Polacy nie czytają? Nonsens! Gdyby nie czytali: nazw ulic, rozkładów jazdy, etykietek żarcia, mnóstwa papierów z PIT-em na czele, to już by wymarli. Mimo wysiłków Wirtualii, usiłującej zastąpić cywilizację słowa memami i emotikonkami, cywilizacja słowa ma się nieźle. Zresztą memy też trzeba czytać.

No jasne, jasne, wiem przecież, że chodzi o coś innego: nie czytają literatury! To akurat dobrze rozumiem. Rozumiem większość, która się nieczytaniem chlubi: czytanie literatury jest nonsensem pod każdym praktycznym względem. Nie rozumiem natomiast mniejszości chlubiącej się donośnie, że jednak „czyta książki” (literackie). Bo ona też ich nie czyta, najwyżej biega oczami po literkach, od okładki do okładki. Marnuje cenny czas i niebagatelne pieniądze.

Już tłumaczę i objaśniam. Otóż czytanie etykiet, rozkładów i PITów łączy z czytaniem literatury tylko nazwa. Jak często bywa z tym okropnym językiem, to samo słowo oznacza całkiem różne rzeczy. Dlatego czytanie literatury wyodrębnia się definicją:

CZYTANIE LITERATURY TO DEKODOWANIE KOMUNIKATU ZAKODOWANEGO Z UŻYCIEM ŚRODKÓW LITERACKICH (ARTYSTYCZNYCH).

Że co? Że trudna ta definicja? Cóż, czytający literaturę muszą umieć radzić sobie z trudnościami!

#

W skrócie wygląda to tak. Jest sobie twórca (autor, pisarz) który:
a/ uważa, że ma coś komuś do przekazania,
b/ uważa, że nie da się tego przekazać w formie tweeta albo na Facebooku, więc:
c/ za właściwa formę przekazu treści uznaje formę literacką i w nią stroi swój przekaz. Poczynając od gaci i skarpetek: wszystkich tych dialogowych myślników i innych cudzysłowów, przez garnitur z kamizelką konstrukcji bohaterów, akcji, fabuły i świata przedstawionego, aż po to, co jest solą literatury: wytworną muchę stylizacji językowej. W technicznym procesie produkcji tak wymyślnie elegancko zakodowany komunikat przybiera postać sprzedażową książki.

books_03_flower

End-user się na tę książkę wysupłuje z zasobów i… co ja słyszę! Że niby czyta?

Wolne żarty! Jeśli chce przeczytać literaturę, nasz „end-user” musi przecież – co wynika z definicji – zdobyć się na wysiłek równy autorskiemu, lecz przeciwnie skierowany. Musi pracowicie, po kolei, dekodować autorskie kody, by w końcu dotrzeć do komunikatu. I wtedy, ale dopiero wtedy, dowie się, czy autorski komunikat coś go w ogóle obchodzi. Są duże szanse, że nic a nic.

DEKODOWANIE KOMUNIKATU NIE MA OCZYWIŚCIE NIC WSPÓLNEGO Z SZUKANIEM ODPOWIEDZI NA ZŁEJ SŁAWY PYTANIE „CO POETA CHCIAŁ POWIEDZIEĆ?”. *

Bo gdyby „poeta” (nasz autor) wiedział, co chce powiedzieć, to by zrobił mema. Autor pisze coś „literackiego”, bo szarpią nim wątpliwości. Tworzy konflikty, tworzy całe światy, w których dzieje się do wypęku, żeby pokazać, że nic nie jest dla niego jasne. Po czym rzuca nam, co mu w głowie gra, zapisane szyfrem… i baw się czytelniku. No, co kogo bawi.

#

Czytelnik literatury jest jak włamywacz z pękiem wytrychów, stojący przed drzwiami, zamkniętymi na skomplikowane zamki. Może je otworzyć, ale pod warunkiem, że wybierze odpowiednie wytrychy. I zastosuje je nie tylko umiejętnie, żeby żadnego – broń Boże! – nie uszkodzić, ale jeszcze we właściwej sekwencji. A co za drzwiami, diabli wiedzą.

#

Już wszystko jasne? Nie? No to powiedzmy otwartym, blogowym tekstem: dokładnie w tym momencie wywodu możecie, czytelnicy pretendujący do miana „literackich”, przestać już piastować wasze ukochane złudzenie: przekonanie, że literaturę czyta się sercem i duszą, „czuciem i wiarą” i do diabła z „mędrca szkiełkiem i okiem”. Że książki literackie czyta się „na misie” („misie podoba”, „misie nie podoba”) i że każdy sąd o każdej z nich jest równoprawny, bo „mam prawo do własnego zdania”.**

ellison_003_opinion

Dajcie sobie siana z przekonaniem, że komunikat można zdekodować siłą woli i młodzieńczego entuzjazmu. „Czucie i wiara” stawia was przecież w jednym szeregu z tymi wszystkimi biedakami, których w szczycie mody na bekę z Lubimy Czytać głośno wyśmiewaliście w waszych blogach. Może wy nie mylicie się aż tak spektakularnie, ale różnica jest wyłącznie ilościowa. Sami z siebie się śmiejecie.

„Czytanie sercem i duszą” nie mówi NIC o czytanej książce literackiej, za to bardzo dużo o czytającym. Ociekająca krwią serdeczną, sercem napisana blogowa notka, recka, cokolwiek, bywa „różowym pamiętniczkiem” pensjonarki każdej płci i w każdym wieku, bywa kroniką towarzyską, nawet taką z lekka skandalizującą (tzw. „blogowe robienie dobrze na kolanach”)*** i nawet miewa toto jakąś wartość, choćby powszechnie cenioną plotkarsko – obyczajową. Ale nie oszukujmy się: relacjonując „przeżycie czytelnicze” w ten sposób pisze się o sobie, a książka jest wyłącznie pretekstem. Jak „cute baby”, czekolada, kubek kawy, okolicznościowy landszaft i kot.

Prosty psychiczny ekshibicjonizm. Nieco, jak każdy ekshibicjonizm, żenujący.

#

Na szczęście dziwacy, pragnący NAPRAWDĘ CZYTAĆ LITERATURĘ – czyli dociekać istoty autorskiego komunikatu – mają bardzo łatwy dostęp do specjalistycznych narzędzi. Do „szkiełka i oka”. Muszą tylko uwierzyć, że dekodowanie komunikatu literackiego nie wymaga entuzjazmu i rozedrganych emocji. Wymaga wyłącznie chłodnej głowy, a reszta to dodatek.

Czytania literatury można się nauczyć, ale najpierw trzeba chcieć. Męczyć się czytaniem z onieśmielającą świadomością, że każda nowa książka jest, owszem, nowa, ale zawsze coś ją łączy ze wszystkimi, kiedyś już napisanymi. Sprawdzać, jak kto inny wdarł się do skarbca autorskich mądrości i co z niego wyniósł dla siebie, żeby po raz dziewięćset osiemdziesiąty szósty nie wywalać otwartych drzwi. Od zawsze uważam, że słynne „czytać, czytać i jeszcze raz czytać” dotyczy bardziej książek o książkach, niż samej literatury****. No i zawsze można spytać o radę. Chociaż dla udzielającego rady to ryzyko.

wise_02

Ale udzielający rad lubią ryzykować.

#

I teraz dopiero wszystkich zadziwię: za to JEST nagroda. Jeśli masz silną wolę, farta i wiatr z dobrej strony zawieje to, blogerko/blogerze, przyjdzie czas, kiedy napiszesz swe pierwsze „sprawozdanie z lektury” takie, że SPODOBA SIĘ TOBIE. Nie wzbudzi TWOICH wątpliwości. Nie każe w każdy akapit pakować: „może i nie wiem…”, „zapewne nie rozumiem…”, „chyba się mylę, ale…”.

Napiszesz coś, co da się bronić mocnymi dowodami, a nie biednymi, słabymi usprawiedliwieniami. Coś, czego lektura nie jest już dla CIEBIE marszem przez pole minowe.

I niczego nie będziesz już musiał(a) zwalać na chorobliwy przerost organu wewnętrznego klatki piersiowej.

Krzysztof Sokołowski

Dziesięć przykazań do tego mojego maleńkiego pisma nieświętego jest tutaj.

[dla tego wpisu włączone są komentarze, pod przypisami]

*W literaturoznawstwie długo pokutował przesąd, że autor ma jednak jakąś jedną świadomą idee fixe (na przykład: zakochał się i cierpi) i wokół niej konstruuje dzieło. Cios łaski zadał tej tezie polski filozof i teoretyk literatury, Roman Ingarden. Zestawił on mianowicie słynny wiersz Puszkina „Do***”
„Pamiętam nagłe zachwycenie:
Niespodziewanie cię ujrzałem
Jak nieuchwytne przywidzenie,
Jak piękne bóstwa doskonałe”
z napisanym niemal równolegle i dotyczącym tej samej kobiety listem, w którym Puszkin informuje przyjaciela: „Dziś z bożą pomocą miałem Annę Iwanownę. Ależ ma wielki zad!”.
Autor gra. Kiedy mu humor dopisze, powie każdemu dokładnie to, co chce on usłyszeć. Incydentalnie, zadaje to też cios łaski popularnej idei pytania autora, dlaczego zrobił coś „tak, a nie inaczej” z nadzieją na szczerą odpowiedź. Po pierwsze, autor sam nie wie – nie zrobił przecież mema! No i istnieje bardzo realne zagrożenie, że „prawo Puszkina” się generalizuje i że odpowiedź każdego autora będzie każdorazowo zależała od atrakcyjności”zadu” pytającej/pytającego.

**Jeden z zabawniejszych przykładów „własnego zdania”: w  „Plotce o ‚Weselu'” Boy-Żeleński cytuje recenzję dramatu Wyspiańskiego (opublikowaną w dostojnym krakowskim „Czasie”):  „Myślą przewodnią tej sztuczki jest zachęcić inteligencję, aby się zbliżała do ludu, a choć nie brak przy tym małych dysonansów, ale całość się kończy pogodnie wesołym oberkiem”. Przypuszczam, że najgorętsi zwolennicy powszechnego prawa do „własnego zdania” przy tym oberku zrobili nagłe „prrr…”. Co za dużo, to niezdrowo.

*** „Blogowe robienie dobrze na kolanach”, określenie nie mojego zresztą autorstwa, wywodzi się chyba od żartu słynnego facecjonisty Franza Fiszera z doskonałego skądinąd, ale bardzo religijnego i konserwatywnego w poglądach malarza Tadeusza Styki. Fiszer kpił ze Styki opowiadając, że kiedy ów malował obraz Matki Boskiej klęcząc przed płótnem, sama Matka Boska objawiła mu się ze słowami: „Styka, ty mnie nie maluj na klęczkach, ty mnie maluj DOBRZE”. Określenie to doskonale metaforyzuje wiele typowych blogowych… sytuacji.

****A propos „książek o książkach”: pewien słynny współczesny poeta napisał w jednym ze swych głośniejszych wierszy:
„Rów w którym płynie mętna rzeka
nazywam Wisłą. Ciężko wyznać:
Na taką miłość nas skazali
taką przebodli nas Ojczyzną”.
Nic prostszego niż oskarżyć poetę o antypolskość, brak patriotyzmu itp., prawda? Tylko, że tego poetę – Zbigniewa Herberta – nie sposób oskarżyć akurat o te grzechy. Ki bies? – będzie się drapał w głowę jakiś blogasek książk(a)wy i snuł karkołomne przypuszczenia „bo serducho mówi mi, że…”. Tymczasem pojęcie „herbertowskiej ironii” jest doskonale opisane, tylko brać i korzystać.

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz