Oglądaliśmy z Maćkiem Parowskim „Ucieczkę z Nowego Jorku”, kiedy wcale nie była jeszcze taka stara (1981), a moda na lekceważenie „starych” filmów taka powszechna. I zaraz po wyjściu z kina, przy obowiązkowej kawie, Maciek spytał mnie, dlaczego – moim zdaniem – to jest taki dobry film, skoro „nic takiego w nim nie ma”.

– Bo to nie jest film reżyserowany – odpowiedziałem mu wówczas bez wahania, dokładnie tymi słowami. Dokładnie je pamiętam. – To jest film CHEROGRAFOWANY. A aktorzy nie grają, tylko tańczą.

I dodałem, że z tego się układa taka całość, że albo poddajesz się jej i całą przyjmujesz, albo nie poddajesz. „Kochaj albo rzuć”. Oczywiście nie miałem wówczas na myśli akurat tej sceny

ale równie dobrze mógłbym mieć, bo pasuje doskonale.

Mógłbym wówczas coś o tym napisać i dzisiaj przypomnieć na blogu, jak przypomniałem większość swoich starych tekstów, ale nie napisałem. I pewnie już nie napiszę, kogo to obchodzi? Niemniej sam pomysł mieszkał mi przez ten czas kątem w głowie i wrócił przy okazji „Sucker Punch” (2011 – okrągłe 30 lat później) i króciutkiej wymiany zdań na Facebooku. Przy okazji takiej… odświeżającej facebukowej reakcji na film, który – w odróżnieniu od pierwszej „Ucieczki…” – mocno się położył, krytycznie i komercyjnie też. I chyba nawet nie jest „kultowy”.

Bo w „Sucker Punch” mamy przecież dokładnie to samo, przynajmniej co do zasady. 

Idealną zgodność wszystkich elementów wizualnych: obrazów połączonych RUCHEM, z kompletną ścieżką dźwiękową, w której dźwięk naturalny łączy się z muzyką na zasadzie kontrapunktu, ale tak doskonale, że jeśli ktoś mi powie, że słyszy szwy, to mu zwyczajnie nie uwierzę.

I nic by z tego nie wynikało oprócz banalnej obserwacji, że piekło kinomana wybrukowane jest dziełami wyjątkowymi, które box office ma gdzie słońce nie dochodzi, gdyby nie jedna nowa obserwacja. Otóż całą scenę walki w pociągu buduje w „Sucker Punch” jedno ujęcie. Jeden POV nadaje jej atmosferę, charakter, podporządkowuje ją sobie, a potem bezlitośnie wykorzystuje.

Elementary, my dear Watson? Niby tak, a jednak nie. Bo jest to jeden z tych zabiegów nie tylko filmowych: ROZŁOŻENIE AKCENTÓW, które aż proszą się o totalne spieprzenie. A kto to totalnie spieprzył? Z pewnością nie on jeden, ale żeby daleko nie szukać: 

Och, niczego Andrzejowi Bartkowiakowi („Doom”, 2005) nie odmawiam… z tego, co mu się należy. Wręcz przeciwnie, jestem skłonny nawet mu dodać. Dodać funkcję, powiedzmy profesorską. Jeśli dzięki niemu lepiej (czytaj: inteligentniej) ogląda się to, co może się tylko podobać, wielka jest korzyść z tego, co – pardon le mot – spieprzył.

Korzyść na przyszłość też jest wielka. Ilekroć wybieram się do kina na coś „nowego” – co nie bywa tak często, jakby się chciało – zabieram ze sobą nie tylko aktualną Panią, ale też tzw. „ciężar wspomnień”. Tego co było, liczonego „na plus” i tego, co było, liczonego „na minus”. Co mi oszczędza żenady parę miesięcy później, gdy oglądam się przez ramię na niegdysiejsze zachwyty. Czego też wszystkim życzę, nawet jeśli krótka pamięć jest im pancerzem przed żenadą.

Krzysztof Sokołowski

[dla tego wpisu włączone są komentarze]