30
sierpień
2021

Sędzia Dredd, ale jaki?

Coraz częściej trafiam na sieci – albo ktoś mi je podrzuca – na teksty o popkulturze fantastycznej aż proszące się by je przełożyć i udostępnić zainteresowanemu czytelnikowi polskiemu. Szkoda, że nikt tego nie zrobi, bo udostępnienie przyniosłoby nieuchronne finansowe straty a wiadomo, że to one się liczą, nie intelektualne zyski. Może powinna powstać jakaś fundacja, która zajęłaby się zbożnym dziełem za rządowe granty?

Eee… tam, komu by się chciało.

Jeśli jednak komuś się zechce, to mam już kandydata do pierwszego takiego przekładu. To „Judging Dredd: Examining the World of Judge Dredd”, książka wydana w 2021 roku, a więc taka nowa, że trudno bardziej. Ten zbiór trzynastu bardzo różnych tekstów polecam szczerze wszystkim mającym jednak dostęp do tego typu tytułów, ćwierćnaukowych, ćwierćpopularyzatorskich, a pół nie wiadomo co. Uprawiam tu jego polecankę nie dlatego, by był bardzo dobry, bo nie jest i nie dlatego, żeby był bardzo zły, bo też nie jest. Jest natomiast charakterystyczny i przez to interesujący.

O tym, jak charakterystyczny, świadczy sam tytuł. „Sądzić sędziego” to owszem, całkiem udany kalambur, ale jak się on ma do „analizy świata” tegoż sędziego? Przecież są to dwie zupełnie różne rzeczy! Tym bardziej różne, że „świat sędziego Dredda” to w istocie wszechświat: bardzo różne miejsca na Ziemi, trochę Kosmosu, nawet inne wymiary, fizyczne i metafizyczne. Do tego dochodzi jeszcze czwarty wymiar, czyli czynnik czasu. Dredd debiutował w 1977 roku, ma swoje lata, a w ciągu tych lat zmieniali się scenarzyści, zmieniali się rysownicy, zmieniali się wydawcy, świat się zmieniał, a nasz bohater wraz z nim. Zapewne gdyby przyszło mu dziś stanąć naprzeciw młodego siebie poznałby się wyłącznie po szczęce Stallone’a i, być może, kostiumie superbohatera.

Autor zbioru, Scott Weatherly, mógł wprawdzie określić jego profil, ale ograniczyłby przez wyobraźnię zaproszonych autorów (w tym własną), a tak jak jest, każdy może swobodnie snuć swoją opowieść. Kreować swojego Dredda, który przecież w ciągu długiego życia był prawie wszystkim, prawie wszędzie i tak długo, że prawie zawsze.

Ale po taj dreddowskiej zmienności, którą można nazwać bogactwem, a można i chaosem, w książce nie ma śladu. Dredd został z góry osądzony i uznany winnym, a wyrok wykonano. W trzynastu tekstach słowo „fascist” (wraz z formami pochodnymi) powtarza się przeszło pięćdziesięciokrotnie, po raz pierwszy w tytule pierwszego tekstu, w którym nasz bohater nazwany został „faszystowskim bohaterem”. Definicje „faszyzmu” w artykule Pritesha Chakraborty dobrane są przy tym tak, by pasowały do tezy, z całkowitym pominięciem innych, w tym znaczenia historycznego; w ten sposób faszystą można okrzyknąć każdego dokładnie tak, jak się to robi na Facebooku. Trudno nazwać to inaczej niż nadużyciem, ale takie nadużycie blednie wobec tego, czego dokonał Douglas Rasmussen w „The Legacy of Thatcherism in ‘Judge Dredd: The Small House’” posuwając się do oszczerstw. W sprawie tzw. „Al-Yamamah arms deal” Margaret Thatcher nigdy nie udowodniono wzbogacenia się prywatnie o dwanaście milionów funtów, a jego opis Brixton Riots całkowicie pomija fakt, że w 1981 roku rozruchy w londyńskich Brixton rozpoczęły się od tego, że biała policja usiłowała pomóc Afrykano-Karaibowi ciężko rannemu w bójce z członkami tejże mniejszości i że policja poniosła większe straty niż manifestanci.

Z czego wynika, że dwóm wymienionym autorom – i kilku innym – analiza świata sędziego Dredda pomyliła się z analizą świata, w którym sami żyją i to analizą najłagodniej mówiąc subiektywną, skoro „świat Margaret Thatcher” Rasmussen opisuję z odwołaniami do, traktowanego z szacunkiem godnym Ewangelii, „Marxism Today”.

Tego rodzaju ideologiczne skrzywienie objawiające się w traktowaniu samej postaci sędziego Dredda i uniwersum, w którym działa jako trampoliny do przedstawienia poglądów na naszą rzeczywistość, co prawda w mniejszym stężeniu, ale obecne jest w większości tekstów zbioru – te pięćdziesiąt plus użyć „faszyzmu” nie bierze się znikąd. Oberwało się nawet Ameryce w „The Apocalypse War: In a Cold War Gone Hot You Are the Pawn” Alasdaira Smitha, w którym to tekście pobrzmiewają echa dawno zapomnianej przez wszystkich oprócz autora idei jednostronnego rozbrojenia.

Zawartość zbioru jest w ogóle szalenie subiektywna. To oczywista wada, ale wada skłaniająca do ich przeczytania, bo uświadamiająca dobitnie, jak pod pozorem analiz i interpretacji wyposażonych nawet w mechanizmy paranaukowe (przypisy itede) sprzedaje się obraz dzieł popkultury tak, by odbiorcy wcisnąć tyle ideologii, ile to możliwe, i więcej. Najczęściej więcej, dzięki czemu doświadczony czytelnik przyjmuje rewelacje z uśmiechem i zamiast przyklasnąć autorom, szuka argumentów by móc ich z czystym sumieniem wygwizdać.

Jest to więc, przynajmniej z mojego punktu widzenia, zachęta do lektury. Większą zachęta są jednak te artykuły, z których pod cienką warstwą ideologicznego werniksu przedziera przedstawiona rzetelnie, rzetelna wiedza. Należy do nich przede wszystkim „The Cursed Earth Saga, a Heroes Quest?” Jamie Gambella z licznymi odwołaniami do klasyki science fiction i „Do Robot Judge Dream of Electric Sheep” Scotta Weatherly (samym tytułem odwołujący się do klasyki SF). Chętnie zaliczyłbym do nich także „How a ‘Day of Chaos’ Impacts the Debate of Freedom vs. Security” ale powstrzymuje mnie to, że Tony Farina najwyraźniej nie zna łacińskiej oboczności „ius” i „lex”, odbijającej się w angielszczyźnie pojęciami „law” i „order” (polszczyzna jej nie zna, my mamy „prawo” i przeciwną mu „sprawiedliwość”, a to coś zupełnie innego). Gdyby znał, pracowity, monotonny ciąg działań wypisywanych przez  sympatycznego choć trochę nudnego nauczyciela matematyki kredą na kolejnych szkolnych tablicach dałoby się uprościć do zwykłego układu dwóch równań z dwiema niewiadomymi.

I wreszcie, już na zakończenie, koniecznie wspomnieć trzeba o dwóch tekstach tak korzystnie odbijających od średniej, że aż się człowiek dziwi. To „Chopper Fever” Toma Shapiro i „The American Dream as an Act of Terror”: what ‘America’ Has to Say About the Present and Future of Western Civilization” Michała Chudolińskiego. Tekst Michała jest bardzo osobisty, tekst Shapiro aż ciężki od dat i faktów, co je różni. Upodabnia to, że obaj autorzy manifestują, każdy na swój sposób, że serce mają po lewej stronie.

Nie na darmo wspominam tu o sercu, bo obaj wybrali sobie do analizy te fragmenty dreddowskiej biografii, w których emocje biorą górę nad brutalnością i nawet nad schematami. Są ludzkie, a tym samym łatwo przyswajalne… jeśli się je dobrze przedstawi. Na mnie oddziałały w ten sposób, że natychmiast zdobyłem odpowiednie zeszyty w formie elektronicznej i tak głęboko w nie wpadłem, że na tydzień praktycznie wypadłem z życia.

Jak widać, czytelnik „Judging Dredd: Examining the World of Judge Dredd” dostaje bardzo wiele, czasami nawet więcej niżby chciał, to wielki argument za. Argument jak najbardziej przeciw mam tylko jeden: we wszystkich, ale to wszystkich tekstach brakuje ocen estetycznych. Biorąc pod uwagę, komu zdarzało się „pisać Dredda” i „rysować Dredda”, jest to brak dotkliwy.

 

Krzysztof Sokołowski

Share

You may also like...