Pierwszą Erę może być czas zakończenia prac Valarów na Ardzie, Przebudzenie (czyli narodziny elfów) lub wreszcie narodziny ich następców, ludzi, które zbiegły się z pojawieniem słońca, pierwotnie wschodzącego na… zachodzie (sic!). Ta ostatnia data jest najbardziej prawdopodobna, od niej bowiem można dopiero mówić o pomiarze czasu w latach. A przecież od Pieśni Ainurów, która stworzyła świat, do narodzin ludzi zdarzyło się wiele. Zaś do wcześniejszego ojawienia się Dwóch Drzew można mieć wątpliwości, czy czas na Ardzie istniał w ogóle i zy możemy mówić o czymś więcej niż prostym następstwie zdarzeń. A przecież to wówczas świat został wyobrażony i stworzony, na Ardę przybyli Valarowie, z których ostatnim był Tulkas, Melkor uciekł z niej i powrócił znowu, tworząc łańcuch Ered Engrin za szczytami Thangorodrim oraz twierdze Angbad i Utumno, zaś Valarowie, po zniszczeniu Lamp oświetlających świat, przenieśli się na nowy kontynent Aman. Zaś pomiędzy stworzeniem Telperiona i Laurelinu, a przebudzeniem ludzi, również zdarzyło się niemało: rozbłysłu nowe gwiazdy, pojawiły się Elfy i Krasnoludy, Melkor został ujęty i uwolniony.

Ogromu związanych z chronologią Pierwszej Ery problemów nie rozstrzygnie dziś już nikt. Skazani jesteśmy na wątpliwości, które nurtowały także Roberta Fostera, gdy tworzył „Dodatek A” do wymienionego opracowania encyklopedycznego, „Niedokończone opowieści” bowiem w tej materii niczego nowego nie przynoszą. Opowieścią „O Tuorze i jego przybyciu do Gondolinu” prowadzą nas od razu w rok 500 Pierwszej Ery… choć w pewnym sensie jest to początek.

Według świadectwa Christophera Tolkiena, któremu musimy wierzyć, opowieść o Tuorze była pierwszą przygotowaną, opracowaną i udostępnioną historią, łączącą się z dziejami Ardy; opowieść ta stoi więc u progu kreacji tolkienowskiego świata. W pierwszej wersji, zatytułowanej „Upadek Gondolinu” nie była jednak nigdy drukowana. „Udostępnienie” jej polegało na tym, że zaproszony do wygłoszenia wykładu w „Essay Club” cellege Exeter Uniwersytetu Oxfordzkiego (1920 rok)m bue nająć przygotowanego żadnego materiału naukowego, Tolkien przeczytał po prostu tę właśnie opowieść. Sporządził z niej później skrót, jako część przygotowywanego do druku „Silmarilliona”, pozostawiając znacznie obszerniejszą wesję pierwotną w rękopisie. Publikowany w „Niedokończonych opowieściach” fragment dziejów Tyuora pochodzi prawdopodobnie z 1951 roku. W oryginale noszący tytuł „O TUorze i upadku Gondolinu” został w omawianej książce opublikowany pod tytułem „O Tuorze i jego przybyciu do Gondolinu” ponieważ, z niejasnych względów, nie został nigdy zakończony i urywa się na opisie Tuora, spoglądającego na Gondolin poprzez równinę Tuladen. Jeśli doczekamy się kiedykolwiek publikacji „Book of Lost Tales” – a pośród nich „Upadku Gondolinu” – zwierającej najstarsze zachowane teksty J.R.R. Tolkiena, różniące się od późniejszych zarówno merytorycznie, jak i stylistycznie, nasza wiedza o możliwych dziejach Pierwszej Ery będzie nieporównywanie dokładniejsza, a „Silmarillion ukaże się w zupełnie innej perspektywie.

#

Informacje, które czerpać można z „Niedokończonych opowieści”, a zwłaszcza z ich części pierwszej, pomagają zrozumieć dokładnie, na czym przede wszystkim polegały błędy krytyków dotychczas piszących o Tolkienie. Otóż traktowali oni „Hobbita”, „Władcę Pierścieni”, „Silmarilliona” jako książki osobne, które wolno omawiać niezależnie od siebie. Skutkiem takiego podejścia było wiele zabawnych pomyłek, na których opis przyjdzie kiedyś czas. Tymczasem, jak już zaznaczyłem, „Silmarillion” jest książką nadrzędną, z której obie, wcześniej wydane i znacznie bardziej popularne, wynikają. Rewizji poddać więc należy co najmniej wszystko to, co o angielskim autorze pisano przed 1977 rokiem. I starać się trzeba, by podobne pomyłki nie zdarzały się już więcej.

Jakkolwiek wspomniany tu „Upadek Gondolinu” powstał w latach 1916-1917, w czasie przerwy w odbywaniu służby wojskowej, spowodowanej chorobą Tolkiena, jakkolwiek wzmianka o Siedmiu Nazwach Gondolinu pojawiła się po raz pierwszy na druku noszącym tytuł „Łańcuch odpowiedzialności w batalionie”, narodziny tolkienowskiego świata miały miejsce jeszcze wcześniej. Można datować je aż na rok 1914 (Tolkien miał wówczas 22 lata). Zajmując się historią języka angielskiego, szczególnie zainteresowany ( ze względów rodzinnych) dialektem zachodnio-midlandzkim, studiował Tolkien poemat Cynewulfa „Crist”, w którym natrafił na następujące intrygujące słowa:

„Eala Earendel beothrast
Ofer middangeard monnnum sended”
czyli
Pozdrowiny Earendle najjaśniejszy z aniołow
Ponad Śródziemie zesłany do ludzi”

Słowo „earendel”, oznaczające „błyszczące światło, promień”. Miało w tym dwuwierszu niewątpliwie dodatkowe znaczenie. Tolkien interpretował je jako odnoszące się do Jana Chrzciciela, sądził też, że było ono nazwą Gwiazdy Porannej, czyli planety Wenus. Pojawienie się tego słowa, jego niezwykłe brzmienie, miało na młodego studenta wpływ ogromny. Takie fascynacje pojedynczymi słowami zdarzały mu się już wcześniej, ta jednak nie minęła szybko. Wręcz przeciwnie, była coraz mocniejsza. W owym czasie Tolkien tworzył niemal wyłącznie kiepskie wiersze. W 1914 rou napisał właśnie „Podróż Earendela Gwiazdy Wieczornej”, w którym zawarł opis wędrówki statkiem-gwiazdą po firmamencie. Poemat „The Shores of Faery” („Wybrzeża Czarodziejskiego Kraju”), pochodzący z 1915 roku, także nie miał wiele wspólnego z późniejszą mitologią Śródziemia, ale oprócz imienia Earendil zawierał dodatkowo następujące nazwy: Valinor, Taniquetil, Wingelot (później Vingilot), Dwa Drzewa.

Tolkien miał wówczas dwadzieścia trzy lata i sposobił się właśnie do służby wojskowej, która później zaprowadziła go nad Sommę.

Ile pozostało we wspomnieniach młodziutkiego, zszokowanego okrucieństwem wojny żołnierza ze szczęśliwych czasów studenckich, które wydawały się tak dalekie? Czy pisane „w wojskowych barakach pełnych ludzi i gramofonowej muzyki” pierwsze szkice przyszłego „Silmarilliona”, „Upadek Gondolinu”,  wiążą się jakoś z wcześniejszą pieśnią o Earendelu? Z pewnoscią tak. Earendil jest przecież dzieckiem Tuora i Idril, ocalonym przez rodziców z zagłady Gondolinu. Obie opowieści, o których tu mowa, łączą się ze sobą bezpośrednio. Która z nich była ważniejsza, wokół której krystalizowała się wyobraźnia Tolkiena? Na to pytanie bez dokładnej analizy odpowiedzieć nie sposób.

#

Jeśli chodzi o dzieje Pierwszej Ery materiał dostarczony przez Niedokończone opowieści” jest – jak widać – wartości ogromnej, lecz nie decydującej. Obraz tej ery jest mniej więcej jasny i znany z „Silmarilliona. Ci, którzy interesują się głównie akcją, a nie wyobraźnią, nie potrzebują uszczegółowienia dziejów Tuora. Nie zainteresuje ich również drugi dotyczący Pierwszej Ery tekst „Narn i Nin Hurin” („opowieść o dzieciach Hurina czyli losy Turina Turambara), zwłaszcza, że nie wnoszą one nic nowego w kwestiach „merytorycznych”, mając za to wielkie walory czysto literackie, którymi tu się nie zajmujemy.

Inaczej jest z Erą Drugą. Z tego najtragiczniejszego i najbardziej tajemniczego  okresu dziejów świata, rozpoczynającego się upadkiem Melkora po Wielkiej Bitwie, a zakończonego zwycięstwem Ostatniego Przymierza nad Sauronem, pozostało niewiele. Oprócz wzmianek w „Dodatkach” do „Władcy pierścieni” jest to tylko Akallabeth – opowieść o zagładzie Numenoru. Toteż – jestem pewien – wszyscy, nawet ci, których świat Tolkiena zainteresował tylko, a nie zafascynował, z przyjemnością przeczytaliby  „Opis wyspy Numenor” zawierający rysunek jedynej sporządzonej kiedykolwiek mapy tego kraju, zapoznaliby się z panującą na niej aż do zagłady linią spadkobierców Elrosa, syna Earendila, potężnego władcy ludzi.

Według „Niedokończonych opowieści” autorem Akallabeth był Elendil, przywódca Wiernych z Numenoru, obok Gil-Galada wódz Ostatniego Przymierza. Dzięki niemu ocalała jedyna zachowana opowieść numenorejska: „Aldarion i Erendis, opowieść o żonie żeglarza”. W materiałach Drugiej Ery znajduje się jednak tekst nierównie ważniejszy: „Historia Galadrieli i Celeborna oraz Amrotha, króla Lorien”.

#

Postać Galadrieli, na której chcę teraz skupić uwagę, , w świetle „Silmarilliona i „Władcy pierścieni” wydaje się nieco tajemnicza. Przypomnijmy może w skrócie to, co o niej wiedzieliśmy.

Imię „Galadriela” w języku elfów sindarin oznacza „Panią Światła”. Była księżniczką elfów, córką Finarfina. Opuściła Aman wraz ze zbuntowanymi elfami Feanora i była jednym z przywódców grupy Fingolfina. W Śródziemiu poślubiła Celeborna, z ktrym miała córkę Celebrianę, późniejszą żonę Elronda. W Trzeciej Erze rządziła Lorien, powstrzymując Saurona dzięki swej własnej mocy i potędze jednego z Trzech pierścieni, Nenyi. Udzieliła pomocy Drużynie Pierścienia i za zezwoleniem Valarów powróciła do Valinoru tym samym statkiem, którym udali się do Błogosławionego Królestwa Powiernicy Pierścienia.

Niewiele tego, prawda? Specyficzne cechy artystyczne prozy Tolkiena sprawiły, że wokół postaci Królowej Elfów wytworzyła się aura smutku, niemal tragizmu, który wydawał się niewytłumaczalny. Proszę przypomnieć sobie jedną z najpiękniejszych scen „Władcy Pierścieni” – scenę wróżb przy Zwierciadle Galadrieli. Frodo proponuje jej Pierścień, a Galadriela toczy ze sobą ciężką walkę nim go odrzuci. Jest to zdumiewające, bowiem poraz pierwszy jakaś istota niewątpliwe szlachetna jawnie pożąda Pierścienia, zamiast cofać się przed nim z przerażeniem. W tym właśnie fragmencie najjaśniej objawia się coś, co czyni z królowej elfów postać wyjątkową. Coś bardzo trudnego do nazwania: ambicja, żądza władzy, tęsknota za potęgą, a może sama, czysta potęga? Galadriela potrafi przewidzieć plany Saurona. Galadriela potrafi pokazać przyszłość! Jest znacznie bardziej fascynująca niż na przykład Elrond, choć przecież Tolkien bezustannie zapewnia o jego mądrości.

Coś w tym przecież musi być.

Postać Galadrieli i jej rola w dziejach świata ewoluowały nieustannie, a kierunek tej ewolucji był jeden: ta postać stawała się coraz ważniejsza. Świadczy o tym także ten fakt, że ostatni napisany przez Tolkiena tekst dotyczący Śródziemia, powstały w sierpniu 1973 roku (pisarz zmarł we wrześniu tego roku) poświęcony był właśnie jej.

Niepodobna niestety ustalić, kim „naprawdę” była królowa Elfów. Poszczególne poświęcone jej fragmenty tolkienowskiego dzieła są wzajemnie sprzeczne, w czym nie ma zresztą nic wyjątkowego. Najogólniejszy, rysujący się dzięki wiadomościom zaczerpniętym z „Niedokończonych opowieści obraz jest następujący.

Już w błogosławionym Królestwie Aman Galadriela zwracała uwagę swą pięknością, mądrością i ambicją. O jej jasnych włosach mówiono, że błyszczą światłem „Dwóch Drzew”. O pasemko włosów Galadrieli bezskutecznie prosił Feanor, urzeczony ich niezwykłym pięknem. Nie otrzymał ich nigdy, gdyż Galadriela, obdarzona zdolnością czytania w umysłach innych istot, znała żądzę włądzy Feanora, któremu – pod względem zdolności – ona jedna mogła dorównać. Być może odmowa ta spowodowała powstanie Silmarili; Feanor chciał mieć dla siebie blask Laurelinu  i Telperiona, którego mu odmówiono.

Galadriela nie wzięła też żadnego, nawet biernego, udziału w buncie Feanora. Wręcz przeciwnie, wspólnie z Celebornem broniła statków Telerich i zdołała uratować swój własny. Na nim właśnie, nie czekając na pozwolenie Manwego odpłynęła do Śródziemia. Chciała oderwać się od bogów, uwolnić spod ich opieki, rządzić samodzielnie jak największym królestwem. W końcu Pierwszej Ery dumnie odrzuciła zezwolenie Valarów na powrót do Valinoru.

Dopiero pamiętając o tym rozumiemy, jak wiele kosztowała ją decyzja wyrzeczenia się Pierścienia. Jego posiadanie było dla niej spełnieniem wieloletnich marzeń. Stałaby się władczynią imponującego królestwa, całego Śródziemia, zniszczyłaby w nim zło, zwyciężyła Saurona. Rezygnacja z Pierścienia Władzy była w istocie rezygnacją z marzeń, przekreśleniem sensowności wszystkich dokonywanych wcześniej wyborów, przyznaniem się do błędu, ukorzeniem i poddaniem woli bogów, którym rzuciła wyzwanie. W duszy Galadrieli toczyła się walka między dumą potężnej i mądrej władczyni, po śmierci Feanora nie mającej sobie równych w świecie, a szlachetnością, odziedziczoną po babce pochodzącej z plemienia Vanyarów, najdostojniejszych z elfów. Wiele razy zwyciężała duma, ostatecznie jednak zatryumfowała szlachetność. Galadriela ukorzyła się. Mając w ręku powiernika pierścienia, w pełni świadomie zdecydowała się zapłacić cenę pokonania zła: zniszczenie świata, o którym marzyła i który kochała.

Odniosła zwycięstwo, lecz z pewnością nie było to zwycięstwo łatwe.

Przez długi czas skłonny byłem przyznawać rację tym krytykom Tolkiena, którzy narzekali na niezmienność charakterów w jego książkach, na brak konfliktów wewnętrznych bohaterów. Zdanie to jestem zmuszony dziś zmienić.

Wiele można jeszcze napisać o fascynującej postaci Pani Elfów, Pani Lothorien. W  „Historii Galadrieli i Celeborna” zawiera się cała niemal wiedza, niemal wszystkie legendy i pieśni Śródziemia Drugiej Ery. Według jednej z wersji Amroth, kochanek Nimrodel, był synem Galadrieli. Ta piękna opowieść o miłości, inspirowana niewątpliwie osobistymi przeżyciami Tolkiena, będąca jakby echem historii Berena i Luthien, jest jednak zbyt dobrze znana, by się nią tutaj zajmować.

#

Zatrzymajmy się jednak choć przez chwilę nad losami innej tajemniczej postaci: Celebrimbora, syna Curufina, wnuka Feanora. Czynimy to przez wzgląd na kluczową dla Trzeciej Ery sprawę Pierścienia Władzy, a zwłaszcza Trzech Pierścieni Elfów, których twórcą był właśnie Celebrimbor. Mówiący o nim tekst, będący częścią „Historii Galadrieli i Celebrimbora”, zdaniem Christophera Tolkiena jest późniejszy od „Władcy Pierścieni”. Nie ma w nim wzmianki o pochodzeniu Celebrimbora z rodu Feanora, jest on zwykłym uciekinierem z Gondolinu, dworzaninem Galadrieli. Zamiłowanie do rzemiosła zbliża go do krasnoludów i to jeden z nich, Narvi, staje się jego najbliższym przyjacielem (na Zachodnich Wrotach Morii, otwieranych zaklęciem „mellon” widniał napis: „Zrobiłem ten drzwi ja, Narvi. Znaki wykuł Celebrimbor z Hollinu”).

Najlepszego ucznia znalazł w Celebrimborze Sauron, który przez pewien czas mieszkał wśród elfów w najpiękniejszej swej postaci. On właśnie szkolił elfy w rzemiośle i potrafił wykorzystać ambicję tego spośród nich, który w swej pysze chciał dorównać samemu Feanorowi, twórcy Silmarili. Z podpuszczenia Saurona powstało bractwo rzemieślników Gwaith-i-Mirdain, którego członkowie zajmowali się wytwarzaniem Pierścieni Władzy i w pewnym momencie wywołali nawet bunt przeciw Galadrieli.

Celebrimbor, który nigdy nie był sługą Saurona, czując się oszukany po odkryciu, że jego mistrz wykuł w sekrecie Jedyny Pierścień, zwrócił się do Galadrieli w sprawie swego arcydzieła, Trzech Pierścieni Elfów. Obydwoje nie mieli siły ich zniszczyć, zdecydowali więc usunąć je poza zasięg Władcy Zła. Galadrieli zatrzymała Nenyę, Vilya i Narya zostały wysłane do Gil-Galada. Sauron rozpoczął wojnę, Celebrimbor stanął do walki z nim i został wzięty do niewoli. Dziewięć Pierścieni dostało się w ręce Nieprzyjaciela, tajemnicę Siedmiu zdradził torturowany Celebrimbor, nie zdradził jednak tajemnicy Trzech. Został zamordowany, a jego ciało, pokłute strzałami orków, wojska Saurona obnosiły przed sobą jak sztandar.

W ten sposób, niemal niepostrzeżenie, wkraczamy w Trzecią Erę. Jeśli nie najbardziej interesującą, to z pewnością najlepiej znaną, jako że jej kluczowych wydarzeń dotyczy „Władca Pierścieni”. Tych, których szczególnie interesuje przebieg bitwy na Polach Gladden, historia przyjaźni Gondoru i Rohanu, opowieść Gandalfa o tym, co zdarzyło się przed niespodziewaną zabawą rozpoczynającą tę książkę i tak dalej, i tak dalej, jestem zmuszony rozczarować. Na wyczerpanie tego źródła wiedzy, jakim jest zbiór „Niedokończonych opowieści”, trzeba by poświęcić kilka numerów Feniksa wyłącznie jemu, a to niestety jest niemożliwe. Z żalem przechodzę więc od razu do części czwartej, zawierającej trzy fascynujące teksty: „The Druedain”, „The Palantiri: oraz ten, który interesować nasz będzie szczególnie: „The Istari”.

Kogóż z nas nie zafascynowała postać Gandalfa? Zabawnego czarodzieja z „Hobbita”, tajemniczego mędrca z „Władcy Pierścieni”? Dzieła tego jakże żywotnego starca są przecież wręcz niezwykłe. Odpowiedzialność za świat wydaje się spoczywać wyłącznie na jego barkach. Kim był? Człowiekiem? Jako Gandalf, tak. Starym człowiekiem. Lecz jako Mithrandir? Przecież nie elfem! Skąd pochodzi jego niezwykła mądrość, siła woli, odwaga i moc, dzięki którym jako jedyny potrafi oprzeć się Władcy Nazguli? Co oznacza jego śmierć w walce z Balrogiem i późniejsze „zmartwychwstanie”? Biały strój w miejsce szarego, podróżnego płaszcza? Może jest on wędrującym po ziemi bogiem? Jeśli tak – czemu nie są mu obce strach, głód i pragnienie, wesołość i słabość?

Każdy z nas zadawał sobie te i jeszcze inne pytania podczas lektury Władcy Pierścieni, gdy urzekło go już baśniowy świat tej książki, gdy poczuł, że chętnie zamieniłby prawdziwą Ziemię na fikcyjne Śródziemie, by choćby na chwilę spotkać się z entami, usłyszeć śpiew elfów, zobaczyć dzieła krasnoludów, wejść do hobbickej norki. Takie są prawa wyobraźni. Wyobraźnia nie karmi się faktami lecz raczej obrazami, a te Tolkien tworzy w oparciu o elementy najbardziej podstawowe, o czym miałem przyjemność pisać w „Fantastyce” 2/1985. W końcu zawsze jednak przychodzi czas, gdy zamykamy książkę. Zaczynany domagać się wyjaśnień. Bardzo rzadko zdarza się, by wyjaśnienia nastąpiły.

W tym wypadku tak się zdarzyło.

#

Wyjaśnienie tajemnicy mędrców czy też czarnoksiężników nie jest tylko kwestią zaspokojenia prostej ciekawości. Wręcz przeciwnie, ma ogromne znaczenie dla struktury dzieła Tolkiena, w tym także dla jego walorów czysto literackich. Gdyby okazało się, że Gandalf jest bogiem wszechmogącym, który przybrał postać dobrodusznego starcza z brodą by nie gorszyć maluczkich, jakże spłyciłoby to „Władcę Pierścieni”! Świat Śródziemia wymaga bohatera cierpiącego, znającego strach i potrafiącego ten strach przezwyciężyć.

Czy wyjaśnienie tajemnicy mędrców, zaofiarowane w tekście „The Istari” rozczarowuje? Mnie nie rozczarowało.

Czarodzieje, czarnoksiężnicy, mędrcy (to ostatnie określenie byłoby chyba najlepsze przez pokrewieństwo angielskiego „wizard” z „wise”, w języku Quenya „Istari”) byli wysłannikami Valarów, przybyłymi do Śródziemia z Amanu, Błogosławionego Królestwa. Przybywali w określonym porządku: jako pierwszy Saruman o kruczych włosach i pięknym głosie, wyglądający na najdostojniejszego, później dwóch bezimiennych, odzianych w kolor niebieski. Ci trzej wspólnie powędrowali na wschód Śródziemia, pomiędzy dzikie ludy będące sprzymierzeńcami Saurona. Z podróży tej wrócił tylko Saruman, losy jego towarzyszy nie są znane. Przybył także Radagast Bury ubrany w brunatny płaszcz, wielbiciel ptaków. Na końcu przypłynął ten, który wydawał się najmniej ważny, najmniejszy. Już był stary, podpierał się laską. Nosił szary strój pielgrzyma. W tym niepozornym przybyszu Cirdan z Szarej Przystani rozpoznał najdostojniejszego i jemu oferował Naryę Purpurową, Pierścień Ognia, jako pomoc w trudnych dziełach. Podobne wrażenie odniosła Galadriela nalegająca, by to właśnie Gandalf został przewodniczącym Białej Rady. Inni woleli jednak Sarumana który, odkrywszy że Gandalf jest właścicielem Pierścienia, zaczął zazdrościć mu i obracać się przeciw niemu, by w końcu stać się pożałowania godnym sługą Zła.

Najpełniejsze wyjaśnienie natury Mędrców zawiera krótki, partiami nieczytelny tekst Tolkiena, który jego syn częściowo cytuje, a częściowo opisuje. Jest w nim mowa o Radzie Valarów mającej zdecydować o wysłaniu do Śródziemia emisariuszy, czuwających nad rozwojem wydarzeń i – w miarę możliwości – wypływających na ich rozwój. Wskazani zostają Maiarowie: Curumo, wybrany przez Aulego oraz Alatar, wskazany przez Oromego. Sam Manwe próbuje skłonić do przyjęcia tej roli Olorina, protestującego i przyznającego się do… strachu przed Sauronem, lecz w końcu godzi się pójść „jako trzeci. Wtedy do Varda wypowiada słowa „nie jako trzeci”, wzbudzając tym zazdrość w sercu Curumo – Sarumana. Na prośbę Yavanny Curumo bierze ze sobą Aiwendila (Radagasta), Alatar zaś ma wędrować ze swym przyjacielem Pallando. Wybranym posłańcom bogów stawia się warunek: muszą zapomnieć o swej mocy, pomniejszyć wiedzę i mądrość o przerażenie płynące z fizyczności, z posiadania śmiertelnego ciała. Wprawdzie mędrcy starzeją się bardzo powoli, nie pod wpływem przeżytych lat lecz przebytych trudów i podjętych prac, mogą jednak cierpieć i zginąć w walce. Poprzez te ograniczenia walka ze złem odbyć się musi nie w boju, lecz w pojedynku mądrości i siły woli. Pojedynku, który dzięki tym właśnie cechom wygrywa Gandalf.

Czy tylko zręczność, siła woli i mądrość zdecydowały o jego zwycięstwie? Z pewnością nie. Przecież Saruman dysponował nimi w obfitości, a jednak uległ pokusom zła. To, co da się odtworzyć z luźnych zapisków Tolkiena, który postaci Olorina poświęcił stosunkowo niewiele miejsca, pozwala jednak na udzielenie dokładniejszych wyjaśnień.

Olorin związany był blisko z Irmo zwanym Lorien, Valarem, którego dziełem były marzenia i wizje. W „The Istari” nazwany zostaje nawer „doradcą Irmo”. Wiadomo że, niewidzialny, często wędrował wśród elfów, obdarowując ich obrazami piękna i mądrości, przemawiającymi do serca, a ci, którzy go słuchali, poznawali „rzeczy piękne, których nie ma lecz mogłyby być i wzbogacić Ardę”. W innym miejscu Olorin nazwany zostaje najpotężniejszym z uczniów Nienny, siostry Irmo. Tej, która współczuje wszystkim nieszczęśliwym, pokrzywdzonym przez Melkora i której płacz nie przynosi rozpaczy, lecz oczyszczenie i nadzieję. Być może – wydaje się to nawet bardzo prawdopodobne – Gandalf wygrywa właśnie dzięki swej dobroci i umiejętności dostrzeżenia tego, co cenne nawet w istotach najmniejszych, najmniej ważnych. Być może tryumfuje, bowiem posiada niezwykłą na świecie zdolność współczucia uciśnionym i prawdziwej troski o poprawę ich losu. Ta koncepcja wydaje się tak zgodna z duchem „Władcy pierścieni”, że jestem zgodny uznać ją za jedyną prawdziwą.

#

„Unfinished Tales” nie zawierają wszystkich zachowanych tekstów Tolkiena. Wiele z nich ciągle pozostaje nieznanych. Wszystkie wydają się ważne, szczególnie te najstarsze, pisane jeszcze z myślą o „Księdze zaginionych opowieści”. Zapewne wiele dowiedzielibyśmy się z nich o tym, jak powstawał świat Tolkiena, w jaki sposób i  dzięki jakim mechanizmom bezustannie zmieniał się i doskonalił. Zapewne czeka nas niejedna niespodzianka. Życzyłbym ich sobie jak najwięcej, bo chociaż nie uważam Tolkiena za pisarza „genialnego” (ani nawet wybitnego), rozmiar i bogactwo jego twórczości fascynują mnie i zdumiewają. Posiadamy już jednak wystarczająco wiele materiału, by pokusić się o opisanie mechanizmu jej niezwykłego sukcesu czytelniczego, którego miarą są i pozostają czarnorynkowe ceny książek.

„Niedokończone opowieści”, gdyby zostały przetłumaczone, też z pewnością nie byłyby tanie. Ich nieoceniona wartość leży jednak w tym, że wszystkich tych czytelników Tolkiena, których Śródziemie nie pozostawiło obojętnymi, zmuszają do nowej lektury. Że „Hobbit”, „Władca pierścieni”, „Silmariliion” są nieco inne. Rozważania o Tolkienie po raz drugi od 1977 roku rozpoczynać należy od nowa. Muszę przyznać, że mnie osobiście sprawia to niezwykła radość i chciałbym, by podobnych „problemów percepcji” było jak najwięcej.

Krzysztof Sokołowski.

Zapisz

Zapisz