Ta seria liczy sobie już sześć tomów. Na Amazonie, w formacie „Kindle” (czyli mobi) te sześć tomów można kupić w cenie od ok. USD 15 za najnowszy do ok. USD 3 za starsze. W sumie, jeśli nie polujemy na okazję, „Siły Gwiezdne” B.V. Larsona w dotychczasowym komplecie będą nas kosztowały jakieś 30 dolców.

Ale nie musimy przecież kupować wszystkiego na raz. Sam „Rój”, czyli tom pierwszy, to w tej chwili wydatek poniżej dziesięciu złotych. Jakieś sześć z groszami, jeśli dobrze liczę. Czyli nie jest źle. Można zaryzykować, spróbować, a nuż się spodoba i ryzyko się opłaci, a jeśli nie, to co stracimy? Pół paczki papierosów? Piwo w nienajlepszym pubie?.

Da się przeżyć.

Historia faceta porwanego przez statek tajemniczych Obcych, sterowany przez AI o niewysokim jak na standardy AI IQ, może nie być warta więcej, ale raczej nie będzie warta mniej. Zwłaszcza, jeśli facet ten zwycięża w przeprowadzanych przez AI morderczych testach na zniszczenie i podporządkowuje ją sobie przy okazji, mimochodem, zabijając paru koźlokształtnych nieziemskich półkretynów, a także zdobywa względy ponętnej dziewczyny w niedbałym – podarty podkoszulek na gołe ciało! – stroju, preferującej więzy na szyi zamiast na kostkach nóg (co chętnie kojarzyłoby się z Carrie Fisher w kwiecie wieku… gdyby nie ta koszulka). No więc nasz bohater przejmuje od pokonanej AI dowództwo wspaniałego statku, przyłącza się do floty złożonej z identycznych statków identycznych jak on straceńców, wykazuje się pomysłowością w kilku starciach w przestrzeni, przechodzi mutację w Wolverine z metalem w kościach, obejmuje dowództwo armii komandosów, gromi przeciwnika na Ziemi, a na końcu, wobec jego bardzo przeważających sił, zdobywa się na błysk dyplomatycznego geniuszu i załatwia nam (jako cywilizacji) odroczenie wyroku śmierci… przynajmniej do tomu drugiego.

Aha, byłbym zapomniał, przeciwnikiem dzielnego Kyle Riggsa są maszyny. Sojusznikiem – jeśli tak to można nazwać – także są maszyny. Pierwsze to duże macrosy, te drugie to mikre nanosy.

Więcej spoilerów nie będzie.

#

Jeśli ktoś wyczuwa w powyższym streszczeniu lekką nutkę kpiny to gratuluję wyczucia. B.V. Larson nie jest Heinleinem, nie jest Haldemanem, nie jest nawet Weberem. Ba, przynajmniej tę jego powieść trudno nawet nazwać fantastyką NAUKOWĄ! Autor najwyraźniej żyje sobie komfortowo w przekonaniu, że nieważkość zaczyna się wtedy, gdy przestaje działać grawitacja (tzw. wellsowski błąd), a grawitacja przestaje działać… nad biegunem. Kosmicznej skali przyspieszenia bojowe „wpierają” bohaterów w kanapę (o unieruchomieniu kręgów szyjnych jak kierowcy w wyścigach serii NASCAR, gdzie prędkości dochodzą do nędznych 320 km/h, nie ma mowy – co z niego za Amerykanin!). ASCII i UNICODE to dla Larsona „języki komputerowe”… i tak dalej.

Tylko, że facet nie udaje Heinleina. W ogóle nikogo nie udaje. Nie pręży torsu, nie wciąga brzucha. Jako self-publisher przed publikacją książki nie musiał przebrać się w elegancki frak intelektualisty. Nikt, nawet okoliczności, nie zmusiły go do udawania nowego wcielenia Toma Cruise’a żeby uwieść sekretarkę agenta, potem drugą sekretarkę agenta, potem samego agenta, a potem, jakby tego było mało, wszystkie sekretarki wydawcy i wydawcę na ostatek.

Napisał co mu w duszy grało. Nawet jeśli uznamy go za grafomana nie możemy nazwać go grafomanem według klasycznej definicji bo to, co zrobił, zrobił dla pieniędzy.

A one odpłaciły mu uczuciem za uczucie. W czasach, gdy wielcy naszej ukochanej SF łamią pióra, rzucają swymi wiernymi Makami o ściany wyłożonych mądrymi księgami gabinetów i gorzknieją w oczekiwaniu na wznowienia, które jakoś nie chcą nadejść, Larson dorabia się według radosnej zasady: „liczy się tylko sześciocyfrowy miesiąc”.

Co przy tych cenach zakrawa na całkiem niezły cud. Ale recenzje z Amazona, a przecież w ostatecznym rozrachunku to właśnie one się liczą, każą myśleć nie o cudzie powodzenia, lecz cudzie trafienia w czytelnicze gusta… a o gustach ja przynajmniej nie dyskutuję. Nie od czasu, gdy nieśmiały pisk krytyki zagłuszony został raz na zawsze przez entuzjastyczne owacje wielbicieli „Gwiezdnych wojen” z ich wcale nie gorszą od larsonowskiej immanentną głupotą.

#

Nie oszukujmy się. Każdy z nas trzymał kiedyś na szkolnej ławce otwarty podręcznik, a na kolanach lekturę zakazaną przynajmniej do dzwonka na przerwę. W epoce tabletowej technicznie może to wyglądać inaczej, ale zasada się nie zmieniła.

A więc… przyjemnej lektury. Tym co wrażliwszym na opinie ciała profesorskiego zalecam jednak, by nie dali się na niej złapać.

Krzysztof Sokołowski.  

PODZIEL SIĘ