To miała być dylogia. Opowieść o dwóch kobietach, których losy splatają się w rytmie typowej „kingowskiej grozy”. Ostatecznie czytelnik dostał dwie odrębne powieści, pod względem formalnym różniące się jak niebo i ziemia, a w dodatku sprawiające nieodparte wrażenie dwóch różnych wprowadzeń w temat główny – „Rose Madder”. Nie ukrywam, że mam do pisarstwa Kinga stosunek osobisty, więc przyznaję sobie prawo do osobistej uwagi na marginesie: ze wszystkich jego powieści, których nie tłumaczyłem, najbardziej żal mi właśnie „Rose Madder”.

Ale po kolei.

„Gra Geralda” ukazała w maju 1992 roku.

Opowiada historię prostą jak konstrukcja cepa: przykuta kajdankami do stojącego w domku na bezludziu solidnego, nieruchomego mebla, bohaterka albo uwolni się, albo umrze nieprzyjemną śmiercią. Czyta się to trochę jak klasyczny kryminał typu „zagadka zamkniętego pokoju”: kto zabił lorda Asspaine w zamkniętej od środka sypialni z zamkniętymi od środka oknami? Bardzo fajnie, tylko jak długo można zachwycać się manifestacjami nieokiełznanej fantazji autorów, prezentujących do znudzenia pomysłowe rozwiązania? W konwencję wpisane jest nieuchronne deus ex machina i takie też deus ex machina prezentuje King w postaci seryjnego mordercy, trochę rzeczywistego, ale bardziej wyobrażonego w atakach halucynacji bohaterki. Seryjny morderca przypadkiem – szczęśliwym, jakżeby inaczej! – błądzi po bezludziu tylko po to, by zamiast zwyczajowo zamordować zdybaną w sytuacji idealnej ofiarę, ożywić jej wyobraźnię „na pych”, podpowiedzieć właściwe rozwiązanie.

Rozczarowujące, prawda? Rozczarowujące tym bardziej, że fabularny banał podkreślają banalne „kingizmy”: niesamowitości przyprawione obrzydliwościami. Oto u stóp małżeńskiego łoża biedny bezpański piesek pożywia się trupem wziętego prawnika. Prawnik z pełną zgodą dekoracyjnej żony urozmaicał więdnące pożycie małżeńskie odrobiną niewinnego BDSM, ale żonie odechciało się w trakcie gry wstępnej, kaprys taki, więc za dobre intencje dała mu kopa w jaja, od czego umarł na zawał. Pozostawił żonkę w okowach, ale per saldo na dobre jej to wyszło. Pocierpiała trochę, owszem, lecz dzięki wspomnianemu seryjnemu mordercy i rozczepieniu jaźni doszła w końcu do ładu sama ze sobą i kto wie, może będzie żyć długo, dostatnio i szczęśliwie, bo solo?

Rozczarowujące?

No to zróbmy skok w czasie o krótkie sześć miesięcy. Wprost do „Dolores Claiborne” – kubła zimnej wody na rozgrzane do czerwoności męskie ego.

„Dolores Claiborne”, wydana w listopadzie 1992 r., to powieść surowa. Pozbawiona rozdziałów, pozbawiona nawet odstępów między akapitami, jest tak bliska strumieniowi świadomości, jak to tylko możliwie bez przekroczenia granicy strumienia świadomości. To zapis zeznań, składanych przez kobietę, oskarżoną o morderstwo, którego nie popełniła, a ukrywającą morderstwo popełnione z premedytacją. To powieść pozbawiona śladów ekscytującej egzotyki, choćby najcieńszej patyny cywilizacji – Dolores nawet mówi gwarą, o którą czytelnik oryginału potyka się co stronę, aż do końca. Brak w tej książce bogatego męża, życia w dobrobycie i wypasionej chaty dla odpoczynku od ciężarów życia w dobrobycie. Nie znajdziemy na jej kartach słodko bezproblemowego i przez to nieco nudnego małżeństwa, leczącego nudę seksualnymi ekscesami, wzruszającymi w swej niewinności.

W ich miejsce jest do bólu proste i najprościej nieszczęśliwe życie kobiety zaharowanej, gnębionej, maltretowanej, cierpiącej do granic cierpienia. Kobiety przyjmującej ciosy, padające z każdej możliwej do wyobrażenia strony. Dolores traktuje je jako nieodłączny element życia, bo ma tylko to jedno życie i znosi, bo nie ma wyboru… aż do tej granicy, jaką jest zagrożenie dzieci. Dopiero wówczas buntuje się i nie jest to bynajmniej chwilowy odruch wstrętu do bogatego, dobrego, hojnego męża, którego wadą wyróżniającą jest brzuszek większy od fiutka. To podjęta na zimno próba osłonięcia bliskich i kochanych tak po prostu, tylko za to, że są bliscy, są „krwią z krwi”, są bezradni.

Nie ma też w „Dolores Claiborne” ani odrobiny nadnaturalnych niesamowitości poza tym drobiazgiem, że – jak w „Grze Geralda” – wydarzenie poboczne (choć dla samej akcji najistotniejsze) dzieje się podczas zaćmienia słońca i jest to to samo zaćmienie. Za to wyraźne jest podobieństwo najzupełniej rzeczywiste: podobieństwo w przedstawieniu mężczyzny.

W obu powieściach mężczyzn oglądamy oczami skrzywdzonych bohaterek, ich portrety wolno więc uznać za karykaturalne. Być może nawet takie są, ale pamiętajmy, że karykatura zawsze jest prawdziwsza od portretu. Karykatura ma wartość tylko o tyle, o ile ukazuje prawdę wewnętrzną – czy też wewnętrzny fałsz – karykaturowanego.

Przedstawienie mężczyzny jest jedynym elementem fabuły, w którym „Gra Geralda” ma nad „Dolores Claiborne” zdecydowaną przewagę. Jest i karykaturalne, i subtelne, i przewrotne.  

John St. George to postać prosta jak konstrukcja cepa. Dolores Claiborne, niewykształcona, nieprzesadnie bystra i nawet nieszczególnie sprytna, potrafi przejrzeć go na wylot jednym spojrzeniem. Wie bez żadnych, najmniejszych wątpliwości, na co musi mu pozwalać i z czym musi się godzić… póki może. A gdy już nie może, pozbywa się go świadomie, bez żalu i wyrzutów sumienia.

Gerald – wręcz przeciwnie. Nigdy nie podniósł ręki na żonę. Zawsze był dobrym mężem, zamożnym i troskliwym. Jessie nie miała powodu, by choćby wystąpić o rozwód – wręcz przeciwnie, rozwodu bała się jak diabeł święconej wody – a zabiła go czystym przypadkiem. Opędzając się od ekscesów, na które godziła się wcześniej i z których czerpała czysto erotyczną frajdę. 

Kaprys taki. Nagle przyszło jej do głowy powiedzieć „nie”.

PRZYSZŁO JEJ DO GŁOWY POWIEDZIEĆ „NIE”.

Czas wyjaśnić, skąd prowokacyjny – i gniewny – tytuł tego wpisu. Wyjaśnienie jest dwuczęściowe, osobne dla mężczyzn, osobne dla kobiet.

Mężczyznom, facetom jak ja, zwracam uwagę na to, że dopiero lektura „Dolores Claiborne” stawia „Grę Geralda” w tak zwanym „właściwym świetle”. „Gra Geralda” jest w swej warstwie fabularnej kaleka o tyle, że cały ciężar fabuły wyczerpuje się już na 23 stronie wydania liczącego sobie 330 stron.

Wyczerpuje się w słowach:

„Ten uśmiech. Ten wstrętny, podły uśmiech. Udaje, że nic nie wie. I to tak dobrze, że później zgodzi się nawet na badanie wykrywaczem kłamstw. ‘Myślałem, że to część gry’ – stwierdzi, obrażony i zdziwiony. ‘Naprawdę tak myślałem’. A jeśli Jessie zacznie się upierać i gniewać, Gerald skorzysta w końcu z najstarszego argumentu, chowając się za nim jak jaszczurka w szczelinie w skale: ‘Było ci przyjemnie. Sama wiesz, że to prawda. Czemu się do tego nie przyznasz?’”.

O tak, hasztagujący faceci, tak ochoczo przyznający się do fałszywych grzechów: że zawiesiliście spojrzenie na zgrabnym tyłeczku, że ośmieliliście się skwitować „walory” „obleśnym uśmiechem uznania” albo otrzeć się o „Damsel” w hamującym metrze, wpędzając ją w „distress” – zróbcie rachunek sumienia i odpowiedzcie sami sobie: czy jesteście pewni, że zrozumiecie, kiedy „NIE” oznaczać będzie „NIE”? Nawet jeśli okoliczności pozwoliłyby wam nie zrozumieć?

Bo wiecie, bez tego wasze hasztagi są gówno warte. Zamazują rzeczywistość, ukrywają prawdziwe winy w potoku żałosnego wodolejstwa.

A do kobiet, do dziewczyn z Facebooka, tych księżniczek na ziarnku grochu od #jatez i #metoo, tych na które patrzono”nie tak”, o które się przypadkiem otarto, które – kamień obrazy! – usłyszały słony dowcip nie im opowiadany, mam inne pytanie. Już pal diabli bezwolną Jessie, którą uratował splot tak nieprawdopodobnych wypadków, że aż żal wspominać, ale… czy wy potrafiłybyście „być jak Dolores”? Czy potrafiłybyście nie wzywać facebookowej służby, gdy dokuczy ziarnko grochu, lecz stawiać czoła JEJ losowi? W milczeniu, z godnością… a kiedy ciężar jest za wielki, potrafiłybyście zrobić co konieczne ze świadomością, jaką cenę przyjdzie wam za to zapłacić?

Jeśli nie, wasze hasztagi są gówno warte. Zamazują rzeczywistość, topią tragedie w potoku wodolejstwa. Jesteście z nimi – tylko z nimi – jak „Śpiące królewny” z pretensją, że „nie wyraziłam przecież prior consent”.

Jesse, Dolores, Johny i Geraldy to nie są tylko literackie abstrakcje, twory czystej wyobraźni. To karykatury. Nie ukrywajcie TAK karykaturowanych potworów (i dramatu ich ofiar) za zasłoną komfortowych hasztagów.

Jeśli o facetów chodzi, nie mam złudzeń. Znam facetów – albo w lot zrozumieją, co napisałem, albo nie zrozumieją nigdy, refleksja to nie ich specjalność. Jeśli chodzi o kobiety, ciągle mam złudzenia. I do nich kieruję tę prośbę: przeczytajcie najpierw „Dolores Claiborne”, a potem „Grę Geralda”. Nawet gdyby miała to być lektura ponowna. Mają swoje wady, ale wszystkim tak strasznie fikcyjnie nieszczęśliwym z całą pewnością oferują jedno: katharsis.

I do zobaczenia niedługo, już w lutym, kiedy w „Kolekcji mistrza grozy” rozkwitnie złudzeniem urody prawdziwa groza: „Rose Madder”.

 

Krzysztof Sokołowski

 

[dla tego wpisu włączone są komentarze]