Miasto, do którego z rzadka dociera echo frontowej kanonady. Godne, zamożne, arystokratyczne, eleganckie, a jak słońce zaświeci: nawet piękne. Tu leczy się rany, kocha kobiety, robi interesy, traci fortuny i tańczy na balach. Tu pełną piersią chłonie się radość życia.

Byłby więc Königsberg prawdziwą oazą spokoju wśród ohydy wojny? Na powierzchni: tak. Ale pod powierzchnią pięknego świata toczy się cicha wojna szpiegów. W tej wojnie trupy padają nieliczne i jakby niechętnie, bo trup jest przecież w złym guście. Ta wojna to gra wstępna: orka i obsiewanie pola, na którym wyrosną trupy przyszłe. Liczone już dziś, tak jak szacuje się zbiory w urodzajnym roku.

Na wagę. Hurtowo.

#

I to jest pierwsza, duża niespodzianka. „Königsberg” uderza nas nowością niemal od razu, niemal nieprzygotowanych. Spodziewamy się normalnego dla Michała Gołkowskiego, błyskawicznego wejścia w akcję. Spodziewamy się jej zwariowanego tempa. Takiego, kiedy nogi od startu biegną szybciej niż głowa, a potem jeszcze szybciej, gdzieś przed metą wręcz tę głowę gubiąc. A tu, nie. Tu pozostaje ona cały czas gdzie jej miejsce: na karku. Rządzi, nadaje akcji interesująco zmienny rytm. Dzięki niej zwolnienie nie oznacza nudy, a przyspieszenie jest… kontrolowane. W retrospekcjach, we wspomnieniach bohaterów, w ich snach i w ich koszmarach, czyli tam, gdzie to niezbędne, dostajemy odrobinę dobrze znanej walki, błyskawicznego starcia, odskoku i rachunku ofiar. Prawdziwą wojnę, toczoną w „Königsbergu”, mierzy się jednak innym kryterium intensywności niż: „albo ja go teraz załatwię, albo on teraz załatwi mnie”.

Jest to kryterium gry. Takiej, którą planuje się na wiele ruchów naprzód.

#

Kolejna niespodzianka spotka tych, którzy „w czytaniu” zechcą sięgnąć piętro wyżej. Czytelników, którym nie jest obojętne, czy opisywane zdarzenia układają się w logiczną, a więc wiarygodną, całość, czy też jakoś nie chcą. Czy z tego, czego się dowiadujemy, wynika coś więcej niż zaledwie dreszczyk emocji, który – odegrawszy swą podrzędną rólkę – odejdzie w zasłużoną niepamięć.

„Königsberg”, w którym wszystko jest inne niż się wydaje, to lektura dla ludzi lubiących coś więcej niż przesuwanie wzrokiem po literkach, układanie ich w słowa, słów w zdania, a dalej to już za trudne.

Wady fabuły zdarzały się Gołkowskiemu często. Na szczęście „Königsberg” jest od nich wolny co najmniej w tym sensie, że nie psują lektury czytelnikom, lubiącym myśleć o tym, co czytają. Piękne kobiety i mądre piękne kobiety, szpiedzy i szwajcarscy milionerzy, przemysłowcy, arystokraci, urzędnicy, oficerowie, naukowcy i w ogóle elita INTELEKTUALNA, tańczą skomplikowanego kontredansa do tajemniczej muzyki walki wywiadów tak płynnie, jak należy tego oczekiwać po zgrabnym thrillerze. I równie elegancko, z godnym pochwały umiarem, Gołkowski dawkuje czytelnikowi konieczne informacje. W każdej chwili wiemy tylko tyle, ile to konieczne, by musieć czytać dalej. Ani odrobinę mniej, ale i ani odrobinę za dużo.

Mało jest w „Königsbergu” z przysłowiowego „Bonda”, choć opis pościgu wszystkim: od „per pedes”, przez barki rzeczne, po tramwaj… smakowity jest, nawet bardzo. Ale w gruncie rzeczy bohaterowie grają. Grają w szachy na życie i na śmierć. Grają na szachownicy Wielkiej Historii z rewolucją bolszewicką w tle. A autor rozgrywa symultanę z czytelnikami.

Sama przyjemność?

Prawie.

#

Bo „Königsberg” ma swoje wady. Widać, jak Gołkowski z nimi walczy i widać, że czeka go długa walka. Jak to pisarza.

Przede wszystkim ciągle szwankuje język, ten lekceważony nawóz, bez którego nie wyrośnie literatura. Być może doskonała znajomość wielu języków przeszkadza w wyspecjalizowaniu się w tym jednym jedynym, ale w „Königsbergu” wszyscy mówią mniej więcej tak samo: od narratora począwszy, na ożywczo różnorodnych bohaterach skończywszy. A jeśli zdecydowanie malownicza, realistyczna bójka nożowników i – skądinąd nader… wstrzemięźliwa – orgia opisane są tak samo, stają się odrobinę za bardzo do siebie podobne. Odrobinę mniej atrakcyjne, niż mogłyby być.

No i bohaterowie „Königsbergu” mnie przynajmniej – tej opinii nikomu nie narzucam – wydają się nieco przesadnie dwuwymiarowi. Są raczej typami: szpiega, komunisty, mordercy, naukowca, oficera, feldfebla i co tam jeszcze, niż ludźmi z krwi i kości. Na szczęście nie jest aż tak źle, byśmy przejrzeli ich grę „przed terminem”, to nikomu nie grozi. Gołkowski myli tropy w bardzo zadowalający sposób, niemniej jednak… zawsze może być lepiej, prawda?

#

Cokolwiek by „Königsbergowi” ująć pozostaje faktem bezsprzecznym: Michał Gołkowski ustawił sobie pisarskie żagle na nowy wiatr. Najpierw „Czas martwy” z antologii „Na nocnej zmianie” (jest o nim trochę tutaj, na samym końcu), teraz „Königsberg”. Trzymajmy kciuki, by wiatr ten wiał mu odpowiednio mocno i jak najdłużej.

Krzysztof Sokołowski

[Dla tego wpisu włączone są komentarze]

PS. Żeby nie było wątpliwości: to co napisałem dotyczy wyłącznie prequela „Stalowych Szczurów” jako „standalone”, a nie serii w tym kształcie, w jakim dostępna jest czytelnikom. O niej może będzie… kiedy indziej.