Już go słyszę – rechot purystów. Będą mieli swój, niech ich podrażnię makaronizmem współczesności: „field day”. A esteci najpierw zatkają nosy, a potem je zadrą. Puryści w mowie i w piśmie używają języka żałośnie ubogiego, bo co ponad minimum jest oczywiście podejrzane, kryteria estetów nie wykraczają poza „to mi się podoba, a to nie i już” ale szafować wyrokami skazującymi jest kusząco łatwo. Ileż to razy ja sam nie mogłem się oprzeć pokusie.

Jednego nikt mi nie odbierze: było to zjawisko odświeżające, w każdym razie przeżywszy je ciągle czuję świeżość.

#

Akceptując propozycję tłumaczenia niejakiego B.V. Larsona o autorze nie wiedziałem NIC, a o książce tyle, że ma dwanaście arkuszy. Miły odpoczynek po ciężkim wysiłku, a przed wysiłkiem jeszcze cięższym, prawda? Nieznajomość twórczości pana Larsona była mi niejaką gwarancją chwilowego odstępstwa (dosłownie i w przenośni) od ze smakiem (dosłownie i w przenośni) zastawionego stołu. Nadzieją na obficie podlanego keczupem ale i dietetycznego hamburgera.

No i dostałem więcej, niż jestem w stanie do tej pory przeżuć.

Nie, nie, rzecz chwilowo nie w literackich wartościach „Roju” lecz, mówiąc tak bardziej uczenie, „w kontekście”. A kontekst jest ten, że gdyby nie B.V. Larson być może do dziś nie zetknąłbym się ze zjawiskiem self-publishingu. Być może znaczenia słowa „indie” w odniesieniu do autora jeszcze nawet nie zacząłbym szukać w Urban Dictionary.

#

Gwoli wyjaśnienia: nigdy nie kryłem i przed sądem też nie ukryję, że jestem zdeklarowanym internetowym piratem. Nie mam wyboru, ale to nie zmienia kwalifikacji prawnej i kto mówi, że prawo ma mieć coś wspólnego nie ze sprawiedliwością albo, co gorsza, z fizykalną, dotykalną rzeczywistością? Jako użytkownik legalny i wypłacalny jestem zaś śmiertelnym wrogiem wszelkiej maści DRMów. Jako pirat już nie muszę, bo DRMy wymyślono przecież po to, żeby end user (looser) nie miał łatwo, a piratowi nie przeszkodzą. Piracki dostawca treści radzi sobie z nimi w minutę trzy. W każdym razie jako taki owaki i przestępca, mimo zaawansowanego wieku z głupią nadzieją młodości czekam chwili, gdy będę mógł legalnie za 5.99 złocisza, SMSem zapłacić za „Legendę” z muzyką Tangerine Dream w prostym DivXie, dającą się otworzyć na najprostszym Dellu XT bez peryferii i stacji dokujących, bo chcę obejrzeć jedną scenę, posłuchać jednego fragmentu. Gdy będę mógł za trzy tomy „PLO” zapłacić 9.99 PayPalem i poszukać cytatu w przerwie na kawę w podróży do jednego z moich czterech miejsc zamieszkania, nie zabierając ze sobą jednej trzeciej zawartości bagażnika.

Z grami już to prawie mam, dzięki ci GOG-u. Na filmy nie mam jeszcze nadziei (niech żyje Piratebay!]. Na książki mogę wreszcie mieć nadzieję. Większą niż miałem przed kilkoma zaledwie miesiącami.

#

I to właśnie dzięki pan Larsonowi i jemu podobnym straceńcom. Bo grupka pisarzy – w tym kobiet – podjęła męską decyzję. Zamiast włazić agentom bez mydła, zamiast beznadziejnie pukać do drzwi wydawnictw nie przyjmujących „unsolicited manuscripts” choćbyś był drugim Homerem czy jeszcze lepiej, Pattersonem, zamiast godzić się na upokarzające umowy (o amerykańskich umowach wydawniczych też będzie, bo to kryminał. Tylko Bob Silverberg musi mi jeszcze wyjaśnić kilka spraw) ludzie ci najdosłowniej w świecie wzięli swój los we własne ręce. Sami piszą, sami kupują okładki, sami przerabiają swe doki itd. na mobi i epuby, sami wywieszają swe książki gdzie uznają ze stosowne (na Amazonie najczęściej) i sami wyznaczają za nie ceny – przywilej, którego nie udało się im odebrać sądownie. Dzięki temu doświadczyłem spełnienia marzeń: w ciągu trzech minut (mam u nich konto) do pierwszego, przełożonego tomu serii dokupiłem sobie komplet larsonowskiej „Star Force” za USD 7.99.

Owszem, doskonale zdaję sobie sprawę, że generalnie nie jest tak dobrze jak w tamtej chwili było mnie. Problemy atakują ze wszystkich stron. Kilka przykładów, tak na wyrywki, proszę nie doszukiwać się związków między nimi, to zostawiam sobie na później.

#

– Korporacje, a wydawnictwa to korporacje jak wszystkie inne, mają za sobą prawo, a ciężar tego prawa, przydeptującego im karki, „indies” mogą poczuć w każdej chwili. Już czują na karkach jego gorący oddech. Proces już był, na szczęście im nie zaszkodził. Ale miłe złego początki.

– Zaledwie część – i to niewielka – ebooków sprzedaje się w cenie nie niższej niż USD 10.99, a jest to cena granicznie podobna do „papieru”.

– Książka papierowa jest, czy autor zechce to przyznać, czy nie, dziełem zbiorowym. Wysiłek redaktorów i korektorów doceni każdy, kto przeczyta naszego „indie”, któremu redakcję i korektę robili albo członkowie rodziny, albo opłacani przez niego bezpośrednio pracownicy, nauczeni bać się szefa jak ognia, bo ogień pali,.nie buli.

– Wydawnictwa bywają doskonałymi sitami, choć miliony Pattersona i kontynuacje Bourne’a wydają się świadczyć, że ich oka ich sit można dowolnie powiększać.

I tak dalej. Gdybym się postarał, z pewnością przypomniałbym sobie tu i teraz sobie co najmniej drugie tyle „ale”.

#

Ale… Larson nie kryje, że jego roczny zarobek za ebooki od USD 2.99 do USD 10.99 (wyłącznie za nowość i krótko, potem, w promocji można wyłapać tytuł nawet za friko) wyraża się sześcioma cyframi, z których pierwsza nie jest bynajmniej zerem (nawiasem mówiąc, druga i trzecia też nie). A od czasów Gutenberga książka nie jest już towarem luksusowym lecz produktem i jeśli ktoś chce pizzę na kawałki wciskanie mu homarów zakrawa na hipokryzję. Zwłaszcza, że wydawcy broniący się „misją” (w domyśle: oświecania maluczkich) i płaczący nad „upadkiem jakości” wypełniają półki Empików pod sufit. Ciekawe czym, bo nie arcydziełami przecież. Nie ma ich aż tyle na całym bożym świecie.  

Ciałem jestem po stronie wydawców, bo to im zawdzięczam całą jego okazałość. Ale niepokorna (i karmiąca się za friko) dusza każe mi kibicować „niezależnym”. Nie, nie chciałbym, żeby na końcu zostali tylko oni, jak niepozorne myszki po zagładzie majestatycznych dinozaurów. Wystarczy mi, że wycisną na rynku tę zmianę, dzięki której potrzebną, a nie właśnie wydaną książkę (film, muzykę, grę, niczego nie skreślać) będzie można, kiedyś i na jakiś warunkach, znów kupić za heinleinowską cenę dwóch piw, a nie dwóch sześciopaków.

#

Co by o panu Larsonie nie powiedzieć, on i tacy jak on wstawili nogę w drzwi. Jeśli nikt im tej nogi nie obetnie, może nawet w końcu je uchylą i droga między rynkiem producenta i rynkiem konsumenta stanie otworem. Oby po stronie rynku producenta nie znalazł się ten ostatni, co to wychodząc zgasi światło.

Krzysztof Sokołowski

Zapisz