Jedno z pierwszych arcydzieł Alana Moore’a nie jest ani trochę apoteozą lewactwa, jak stara się to ukazać pewien szanowany recenzent. Moore nie przyznaje się w „V jak vendettcie” do żadnej opcji politycznej. Ba, buńczuczność i krnąbrność wobec rzeczywistości są wręcz istotą anarchizmu w jego wydaniu! Sam komiks natomiast jest tak naprawdę o czymś zupełnie innym. To „coś” jest solidnie zakryte pod płaszczem postmodernizmu, zawartym w tym silnie oddziałującym na świat dziele.

Na początek kilka słów wyjaśnienia. Staram się o gustach nie dyskutować.

 

 

W GŁOWIE ALANA MOORE’A

 

Sztuka komiksowa, jak każdy rodzaj sztuki, odznacza się szerokim spektrum interpretacyjnym. Każdemu wolno zobaczyć w ulubionym komiksie wszystko, cokolwiek przyjdzie mu do głowy. O ile oczywiście będzie stosownie potrafił uargumentować swój punkt widzenia i przekonać do niego inne osoby, a to już zupełnie inna para kaloszy. Natomiast nie mogę patrzeć obojętnie, kiedy ktoś rozpatruje jeden z moich ulubionych komiksów przez pryzmat tylko i wyłącznie swojego światopoglądu, ignorując jednocześnie kompletnie jakikolwiek research, sprawdzający rzeczywistą wartość postulowanego stanowiska (na przykład ważne rozmowy z twórcami oraz analizy omawianej historii, tworzone przez lata).

Nawet, jeśli mamy do czynienia z radosną twórczością znanego skądinąd krytyka komiksowego.

Tak jest w przypadku recenzji „V jak vendetty” Alana Moore’a i Davida Lloyda, która pojawiła się jakiś czas temu na portalu kulturalnym „Paradoks”. Jej autorem jest Sławomir Zajączkowski, propagator i scenarzysta komiksów historycznych, udzielający się regularnie na Festiwalu Komiksu Historycznego organizowanego przez IPN w Warszawie. Sławka znam dość dobrze, szanuję i popieram jego zapał w popularyzowaniu określonego gatunku historii obrazkowej. Niestety, przy omawianiu kultowego komiksu (którego kultowość stara się zresztą – bezskutecznie – podważać) postanowił wyjść od razu z założenia charakterystycznego dla krytyki i filozofii uprawianej przez Michela Foucaulta, że każdy twór kultury z miejsca jest upolityczniony. Wiąże się z tym odczytywanie tegoż filmu/książki/sztuki/serialu/animacji w jedynym, słusznym kontekście, najczęściej powiązanym z widzimisię światopoglądowym autora dzieła.

 

V for Vendetta” „This Vicious Cabaret’ 12”

 

A figa z makiem! Sławek w niezwykle arogancki sposób, zaślepiony konserwatywnym dyskursem, podważa niesłusznie ponadczasowość „V jak vednetty”. Nie zauważa w swojej krytyce prawdziwej natury tegoż komiksu. Wynika to z uprzedniego braku przygotowania do pisania recenzji, które widać, słychać i czuć w trakcie lektury tekstu. Tym samym śpieszę z pomocą wytłumaczyć, o co tak naprawdę chodzi w „V jak vendettcie”. Zwłaszcza, że pod niniejszą recenzją pojawiło się kilka pozytywnych komentarzy czytelników „Paradoksu”, wychwalających brawurę recenzenta za próbę krytykowania komiksu uznanego powszechnie za pozycję kultową. Nie można po prostu przejść obok tego spokojnie.

Zanim przejdę do rzeczy, ostanie słowo do krytyka Zajączkowskiego – Sławku, nie piszę tego tekstu dla samej radości zmasakrowania Ciebie i ukazania twojego braku profesjonalizmu, który niestety jest widoczny w twojej recenzji „V jak vendetty”. Wręcz przeciwnie. Swoim słabym jak na twoje umiejętności tekście dałeś mi niebywałą okazję do uprawiania krytyki jako ścierających się wizji świata oraz przelewania ich w artystyczne ramy sztuki. Taka krytyka staje się coraz dla mnie ciekawsza od pospolitego wychwytywania błędów twórców i tłumaczy, przypominających bardziej męczące czepialstwo. Mało tego, mam niebywałą okazję podzielić się czymś w związku z „V jak vendetta”, co od dawna we mnie siedzi i co czekało na odpowiedzi moment do podzielenia się w Internecie. Dzięki Ci za to.

 

Beethoven, V Symfonia 

 

Dość tych tłumaczeń i podziękowań, przechodzimy do „mięsa”. O fabule i kulisach powstawania komiksu nie ma już co pisać, możecie o niej przeczytać w krytykowanej przeze mnie recenzji lub mojej pracy licencjackiej poświęconej właśnie „V jak Vendettcie”. Zacznijmy od faktu, że w momencie tworzenia jego pierwszej księgi omawiany komiks był pomyślany tylko i wyłącznie jako utkany z cieni i mroku komiks przygodowy tudzież dreszczowiec prowadzony w określonym dla gatunku takich opowieści schemacie. Z czasem jednak Moore pomyślał, że w monochromatycznym komiksie (a był publikowany pierwotnie czarno-biało, bez odcieni szarości) historia powinna zawierać motywy i konflikty dramatyczne ukazujące moralne „szarości”, kwestie niedające poddaniu się jednoznacznej ocenie. Jak mówi sam Moore w rozmowie z Georgem Khourym w wywiadzie–rzece pt. „The Extraordinary Works of Alan Moore”, „Chcieliśmy, aby czytelnik zastanowił się przez moment nad całkiem interesującymi pytaniami. Czy jest słusznym dla protagonisty zabijać ludzi bez skrupułów, po równo, tylko dlatego że jest bohaterem? Koniec końców czytelnicy musieli sami sobie odpowiedzieć na te kwestie, musieli nakreślić swoje własne stanowisko”.

Moore’owi zależy nade wszystko na tym, aby w trakcie lektury „V jak vendetty” odbiorca myślał samodzielnie i brał odpowiedzialność za dokonywane przez siebie wybory.

 

 

Do głowy by mu nie przyszło, żeby z V robić Che Guevarę, jak stara się usilnie to pokazać Sławomir Zajączkowski. Autor nie jest także komunistą ani libertarianinem. Jest „tylko i aż” anarchistą, a to wychodziło poza łamy myśli politycznej Lenina i kapitalizmu. Swoją drogą, samo wiązanie anarchizmu z komunizmem i dyskursem lewicowym jest tak samo błędne, jak przylepianie łaty komunistycznej do każdej osoby mającej chociaż raz w ręku LSD albo myślącej o zwiększeniu swobód obywatelskich. Totalny absurd, o którym Moore mówi wprost w wywiadzie, jaki ukazał się 6 lat temu w kwartalniku anarchistycznym „Inny świat”: „[…] Gdy po raz pierwszy zacząłem pisać „V jak Vendettę” dla angielskiego magazynu „Warrior”, fabuła komiksu brała się głównie z moich osobistych przemyśleń nad tym, jak daleko mogą posunąć się jeszcze politycy. Uderzyło mnie wtedy, że systemy kapitalistyczny i komunistyczny nie stanowią wcale prawdziwych biegunów, pomiędzy którymi znajdują się istniejące ustroje. Dotarło do mnie, że prawdziwe spektrum politycznych wyborów zawiera się między faszyzmem a anarchią”. Krótko mówiąc, Moore w swoim komiksie urzeczywistnił marzenia brytyjskich nacjonalistów i konserwatystów z lat 80. ubiegłego wieku. Uważali oni (a było to wielokrotnie cytowane w mediach), że dla homoseksualistów i odmieńców powinno się stworzyć specjalne krematoria i tym samym dokonać „ostatecznego rozwiązania” kwestii inności w Anglii. Uwiarygodnił ich marzenia, ażeby mogli przejrzeć się w lustrze swoich fantazji i mogli przejrzeć na własne oczy oblicze swoich żądz”.

 

Czajkowski, „Rok 1812” [uwertura] 

 

 

Moore ponadto nie przepada za rewolucjami. Wypowiedź z tego samego wywiadu z „Innego świata”: „Nie wierzę w skuteczność opartej na przemocy rewolucji, głównie z tego powodu, iż w przeszłości rewolucje nigdy nie przynosiły zamierzonych skutków. Z punktu widzenia mieszkańca Northampton, w czasie angielskiej wojny domowej wspieraliśmy Cromwella – dostarczaliśmy buty dla całej jego armii – i byliśmy centrum ruchu antyrojalistycznego. Przypadkiem dostarczyliśmy też buty dla całej armii Konfederatów, co oznacza, że zawsze wiedzieliśmy, jak się ustawić. Rewolucja Cromwella? Jak sądzę odniosła sukces. Król został ścięty, pierwszy taki przypadek w dziejach europejskiej monarchii, więc chyba zapoczątkowaliśmy pewien trend. Ale wystarczyło poczekać dziesięć lat, a sam Cromwell okazał się potworem. Był dokładnie takim samym tyranem jak Karol I. W pewnym sensie nawet gorszym. Gdy do władzy doszedł Karol II, był tak wkurzony na mieszkańców Northampton, że zburzył nasz zamek i przywrócił status quo. Naprawdę nie sądzę, iż oparta na przemocy rewolucja kiedykolwiek jest w stanie na dłuższą metę rozwiązać problemy przeciętnego człowieka. Myślę, że sami najlepiej się z nimi uporamy, a drogą do tego jest prosta ewolucja zachodnich społeczeństw. Ale trochę to zajmie, a to czy mamy dość czasu – jest już sprawą dyskusyjną”.

Moore to intelektualista, narodowe dobro Wielkiej Brytanii, lubujący rozpatrywać swój anarchizm elastycznie jako możliwość indywidualnego myślenia i nie poddawania się niczyim wpływom.

 

 

Dyskutowałby nawet z Anonymous czy ludźmi protestującymi przy Occupy Wall Street, zakładającymi maskę V, często nie przyznając im racji lub nie odczuwając z początku wobec nich solidarności. Zwłaszcza, że Ci nie widzą V tak jak on przedstawił go w komiksie. Dla protestujących anarchistów i alterglobalistów V odbierany jest bardziej przez adaptację filmową aniżeli komiks. Idąc w duchu filmu, bardziej skądinąd imperialistycznej formy sztuki, rozpatrują V jako idealistycznego, romantycznego wręcz libertarianina, chcącego dla wszystkich pełni praw i wolności. W odróżnieniu od komiksowego V, ten filmowy posiada także uczucia, odczuwa smutek i żal z powodu podejmowanych wobec siebie decyzji. Moore’owi nigdy nie przyszłoby do głowy, żeby jego V miał choćby gram człowieczeństwa. Nie tak go sobie wymyślił.

„V jak vendetta” jest jednakże czymś więcej. Moore dokonał tutaj niebywałego odwrócenia wartości. Nie patrzy na V z podziwem. Nie stanął by z nim ramię w ramię, aby eliminować faszyzm. Tak naprawdę odczuwa wobec niego litość. Boi się go tak samo, jak ludzi kierujących w jego dystopii systemem totalitarnym. Ironia losu w wykonaniu Moore’a polega na tym, że V , jakkolwiek by tego pragnął i jak często podkreśla swój status jako bojownika przeciwko władzy, nie jest anarchistą z prawdziwego zdarzenia lecz efektem ubocznym systemu, który go wytworzył. Potwór, ale fatum dla bestialstwa totalitaryzmu, reakcja na akcję. Sadysta bez emocji, stawiający siebie na boskim piedestałem, wiedzący wszystko lepiej. Chociaż i to jest kłamstwem, gdyż za płaszczem swoich „idei” kryje się tylko i wyłącznie płomienna chęć realizacji tytułowej zemsty. Nie troszczy się przy tym o nikogo, traktuje lud Londynu przedmiotowo. Jest drugą stroną tej samej monety, na której widnieje faszyzm. Oni z kolei pod pięknymi słowami jedności i siły ukrywają chęć kontroli i represji mniejszości. Są w rzeczywistości bestiami, które są siebie warte. Niepowstrzymana siła w tym komiksie zderza się z nienaruszalnym obiektem i żadne z nich nie ma zamiaru się poddać. Dochodzi do katastrofy.

Powtarzać utarty frazes, że „V jak vendetta” to komiks o anarchizmie i faszyzmie, jak tworzą wspólnie opozycję porównywalną do ying/yang, to dotknięcie zaledwie powierzchni tego arcydzieła.

 

Tak naprawdę komiks ten opowiada o niebezpieczeństwie zaszufladkowania się w skostniałych ideach, a co za tym idzie racjonalizowania przez nie świata. To nie jest tak, że V jest dobry, a faszyści źli. To zbyt prosta dychotomia jak dla Moore’a, bajkowa wręcz. Zarówno jeden, jak i drugi to dwa warte swej nienawiści demony, których przeznaczeniem jest śmierć. Zgodzę się ze Sławkiem, że pojawiające się tu i ówdzie V odwołuje się do tytułowej vendetty, niemniej to nie wszystko. Ukazuje się ono się tak notorycznie, że przypomina fatum zapowiadające rychło nadchodzące przeznaczenie, od którego nie ma ucieczki. Moore zresztą wykorzystuje bestialstwo V najlepiej jak potrafi, aby czytelnik mógł zadawać sobie niejednoznaczne pytania. Takim momentem są chociażby tortury Evey, jego protegowanej. Sceny z jej katowaniem nie są ukazywane po to, by Moore mógł popuścić wodzę swej sadystycznej fantazji. O nie. Poprzez te sceny zadaje nam bardzo ważne pytanie – czy jest inny sposób nauczenia wolności kogoś, kto nigdy jej nie doświadczył ani nie poznał jej istoty? To pytanie jest zasadne szczególnie wobec obywateli Korei Północnej, nie rozumiejących kompletnie idei demokracji, swobód obywatelskich i praw. Nad tym dylematem od dziesięcioleci głowią się filozofowie, dokumentaliście filmowi, socjologowie i psychologowie społeczni, nie znajdując do tej pory dobrego rozwiązania tej kwestii.

Przyjęło się patrzeć na V jako anty, ale jednak herosa.

 

 

Nie wątpię, że w momencie ucieczki z obozu koncentracyjnego w Larkhill przeżył moment oświecenia, wolności absolutnej. Niemniej przeżytą ekstazę wykorzystał do tego, żeby przejąć metody swoich oprawców dla realizacji swojego niecnego planu, zaspokojenia egoistycznych pragnień. Trudno nam pałać do niego sympatią. Trudno lubić nawet Evey, będącą klasycznym wariantem słodkiej idiotki. Przeżywa przemianę, owszem, ale tak naprawdę staje się żołnierzem V (o tym za chwilę). Co innego Finch, którego stawia się zazwyczaj na równi z faszystami – to on tak naprawdę jest pozytywnym bohaterem, anarchistą zgodnym z rozumowaniem Moore’a. Podobnie jak V przeżywa rytuał przejścia ku wolności i choć następnie doprowadza sprawę schwytania terrorysty do skutku (tzn. zabija go) to następnie widzi konsekwencje niekończącej się przemocy. Jest nią rozpad państwa i chaos totalny wynikający z tego, że ludzie nie są w stanie wymyślić alternatywy wobec modelu władzy. Zamiast myśleć samodzielnie, wolą powierzyć swoją wolność mniejszemu bądź większemu autorytetowi, co pozwoli im odejść od niekończącego się, męczącego podejmowania decyzji wobec swojego losu.

Znów Moore: To jeden z podstawowych problemów anarchii: jeśli pozbylibyśmy się wszystkich przywódców choćby jutro, postawilibyśmy ich pod ścianą i rozstrzelali – a to bardzo kusząca perspektywa, więc pozwól mi ją przyjąć przez chwilę, zanim wykażę że jest niemożliwa – więc gdyby do tego doszło, społeczeństwo najprawdopodobniej by się zawaliło, jako że większość ludzi przez tysiące lat przyzwyczaiła się do słuchania przywódców innych, niż oni sami. Wspierają się oni władzy jak na kuli – i jeśli nagle im ją odbierzemy, zwyczajnie się przewrócą, pociągając za sobą całe społeczeństwo. Aby osiągnąć jakiś realistyczny i działający model anarchii, musisz wykształcić ludzi – wkładając to wiele wysiłku – aż do chwili, gdy będą gotowi wziąć odpowiedzialność za własne czyny i świadomi tego, że żyją w obrębie większej grupy – muszą pozwolić innym członkom tej grupy wziąć za siebie podobną odpowiedzialność. Co na małą skalę, skalę rodziny czy grupy przyjaciół nie wydaje się aż takie niemożliwe, potrzeba jednak wiele wysiłku, by ludzie zaczęli myśleć o organizowaniu całego swego życia według tych zasad. Oczywiście żaden rząd ani żadne państwo nie będzie nigdy uczyć ludzi życia w świecie, gdzie wszelki rząd jest zbędny. Tak więc, jeśli ludzie chcą osiągnąć stan, w którym będą gotowi do wzięcia odpowiedzialności za własne życie i stać się, w moim pojęciu, istotami ludzkimi w pełnym tego słowa znaczeniu, nie mogą liczyć na pomoc państw i rządów”.

 

Alan Moore jako pisarz to kawał podłego ironisty i cynika.

 

 

Wpierw sprawia, by czytelnik polubił i utożsamiał się z wykreowanymi przez niego protagonistami. Motywuje ich działania, sprawiając że są wiarygodne i pełne podziwu. Iluzja ta trwa aż do ostatniego epizodu, gdy widzimy prawdziwe rezultaty wojny wypowiedzianej przez V. Nie ma zakończenia w stylu „Żyli długo i szczęśliwie”, o nie. W wyniku batalii ideowej ludzie wrócili do stanu zwierzęcego, panuje zasada władzy silniejszego. Tego, kto wywalczy środki na przetrwanie i zbierze wokół siebie jak najwięcej samic. Evey natomiast wcale nie myśli o anarchii budującej, tak ją uczył V. Mówi w ostatnim podrozdziale: „Czeka na nas wielu ludzi…”, pojmując jednocześnie swojego pomocnika. Kierować się będzie filozofią V, tyrana i egocentryka, oraz totalitaryzmu jaki znała i wychowywała. Jedynie to zna, jedynie do tego może się odwołać. Jedynie Finch widzi ten cały bałagan wywołany nienawiścią i chęcią pozyskania mocy i z pełną melancholii miną odwraca się od pozostałości społeczeństwa. Wyrusza na pustą autostradę, ku wielkiej niewiadomej, będąc świadomym wiedzy o niepodważalnej naturze ludzkiej. To tutaj Moore mówi nam, że anarchia to twarz oświeconego melancholika. To Finch właśnie symbolizuje różę wyrastającą ze zgliszcz umarłego świata, przewijającą się w wydaniach zeszytowych DC oraz wydaniu kolekcjonerskim Absolute. Z kolei to, czego doświadcza w momencie zakończenia Finch, mogą równie dobrze streścić dla kultowe klasyki polskiej muzyki rozrywkowej.

 

Sztywny Pal Azji – Wieża radości wieża samotności

Tilt – Jeszcze będzie przepięknie  

 

Ostatecznym słowem podsumowania – V jak vendetta traktuje o wielu rzeczach. Jest tutaj miejsce na kryminał, dramat, szaleństwo, zemstę, odkupienie, naturę władzy, pierwotną naturę człowieka, bezlitosną twarz rewolucji. Pod tym wszystkim jednak kryje się obezwładniająca, oświecająca przypowieść o tym, jak łatwo dajemy się wpleść w więzy poszczególnych narracji, jak swobodnie dajemy się nimi kierować dla zaspokojenia własnych żądz. Ten komiks nie jest pochwałą myślenia lewicowego, komunizmu, anarchizmu, wolności. To komiks skłaniający do krytycznego myślenia wobec rzeczywistości. Moore patrzy właśnie na anarchistów (tych prawdziwych) jako arystokratów ducha, łudząco przypominających starożytnego filozofa Diogenesa z Synopy. Miał on czelność powiedzieć Aleksandrowi Wielkiemu Macedońskiemu, aby przesunął się nieco, bo zasłania mu słońce. Tym samym Moore zadaje nam niewygodne pytanie – czy jako w pełni autonomiczni ludzie weźmiemy swoje życie w garść i będziemy za nie odpowiadać? Czy z odwagą będziemy patrzeć na przerażającą pustkę i otchłań, jaką z początku wydaje się nieodgadniona, nieprzewidywalna przyszłość, tak jak Finch przemierza pustą, mroczną autostradę? Czy też damy się ponieść demonom zemsty lub władzy sprawiających, że historia co rusz powtarza się w nieskończoność i zatacza swoje koło?

Decyzja należy do Was.

 

Michał Chudoliński

 

Alan Moore, David Lloyd: „V jak Vendetta” („V For Vendetta”). Tłumaczenie: Jacek Drewnowski. Wydawnictwo Egmont Polska. Warszawa 2014.

 

[dla tego wpisu włączone są komentarze]