Nekrofikcje, cudzymi oczami

Fundamentalny banał nie odbiera fundamentalnej prawdziwości twierdzeniu: każdy z nas, zwykłych szarych czytelników i czytaczy, trafia w końcu tu, gdzie „oddzielimy owce od tryków, a mężczyzn od chłopców”.

Ten rytuał, uczenie zwany „inicjacją”, właśnie przeszła Aleksandra „Silaqui” Radziejewska. Silaqui właśnie pozbyła się nieporęcznego bagażu czytelniczego dziewictwa. Nie jest już szarą myszką, drżącą z nadziei i strachu na widok każdej następnej - och jakże urodziwej! - książki-wampira. W zdyszanym oczekiwaniu, że to właśnie ta książka-wampir wyssie ją, szarą myszkę, i będzie och, tak rozkosznie! Od dziś jest dojrzałą, doświadczoną w bojach kochanką książki - zawsze wampira - i to nie książki ją wysysają, lecz ona je. W intymnych stosunkach z książkami, stosunkach zawsze mającymi charakter albo zdecydowanie wampirzy, albo żaden, ze strony biernej przeszła na stronę Mocy. Jest ich stroną czynną

Och, proszę mnie dobrze zrozumieć. Nie twierdzę, że Silaqui - i wszystkie jej podobne Silaqui tego świata, każdej płci i w każdym wieku - zetknęły się z literaturą dopiero, gdy każda z nich trafiła na swe  „Nekrofikcje”. Co najmniej ta Silaqui, której blog śledzę prawie dwa lata i z którą ostatnio zdarza mi się nawet współpracować (na zasadzie przyciągania się przeciwieństw) kilkakrotnie za mojej pamięci brała na krytyczny warsztat „prawdziwą literaturę” i doskonale sobie z nią radziła: z „Diuną”, z „Majipoorem”, czy choćby z „Arsenałem”. Ale zawsze uprawiała grę uników. „Taka dobra fantastyka” - powtarzała, jakby fantastyka wegetowała sobie, wypreparowana i w formalinie, gdzieś na swej własnej półce laboratoryjnego regału.

A gra idzie przecież o coś zupełnie innego: o to, by zrozumieć, że spreparować da się wyłącznie trupa. Że to, co stawia się na książkowych regałach, żyje i skacze po półkach tak szybko, że ten ruch doprawdy trudno uchwycić gołym okiem. Gra idzie o ten jeden jedyny moment który, jeśli nie nastąpi we właściwym czasie, nie nastąpi nigdy: „świadomość, że coś mi umyka”. Taki cichy ostrzegawczy sygnał już nie w serduszku, lecz w głowie: coś się dzieje, coś uwiera i coś koniecznie trzeba z tym zrobić, bez zrobienia z tym czegoś ani rusz. „Blogerka książkowa” (każdej płci i w każdym wieku) sygnału tego nie usłyszy lub go zlekceważy. Nie wyskoczy z bezpiecznej koleiny hasełek i klasyfikacji. Spróbuje oswoić tygrysa, nazwie go „kotkiem w ciapki” i na uwagę, że tygrysy są pręgowane oburzy się, że „każdy ma prawo do własnej interpretacji ciapek”. Tylko blogerka książkowa, która rozpozna w tygrysie co jest tygrysem, wyskoczy z koleiny, podejmie ryzyko konfrontacji z nowym i nieznanym, staje się trykiem.

Jak rośnie trawa?

Otóż trawa rośnie tak powoli, że aż się nie chce patrzeć, jak rośnie. Ale nim do tego dojdziemy, „Komornika” Michała Gołkowskiego potraktujemy typową blogową recką. „Komornik” z pewnością na to zasługuje.

A więc świat, w porządku. Malowniczy, dzieje się i w ogóle ma swój - jak to się mówi? - klimat. Klimatyczny, znaczy. Można wprawdzie powątpiewać, czy gdyby Ziemia raptem przestała się kręcić to w pasie przygranicznym rozdzielającym półkule oświetloną od nieoświetlonej dałoby się żyć, żreć, pić i chędożyć, i że zawsze byłoby tam komu przypieprzyć, ale po co powątpiewać? Powątpiewanie to przecież prawie myślenie, a żeby myśleć przy książce? No proszę pana...  

Bohater? Bohater jest oczywiście w porządku. Przypieprza. Dosadnie. Można byłoby wprawdzie powątpiewać, skąd u takiego zwykłego, rodzinnego faceta umiejętność jazdy Harleyem jak u Czarta Tannera*, jazdy konno jak u Aragorna i skąd wziął się Brego**, ale co do powątpiewania to już uzgodniliśmy, prawda? Ważne, że są „cytaty z pop”, jest „metatekst”, cymes jest..

Postapo, które rozsławiło autora w tak zwanych „określonych kręgach” jest oczywiście w porządku. Co prawda próba literackiej polemiki Michała Gołkowskiego ze św. Janem Ewangelistą to pomysł nieco karkołomny, ale kto mówi o polemice? Szybki włam do rekwizytorni, zmiana plusów na minusy i już hulaj dusza piekła nie ma.

Wnioski? W „Komorniku” mamy vintage Gołkowskiego z vintage wypruwaniem flaków i tą dodatkową zaletą, że dopieprzył katotalibanowi, czy jak to się teraz nazywa. Grubszego od przeciętnej. Szkoda, że już koniec - i ten cliffhanger taki jest okrutny! - ale przynajmniej wiemy, że będzie więcej.

9/10 ze względu na cliffhangera.

Krzysztof Sokołowski.

Odwaliwszy reckę LapsusC zwraca się teraz do słownie pięciu znanych mu osób, o których z pewnością może powiedzieć, że zrozumieją co napisze. Są nimi sam autor oraz czwórka blogerów tym się wyróżniających, że nie próbują szpanować czytaniem książek trzymając je do góry nogami. Jeśli ktoś jeszcze chce pójść ich tropem, proszę bardzo, ale czyni to na własne ryzyko.

Kto płaci, wymaga

„Płać i płacz”, z którym LapsusC ośmiela się niniejszym polemizować to coś, co Silaqui robi najlepiej: felieton, „causerie”. Gdzie zalety, tam jednak i wady, wadą felietonu jest zaś, że zawsze prześlizguje się po temacie. A że temat ważny, poważny itede, celem zachowania koniecznej w naturze równowagi LapsusC stawia raczej na coś około rozprawki. Będzie analitycznie, będzie logicznie, nawet gdyby miało być nudno.

No to do roboty.

Póki życia, póty nadziei.

Coś się dzieje, jest zadyma, kurczę, jak my to kochamy! Nawet jeśli „to” jest tylko akcją kochania wróbelka „do jasnej cholery!”, czyli „badaniem czytelnictwa” owocującym średnią. Z jakiegoś powodu wszyscy jak jeden mąż rozpaczają nad tą średnią, rwą włosy z głowy i wieszczą zagładę. A LapsusC przygładza włosy na głowie (ile ich ma) i przygładza je z ukontentowaniem pana Zagłoby.

O co ten krzyk? O to, że my, Polacy, nie czytamy książek i nie czytamy ich coraz bardziej? Co z tego, przepraszam? Larum grają, a jakiż nieprzyjaciel w granicach? Bez żartów, ja bardzo proszę. Jeśli rzeczywiście tłum nieczytających rośnie, to ja widzę rosnący tłum sojuszników. Bo oznacza to, że TŁUM KONSUMENTÓW TREŚCI DRUKOWANYCH W POSTACI KSIĄŻKOPODOBNEJ maleje. Czyli maleje liczba mych śmiertelnych wrogów.

Jak najbardziej szczerze i jak najbardziej otwartym tekstem wyjaśniam niniejszym, dlaczego my, nałogowi czytacze, bardziej od samego czytania winniśmy lubić funkcjonalnych analfabetów, wprost proporcjonalnie do liczebności. Dlaczego powinniśmy ich hołubić i nie szczędzić państwowego grosza na z definicji chybione rządowe programy proczytelnicze. Drogie bo drogie, ale najwyraźniej w świecie są one skuteczne: krzywa niegramotnych z roku na rok zamiast maleć rośnie, niech jej będzie na zdrowie.

Czara goryczy

Ten wpis chodził za mną od wieków ale... jakoś się nie składało. Sytuacja „była płynna”. Autor pisał – to akurat wiem, że pisał - i „prowadził rozmowy”. Coś się miało zdarzyć, za godzinę, albo jutro, albo za tydzień. I tak minął rok, albo może półtora, nie pamiętam, słowo honoru. Dalej się czekać nie da. Jeśli teraz tego nie powiem, to kiedy? Z zaświatów będę talerzykiem kręcił? Nie, to nie ja. Ode mnie, Brighella, możesz się odczepić. Nawet jako trup będę „stąd”, będę swój, nie warto zadzierać.

 

"...z paru miejsc już mi Lapsusa wyrzucono, parę tekstów mi pocięto i dlaczego? Bo propaguję internetowe piractwo? Ludzie, myślcie! Kto tę Wisłę kijem zawróci, Pan Bóg? Pan Tusk, bo PB nie daje sobie rady?"