Pięćdziesiąt lat. Dwadzieścia dwa filmy. Imponująca częstotliwość, imponujące powodzenie i wierność trzeciego już pokolenia. Z jakością różnie bywało, ale i tak chciałoby się teraz pisać o fantastyce. 

Pierwszą przetłumaczoną przeze mnie powieścią, jeszcze na maszynie, jeszcze „za komuny” – i jedyną, która się nie ukazała – było „In Her Majesty Secret Service”, może najlepszy z „Bondów”, może drugi po „Casino Royale”, podziwianym przez Raymonda Chandlera. Różne koleje rzeczy zetknęły mnie przy tej okazji z marzącym o kompletnej edycji dzieł Iana Fleminga Robertem Stillerem; wiele mu zawdzięczam. Przy tej właśnie pracy nabrałem wielkiego szacunku dla pisarza, który pozostanie już w Polsce nieznany.

#

Szacunek dla pisarza przełożył się na sympatię, ale początkowo tylko sympatię dla filmów. Jakkolwiek nie sposób nie podziwiać Connery’ego jako aktora, jego Bond wydawał mi się zawsze ani taki, ani siaki, w gruncie rzeczy niejaki, niedookreślony. Roger Moore na zawsze pozostanie dla mnie pomyłką, jakkolwiek bardzo sympatyczną, a jego Bonda nazwałem nawet kiedyś, w druku: „jednoosobowym oddziałem Keystone Kops”. O Brosnanie nie można powiedzieć nic dobrego oprócz tego, że nie budzi żadnych uczuć, ani aplauzu, ani antypatii, ani nawet kontrowersji; wątpię, czy on sam uznałby to za komplement.

Na tym polega „skażenie Flemingiem”, piszącym najzupełniej poważnie o tym, na czym się najzupełniej poważnie znał, miejscami zdecydowanie zbliżonym do „czarnego kryminału”.

A potem, z dużym opóźnieniem, zobaczyłem „moje” „W tajnej służbie Jej Królewskiej Mości” i od tej pory czekałem „nowego Lazenby’ego” jak kania dżdżu. Bo to właśnie był Fleming, gorzki, smutny, z bohaterem w gruncie rzeczy tragicznym.

Trochę tego wróciło wraz z Timothy Daltonem, ale Dalton ze swym autentycznie groźnym okrucieństwem zamaskowanym niezbyt kanoniczną „męską urodą” najzwyczajniej nie pasował do serii. Grał jakby krępowały go niewidzialne więzy konieczności uniesienia jednej brwi, wykorzystania bezsensownego gadżetu, zrobienia miny, podania dowcipu, „odśmieszenia” widza.

#

Nie wyglądało na to, że się doczekam, ale jednak doczekałem. Jeśli nie sam Craig jako Bond, to w każdym razie „zrebootowane Bondy” nareszcie oddały sprawiedliwość Flemingowi. Nie ma już „symboli”, nie ma „typów”, są ludzie, nie nadludzie, nie superbohaterowie, nie Supermani i Supergirlsy pożenione z Punisherami. Ale frajdy miałem niewiele, bo po drugim „craigowskim” Bondzie trzeciego, dwudziesty trzeci film serii, odwołano.

Ale w swą pięćdziesiątą rocznicę „prawdziwy Bond” na szczęście powrócił. Jest na co czekać, sprawdźcie to, co wiadomo o fabule, sprawdźcie obsadę. Ten „reboot” ma oto wszelkie szanse okazać się sukcesem na bardzo długą metę.

Szkoda, że pisząc o Bondzie nie piszę o fantastyce. Szkoda, że fantastyka ma bohaterów tak słabych, że nie wystarcza ich na więcej niż dwa – trzy filmy, choć na jeden dało się uczłowieczyć nawet Kirka. Szkoda, że fantastyczna formuła wyczerpuje się na „Gwiezdnych wojnach” i „Indiana Jonesie”, tak prosto i zwyczajnie głupich, że nawet głupawy Bond „moorowski” w porównaniu z nimi dostałby się do Mensy. Z honorami.

Krzysztof Sokołowski

Zapisz

PODZIEL SIĘ