Ostatnia Rzeczpospolita czy Czwarta Era Świata?

[Disclaimer: Ten tekst, przeznaczony do SFinksa (jako kolejny z
cyklu „Zgryźliwość zgreda”) jest tekstem okazjonalnym. Napisanym
na Festiwal Fantastyki w Nidzicy i z myślą o wizycie autora.]

#

Właściwie trudno się dziwić, że w gąszczu „Ostatniej Rzeczpospolitej” dzisiejszy czytelnik najzwyczajniej w świecie się gubi. Dzisiejszy czytelnik – jeśli mierzyć go miarą blogera, a jaką inną miarę przykładać? – w lekturze szuka tego, od czego niegdyś uciekało się przy lekturze jak od zarazy. Szuka znanego. Szuka schematu. Tęskni za bezpieczeństwem. Znane nie wymaga główkowania, a główkowanie jest groźne, więc za wszelką cenę nie główkuje, co mu się na ogół udaje. Niemyślenie jest jego stanem naturalnym.

Oswaja nieznane znaną nazwą. Reductio ad absurdum.

#

Dzisiejszy czytelnik ma łatwo, bowiem dysponuje zestawem gotowych wytrychów za friko: bogactwem nazw. Fantastyka naukowa ma „podrodzajów” w porywach z kilkanaście, fantasy pewnie tyle samo, horror może mniej, ale i tak jest z czego wybierać. Dla hacków to oczywiście raj, bo takie „postapo”, „fantastyka militarna”, czy inne „urban fantasy” zawsze znajdzie grupę chętnych konsumentów, a i recki spłyną rzeką. Dla prawdziwego pisarza już niekoniecznie, bo nie zawsze i nie wszystko da się zmieścić w jednej prostej kategorii, a każda komplikacja, każde wyzwanie, redukuje rzekę recek do szybko wysychającego strumyka co budzi nieprzyjemne podejrzenie że, znaczy, „nie chcą mnie czytać”.

To akurat niekoniecznie prawda. Chcieć może i chcą, ale kiedy próbują, sukces odnoszą na miarę swych skromnych możliwości. Co widać po internetowych próbkach „sprawozdania z odbioru” (bo nie recenzji przecież) trzech tomów „Drugiej Rzeczpospolitej” Tomasza Kołodziejczaka. W „przeciętnoczytelniczym” odbiorze ta seria trzech tomów z opcją czwartego uległa momentalnemu, można powiedzieć: instynktownemu spłaszczeniu do – tak, oczywiście! – skatalogowania. Gehenna to horror, elfy to fantasy, Mars to science fiction, książka to „gatunkowa mieszanka”. Przyprawiona tradycyjno-patriotycznym sosem z wyraźnym posmakiem katolicyzmu, na co przeciętny czytelnik reaguje zmarszczeniem brwi, ale że Kołodziejczak jest znany, lubiany, komiksowy, nagradzany i swój, na zmarszczeniu brwi się kończy. Podejrzewam, że debiutantowi nie przeszłoby tak ulgowo.

#

Już słyszę ten skrzek sprzeciwu: każdemu wolno czytać co mu się podoba jak mu się podoba, każdemu wolno pisać, co chce jak chce! Fakt. Prawo nie zakazuje ani jednego, ani drugiego, choć to zaniechanie i aż prosi się o powstanie ruchu obywatelskiego oporu. Prawo nie zakazuje też robienia z siebie durnia, a jak inaczej nazwać kogoś, komu lektura Kołodziejczaka zakończyła się tym i dalej ani rusz? Kogoś, komu nie przyszło do głowy, że pisarz używa, owszem, pewnych środków, sposobów i tricków, ale na ogół czyni to po coś? Jeśli lektura współczesnej sieczki, w której środki, sposoby i tricki są brakiem wartości samym w sobie otępia tak, że poza sieczką nie widzi się już niczego, powinna być zakazana. A mylenie książki z produktem książkopodobnym karane jak fałszowanie marki.

Właściwe pytanie brzmi nie „co autor miesza” (to widzi każdy głupi) lecz jak miesza i po kiego grzyba. Czy fabuła układa się w całość? Czy świat, bohaterowie, zdarzenia – akcja – grają, że tak powiem, w jednej drużynie?

#

Więc owszem, tak. Do tego stopnia, że to, co Kołodziejczak napisał razem z tym, JAK napisał, układa się w wyjątkową całość.

Przedstawiony przez niego świat jest światem po zdarzeniu o niemal apokaliptycznych rozmiarach, ale to NIE jest „postapo”. Toczy się w nim wojna, lecz NIE jest to przecież „military SF”. Walkę z okrutnie zabójczymi – i zabójczo okrutnymi – najeźdźcami organizują elfy, ale to NIE czyni z „Ostatniej Rzeczpospolitej” fantasy tak, jak „Wikingowie” Grzędowicza nie czynią fantasy z „Pana Lodowego Ogrodu”.

I w pierwszym, i w drugim przypadku, i w ogóle w przypadku literatury, całość jest zawsze większa od sumy części. Jest nową jakością, tworzoną przez sposób opowiedzenia.

#

A teraz, a propos i w charakterze tzw. pointy chciałbym zapytać paru typowych „konsumentów treści” po co, ich zdaniem, Kołodziejczak odwołał się tak bezpośrednio do tego, co tak dobrze znane: do Tolkiena. Jakby tego było mało, odwołał się do Tolkiena na obu poziomach: języka i metajęzyka. Dlaczego nazwał najwyższego dowódcę sił, stawiających dzielny opór najeźdźcy, El-Galadem? Skąd się wziął „poziom Turina” i rozmowa elfki z człowiekiem, w której padają słowa o tym, że Tolkien zrobił elfom „dobry PR”? Czyżby właśnie metajęzykiem chciał specjalnie zwrócić uwagę przytomnego czytelnika na to, że balrogi i tworzenie najeźdźczej armii z jeńców nieodwracalnie skrzywionych, zbydlęconych wymyślnymi torturami (a orkowie wywodzą się z… elfów) to nie przypadek, nie skrót przez las wszystkich możliwych fikcji, to nie wygodne skorzystanie z wydeptanej ścieżki… i nic więcej.

#

Chciałbym też zapytać przeciętnego „konsumenta treści”, czy nie przyszło mu do głowy, że Kołodziejczak napisał okrutną lecz w bardzo nowoczesny sposób atrakcyjną (nie piękną, właśnie atrakcyjną) baśń o tym, co jest jądrem tolkienowskiej baśni, a co najlepiej ujmuje Sam, na pytanie o istotę swej wiary odpowiadający Frodowi: „istnieje dobro na tym świecie i warto o nie walczyć”. Że własną ścieżką doszedł do miejsca, z którego Tolkien zaczynał: do prostych zasad czarno-białego świata, w którym nikt nie waha się nazwać dobra dobrem, a zła złem. Świata, w którym ze złem się walczy, a nie zawiera z nim kompromisy w imię jakże iluzorycznego „bezpieczeństwa”.

Świata „Ostatniej Rzeczpospolitej”, w którym bohater… zbiór wszystkich możliwych bohaterów… robi nie to, co by się chciało – nie egzekwuje swego „świętego prawa do chcenia” – lecz to, co konieczne i za co los potrafi wystawić słony rachunek.

Świata jego własnej Czwartej Ery w przeddzień ostatniej walki o ocalenie tego, co warte ocalenia.

Mam jeszcze jedno, ostatnie pytanie: co daje większą przyjemność z lektury, czyni ją atrakcyjniejszą, bogatszą i co tam jeszcze? To, co „odnaleźliście” w niej wy, „przeciętni czytelnicy, konsumenci treści” czy to, co znalazłem w niej ja?

Krzysztof Sokołowski.

[dla tego wpisu włączone są komentarze]

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz