To miała być dylogia. Opowieść o dwóch kobietach, których losy splatają się w rytmie typowej „kingowskiej grozy”. Ostatecznie czytelnik dostał dwie odrębne powieści, pod względem formalnym różniące się jak niebo i ziemia, a w dodatku sprawiające nieodparte wrażenie dwóch różnych wprowadzeń w temat główny – „Rose Madder”. Nie ukrywam, że mam do pisarstwa Kinga stosunek