Jak nieskutecznie znęcać się nad autorem i jak znosi to autor cierpliwy

Była to o wiele za krótka chwila niezwykłej wręcz uciechy. Dzięki pytaniom „prowadzącego” mianowicie, któremu w trosce o nieprzegrzanie cennych komórek, w krótkich abcugach udało się doprowadzić Jarka do nieukrywanej furii. „Co by Pan zrobił, gdyby rano zadzwonił do Pana Peter Jackson i zaproponował sfilmowanie PLO?”. „Czy miał Pan taką wyobraźnię od urodzenia?”.

#

Za nami kilka premier, przed nami kilka premier, innymi słowy: wkroczyliśmy równym krokiem w czas rozrywkowy jak cholera. Na szczęście Jezusek i w tym roku, jak co roku, przyjdzie wreszcie na świat w stajence… ani o godzinę za wcześnie. Przyniesie zmordowanym ludziom nadzieję, że jutro może nie trzeba już będzie kupować żadnego cholernego bestsellera i może… może… będzie można coś przeczytać w fotelu, nie w kolejce „do okazji”.

Premiera, jak to premiera, jeśli nie jest premierą takiej opery na przykład, tylko „Pana Lodowego Ogrodu 4”, nie odbywa się w filharmonii, tylko w Empiku, nie wymaga strojów wieczorowych, a wstęp jest za friko. Rządzi się swoimi prawami, a właściwie jednym prawem, a właściwie nie prawem, lecz obowiązkiem. Gości premiery należy mianowicie obowiązkowo – i jak najtaniej – skłonić do wydania jak największej ilości pieniędzy. Do tego celu doskonale nadają się „nazwiska”, ale bez celebrytów przypisanych do nazwisk, bo to trochę za drogo by wyszło.  Poza tym koniecznie musi być konkurs i prowadzący, oszczędnie gospodarujący szarymi komórkami, żeby się broń Boże nie przegrzały. Przed nami przecież jeszcze parędziesiąt premier…

#

Zgodnie z fizyką korporacyjnego Wszechświata premier „gości” na premierze PLO4 przywitała więc pusta scena. Za element dekoracji służyła rzucona nieco krzywo na ekran… strona z Facebooka. Z głośników sączyło się monotonne gitarowe „błęęę…”, pozostające w niejakiej sprzeczności z wyświetlanymi na dwóch wieńczących tę wdzięczną scenografię monitorach energicznymi, zdaje się, klipami. Po krótkim zagajeniu („dzień dobry, o dziesiątej prosimy o uiszczenie w kasie na parterze, oczywiście wolno się tratować”) parę znanych osób przeczytało parę fragmentów PLO 1-3. Osoby te pojawiły się na ekranie zastępując Facebooka, co było, muszę przyznać, miłą odmianą. Za ciekawostkę uznać należy, że celebryci czytali fragmenty w wyraźnie widocznej w tle knajpie typu MacDonald, lecz serwującej piwo. Urzekali „tębrem” głosów w otoczeniu konsumentów nie fantastyki bynajmniej, tylko tak po prostu, kolacji, obojętnych na urok słowa pisanego piórem Jarka Grzędowicza i na ich samych. Cóż, tacy też muszą istnieć, zakały ludzkości. Wszyscy nie mogą być wybrani.

Że wszyscy nie mogą być wybrani przekonał się dobitnie ten uczestnik konkursu wiedzy o „Panu Lodowego Ogrodu”, który dostał następujące pytanie z „Pana Lodowego Ogrodu”: „Jakie nagrody otrzymał ‘Pan Lodowego Ogrodu’”… i nie wiedział, jakie. Nie, bracie, nie ma tak, żeby „PLO” po prostu przeczytać, choćby i wielokrotnie. W zasadzie wolno ci go nie przeczytać, w zasadzie wolno ci nawet nie umieć czytać, ale pod warunkiem, że jesteś „nasz”. Jesteś z fandomu. Jeśli nie wiesz, co to „Zajdel”, „Śląkfa” czy „Sfinks” nie masz co robić w naszym towarzystwie choćbyś potrafił recytować komplet PLO wspak i jeśli w ogóle uszedłeś, bracie, z życiem, to się teraz ciesz. A jeśli nie, możesz za to winić, bracie, tylko siebie.

#

W tym momencie parę osób wyszło, zwalniając miejsca w pierwszym rzędzie m.in. niżej podpisanemu, większość została… i miała rację. Bo po odptaszkowaniu kolejnego obowiązkowego punktu, który wzbogacił sześć osób o podkoszulki i jedną o coś, co nie było ani Applem, ani Samsungiem, ani nawet Kindlem tylko Onyxem w firmowym pudełku z ceną (nikomu do łba nie strzeliło, żeby wgrać na niego choćby PLO 1-4?) przyszła pora na kolejny obowiązkowy punkt programu: spotkanie z autorem.

I była to o wiele za krótka chwila niezwykłej wręcz uciechy. Dzięki pytaniom „prowadzącego” mianowicie, któremu w trosce o nieprzegrzanie cennych komórek, w krótkich abcugach udało się doprowadzić Jarka do nieukrywanej furii. „Co by Pan zrobił, gdyby rano zadzwonił do Pana Peter Jackson i zaproponował sfilmowanie PLO?”. „Czy miał Pan taką wyobraźnię od urodzenia?”. Gdybym wiedział, że może dojść do czegoś aż takiego, to bym rozmowę z Jarkiem nagrał i opublikował tu in toto. Bo może Tym umiałby to opowiedzieć ale ja – nie umiem.

Na końcu łaskawie udzielono głosu gościom. Goście zaskoczyli pozytywnie każdego, kto spodziewał się po nich więcej tego samego. Większość pytań, choć oczywistych, była dorzeczna, a Jarek, oprzytomniawszy, otrzeźwiwszy się łykiem z plastyku (prowadzący upewnił nas, że to „czysta”… – tu uczynił znaczącą przerwę… – „woda” i zrobił „ha, ha”) odpowiadał na nie spokojnie i poważnie.

I tylko w jednym miejscu dał się złapać: na obowiązkowym pytaniu o „małżeńską” kolaborację literacką, której jakoby nie ma i nie ma prawa być. Sesja autografów udowodniła dobitnie, jak się myli. Co inteligentniejsi łowcy wprost od niego pruli najprostszą drogą do stojącej skromnie na uboczu Majki i… Majka miała się pod czym podpisać. Bo PLO cały, nie tylko czwórka, jest przecież swego rodzaju kolaboracją, prawda? O ileż uboższa byłaby jedna z wielkich kultur Midgaardu gdyby nie jej literatura?

#

Trudno powiedzieć coś więcej oprócz tego, że promocja, rozpoczęta przed dwudziestą pierwszą, skończyła się gdy jeszcze kursowało metro. Podobała mi się mniej więcej tak, jak „Trucie Wędrowyczem”, choć może z nieco innych powodów. Ostrzę sobie teraz zęby na kolejną, Tomka Kołodziejczaka, wypadającą niemal dokładnie w moje urodziny. Za odpowiedni prezent uznam i to, że niczym nie będzie się różnić od poprzednich jak i to, że będzie się różnić wszystkim (a choćby tylko prowadzącym). Obstawiam, że nie będzie się różniła niczym.

Krzysztof Sokołowski