Dwutomowe wydanie „The Essential Ellison: A 50 Years Anniversary” (pt. „To, co najlepsze”, Prószyński i S-ka, t.1 2018, t.2 ma podobno wyjść na dniach) jest wydarzeniem literackim znacznie ważniejszym, niż na to wskazuje czytelniczy odbiór, oceniany leniwym strumieniem blogowych recek, wszystkich tak do siebie podobnych, jakby je klonowano i wszystkich świadczących o żałosnej dezorientacji autorek i autorów. Oczekiwałem czegoś takiego i dawałem wyraz moim oczekiwaniom już na etapie wstępnych konsultacji „wydawać/nie wydawać?” ale nie spodziewałem się, że recenzencka bezradność przyjmie formę aż tak zorganizowaną, by na jej odstawie sformułować kilka ogólnych wniosków. Prawdziwych dla książek niegatunkowych, czyli oryginalnych i właściwych dla autora, a nie dla „SF”, „fantasy” czy „horroru”. Wymykających się definicjom łatwym jak łatwe kobiety.

Mogłoby się wydawać, że zdrowy rozsądek nakazuje wydawcy wyodrębnić dla każdej wydawanej książki grupę docelową czytelników i kierować przekaz do każdej grupy osobny, i dla niej właściwy. A także, że w interesie wydawcy leży znalezienie pośredników–blogerów (dzisiejszy odpowiednik niegdysiejszych krytyków) dzięki którym wysłana informacja trafi w cel, lub co najmniej blisko celu. Ale w biznesie „sprzedażowym”, w tym sprzedaży książek, zdrowy rozsądek niewiele ma jednak do powiedzenia. Cokolwiek by wydawca wydał, najwyraźniej zawsze mierzy reklamą w grupę docelową nie wyodrębnioną i nie właściwą, lecz największą liczbowo… i tylko liczbowo, w niej widząc największy zasób gotówki do przejęcia. Krótkoterminowo, księgowo i zapewne także psychologicznie jest to postępowanie jak najbardziej słuszne. Czytelnik średniej klasy i akademicki (o czym więcej w Fenix Antologia 1-2, 2018) kupi to, co chce kupić niezależnie od tego, jak będzie opakowane (zawsze tak robił i będzie robił), a plankton czytelniczy, który w swej masie zawsze nabierał się na opakowanie (i będzie nabierał), urzeczony opakowaniem, dołoży swój zbiorowy niebagatelny grosz, zapewniając nim biznesowi płynność finansową.

 

Tyle, że przy takim procesie sprzedaży już nie treść jest najważniejsza. Jakość książki staje się czynnikiem wtórnym, nieważnym, do pominięcia. W procesie sprzedaży książki-towaru informacja o towarze dąży do zera, atrakcyjność opakowania zaś do nieskończoności. Odbiorcy już się nie zachęca, odbiorcę się wabi: tytułem, blurbem, czasami właściwie przykrojonym wstępem. Nawet jeśli oznacza to wejście w konflikt z czymś tak niehandlowym jak prawda. W ten sposób wydawanie książek traci swą specyfikę, a wydawcy powoli, lecz cierpliwie sami podcinają gałąź, na której siedzą, tracąc wszelkie prawa do statusu „wytwórców dóbr” i „biznesów pod specjalną ochroną”.

Przyjrzyjmy się „Temu, co najlepsze” z tej perspektywy.

TYTUŁ.

Staroświeckie, niegdysiejsze przekonanie, że tytuł powinien mówić coś o książce, umarło i tylko od czasu do czasu straszy, zresztą niezbyt przekonująco. Tytuł ma PRZYCIĄGAĆ, tłumaczył mi jak dziecku nieżyjący już, a być może najlepszy polski wydawca, gdy pierwszy raz spotkałem umowie zastrzeżenie, że o tytule mojego przekładu zdecyduje on i ośmieliłem się zdziwić.

Kogo przyciągać? Oto jest pytanie. Tytuł oryginału: „The Essential Ellison: A 50 Year Retrospective”” wysyła sygnał jasny i czytelny. Na pięćdziesięciolecie pracy pisarskiej Harlana Ellisona publikujemy wybór z jego przebogatej twórczości, ukazujący właśnie to – jej bogactwo: tematów, gustów, przekonań oraz środków czysto literackich. Jak w ciągu pół wieku ewoluowała twórczość cenionego, popularnego autora? Co się przez ten czas zmieniło? Co pozostało niezmienne? Chcecie wiedzieć? Kupcie, to się dowiecie. Dowiecie się, co w tej twórczości jest „essential”. Najważniejsze.

Polski tytuł, „To, co najlepsze”, nie ma oczywiście nic wspólnego ani z tym, ani w ogóle z niczym. Śmieszy od pierwszych stron tomu pierwszego, czyli niezdarnych wprawek kilkulatka, nie lepszych, a zapewne nawet gorszych od milionów podobnych wprawek dzieci, opowiadających tworzone ad hoc historyjki przy zabawie misiami czy Transformersami. By już nie wspomnieć o takim drobiazgu, że w „Tym, co najlepsze” nie ma paru rzeczy, które rzeczywiście można by uznać za w dorobku Ellisona najlepsze, a jego publicystyka jest żałośnie niedoreprezentowana.

Więc skąd akurat taki tytuł? Oczywiście z przekonania, że jeśli ciśniemy mu jak ochłap owo „najlepsze”, czytelniczy plankton da się przywabić. Z przekonania, że to, co skutkuje przy sprzedaży proszku do prania („badania profesora Hohbanheista z Uniwersytetu Big Shit, Maine dowodzą, że nasz proszek jest naj, naj i naj!) zadziała identycznie przełożone „na Ellisona”.

Ciekaw jestem, czy zadziałało.

 

BLURBY

Co warte są blurby wiedziałem, kiedy jeszcze nie była to wiedza powszechna. Dowiedziałem się o tym „za komuny”, w Anglii, gdy mój Book Club przysłał mi hit miesiąca w postaci gniota niesławnej pamięci twórcy scjentologii, L. Rona Hubbarda, z entuzjastycznym blurbem… Stephena Kinga.

Wydawca polski zdobył na okładkę blurba Ursuli K. Le Guin i chętnie się tym chwalił. Le Guin musiała serdecznie się uśmiać z prośby wydawcy, któremu najwyraźniej nikt nie powiedział, że twórczość Ellisona jest czymś, czego – nie odmawiając jej walorów literackich – Le Guin nie znosiła z całego serca, całej duszy i całego rozumu. Niezwykle kulturalna, systematycznie, akademicko wykształcona córka wybitnych akademików o mocnym nachyleniu feministycznym, z trudem tolerowała hałaśliwą, ludyczną, karnawałową w sensie bachtinowskim twórczość hiperaktywnego męskiego szowinisty, który omal nie trafił przed sąd za łapanie Connie Willis za biust przed obfitą worldconowską publicznością.

Le Guin, wzór kultury, wybrnęła z zadania z błyskotliwą wręcz dezynwolturą. Napisała jedyne, co mogła napisać o Ellisonie dobrego: że bez niego „Byłoby nudno!”. Jak ta opinia ma zachęcić do wydania niebagatelnych pieniędzy na „To, co najlepsze”, nie pojmę. Może tak, jak zachwyt parówek elegancją trenera Nawałki zachęca kibiców do masowego wykupywania w Lidlu tychże, doskonale dopasowanych jakością do poziomu gry „biało-czerwonych”?

Tylko jak parówkożerca poradzi sobie z Harlanem Ellisonem, którego nie da się obedrzeć z osłonki i wrzucić do mikrofalówki?

 

Blurb Andrzeja Sapkowskiego doskonale spełniałby swą funkcję reklamową – nie znasz Ellisona, jesteś ignorantem – gdyby nie diabeł w szczegółach. Otóż jest on fragmentem większej, kuriozalnej całości. Na opinię Sapkowskiego „Nowa Fala zrewolucjonizowała amerykańska fantastykę. A Harlan Ellison zrewolucjonizował Nową Falę” nabrało się całe blogerstwo bez wyjątku. Nie ma recki bez „Nowej Fali” i rewolucjonizowania.

Problem tylko w tym drobiazgu, że… w USA żadnej Nowej Fali nie było.

Bo co to znaczy, „Nowa Fala”? Termin ten nazywa przede wszystkim rewolucję w kinie… francuskim, tę z początku lat 60-tych ubiegłego wieku. „Nowa Fala” to także nurt w poezji polskiej lat 1968 (od protestów studenckich) – 1976 (do powstania tzw. „drugiego obiegu”), do którego należy m.in. twórczość tłumacza „Czarnoksiężnika z Archipelagu”, Stanisława Barańczaka.  Jakby to śmiesznie nie brzmiało, istnieje też kino czeskiej Nowej Fali. No i, last and maybe least, istniała (krótko) fantastyczna „Nowa Fala”… ale tylko w fantastyce brytyjskiej. Jej przedstawiciele (najbardziej znany i jedyny, który przetrwał próbę czasu, to Brian Aldiss) usiłowali „odkraść” fantastykę Amerykanom. Próbowali wywieść ją raczej od szacownych Brytyjczyków, Mary Shelley i Wellsa, niż z groszowych amerykańskich pisemek, bo przodkowie-proletariusze urażali ich ego. Ta Nowa Fala nigdy nie przekroczyła Atlantyku, a Amerykanie przyglądali się jej najpierw ze zdziwieniem, a później nawet z pewną dozą rozbawienia. Czego chcą od nich ci Brytole? Poziomu literackiego? Czyżby nie słyszeli o „Kronikach marsjańskich” (1950) i „451 stopniach Fahrenheita” (1953) Raya Bradbury’ego, pisarza swobodnie poruszającego się pomiędzy SF i „mainstreamem” kilkadziesiąt lat przedtem, nim stało się to modne i „postfantastyczne”? O Alfredzie Besterze, „Człowieku do przeróbki” (1951) i „Gwiazdach, moim przeznaczeniu” (1956)? Nie mają fantastyki literackiej, ich problem. My jak najbardziej mamy, od nas wara!

 

A słynne antologie Ellisona: „Niebezpieczne wizje” (1967) i „Again, Dangerous Visions” (1972)? Pierwsza dokumentowała, a druga podsumowywała przemiany kulturowe, przetaczające się przez cały świat falą, która swym brzeżkiem zahaczyła także o literaturę fantastyczną. Na przełomie lat 60-tych i 70-tych ubiegłego wieku fantastyka przekierowała się z gadżetów na ludzi, ze ŚWIATA na BOHATERÓW, z techniki na człowieka, lecz nie było w tym nic „nowego” czy specyficznie „nowofalowego”. W owym czasie cała kultura usiłowała załapać się na taką „nową falę”… i termin ten stracił jakiekolwiek znaczenie. Stał się „umbrella term”, czyli po polsku: ogólnikiem.

Andrzej Sapkowski jest świetnym pisarzem, ale jego enuncjacje historyczno i teoretycznofantystyczne witane są zawsze uniesieniem brwi, a żegnane wzruszeniem ramion – to jest już prawo natury. Ktoś u wydawcy powinien to wiedzieć, a jednak jego tekst straszy na stronie wydawnictwa. Ku uciesze czytelnika planktonowego, który ma dzięki niemu wymarzoną podpowiedź. Wymarzone hasełko. Dwa słowa na opis czegoś, czego dwoma słowami opisać się nie da.

 

WSTĘP

Tom pierwszy „Tego, co najlepsze” wyposażony został we wstęp Jerzego Rzymowskiego, redaktora naczelnego „Nowej Fantastyki”, skądinąd entuzjastycznego wielbiciela Harlana Ellisona i – o ile wolno mi sądzić – jego dobrego znawcy.

Wstępy zawsze były wygodnymi ściągami, nawet dla niegdysiejszych krytyków, by już nie wspomnieć o blogerskiej masie, która bez ściągi ani be, ani me. I ten, zatytułowany wyzywająco: „Wyzwanie”, jest też de facto tekstem reklamowym, skupiającym się na przekonaniu czytelnika, że Ellisona kiedyś „nie było”, a teraz „wreszcie jest”, więc łapcie ludzie okazję, bo jest pierwsza… i kto wie, czy będzie następna?

Jestem ostatnim, który by zaprzeczył wadze wydania tej książki. Nawet zainwestowałem w jej wydanie: przekłady dokonywały się i dokonują z mojego egzemplarza oryginalnego „The Essential Ellison…” o sporej wartości nie tylko księgarskiej, lecz także bibliofilskiej i osobistej, którą daje pokaźnemu woluminowi osobista, żartobliwa dedykacja autora. Jak Jerzy Rzymowski żywię głębokie przekonanie że „To, co najlepsze” łata dziurę.

Przekora kazała mi mimo to sprawdzić, jaką.

Z pomocą nieocenionego portalu fantasta.pl udało mi się ustalić co następuje:

 

Po pierwsze: do momentu wydania „Tego, co najlepsze” w Polsce ukazało się blisko trzydzieści (nie chciało mi się liczyć dokładnie, jeśli ktoś mnie poprawi, dzięki) opowiadań Harlana Ellisona, z czego część wydawana było kilkakrotnie.

 

Po drugie: „Fantastyka” i „Nowa Fantastyka” w 430 numerach opublikowały może z pięć opowiadań Ellisona, „Fenix” w 107 numerach około dziesięciu, a nieregularny „SFinks” wprawdzie tylko 3 (w 2013 roku) ale za to w oprawie krytycznej; ten format „Nowa Fantastyka” powtórzyła cztery lata później, w numerze 10 (421) 2017.

 

Po trzecie: w momencie wydania „Tego, co najlepsze” przetłumaczone było, a więc dostępne w języku polskim TO CO (rzeczywiście) NAJLEPSZE, w tym – co szczególnie zabawne – wszystkie oprócz jednego opowiadania Ellisona wymienione przez Andrzeja Sapkowskiego: „Repent, Harlequin! – Said the Ticktockman” (dwa wydania), „I Have No Mouth and I Must Scream” (trzy wydania), „Beast Who Souted Love at the Heart of the World, „A Boy and His Dog” (trzy wydania), „The Deathbird” (dwa wydania) i wreszcie „The Man Who Rowed Christopher Columbus Ashore”.

 

Pragnę jeszcze raz z całą mocą podkreślić, że to, co napisałem powyżej, w żaden sposób nie obniża rangi wydania „Tego, co najlepsze”. Ale ta książka jest fundamentalna nie dlatego, że oto polski czytelnik ma wreszcie szansę przeczytania najlepszych opowiadań Ellisona, bo miał on ją od wielu lat… i o ile dobrze pamiętam czasy Fenixa, w pełni z niej korzystał. Jest fundamentalna ze względu na to, co rozsiane pomiędzy „tym, co najlepsze”. Jest fundamentalna, bo pozwala uchwycić dynamikę twórczości Harlana Ellisona, a także uzupełnić wiedzę o pięćdziesięciu latach historii fantastyki.

No i oczywiście wydanie to jest fundamentalne dla planktonu czytelniczego, bowiem rozgrzesza plankton z bierności i niewiedzy, co warto czytać i jak to coś zdobyć. Plankton będzie teraz – nareszcie! – próbował rozgryźć Harlana Ellisona nie dlatego, że to Harlan Ellisona (gdyby chciał, już by go dawno rozgryzł) lecz dlatego, że jest o nim głośno. Bo jest „naj”, bo jest „Nową Falą”, bo ją zrewolucjonizował, bo go kiedyś nie było.  

W ten sposób dzięki promocji ideał sięgnął bloga.

 

OKŁADKA

We wręcz rażącym kontraście do wszystkiego, co wyżej, pozostaje jeden ważny składnik promocji „Tego, co najlepsze”.

Okładka.

Ach, okładka!

Nie, nie w tym rzecz, że Dark Crayon/Piotr Cieśliński wyprodukował świetną okładkę – jest to dokładnie to, do czego nas przyzwyczaił i chyba już nie umie inaczej. Chodzi o to, że Piotr Cieśliński twórczość Harlana Ellisona ZROZUMIAŁ. Po czym uchwycił w metaforycznym skrócie istotę jego pisarstwa.

Harlan Ellison: różnorodny, zaskakujący, wymykający się opisom i ocenom, zmienny, pisarsko żywy jak żywe srebro, w jednym jest konsekwentny aż do bólu. Każdym opowiadaniem, każdym akapitem każdego opowiadania, każdym jego zdaniem i słowem MIERZY CZŁOWIEKA. Mierzy, waży, poddaje testom na zniszczenie, po czym układa w nową całość to, co mu z człowieka zostało.

Cieśliński nie tylko to zrozumiał, ale też potrafił pokazać. Gdyby było mnie na to stać, kupiłbym od niego oryginał, powiesił na ścianie… i patrzył na niego ilekroć przyszłoby mi do głowy pochwalić jakąś okładkę.

Dlaczego w takim razie nigdzie, w żadnej recce nie spotkałem niczego więcej niż ogólny zachwyt: „och, jakie to śliczne”?

Odpowiadanie na pytania takie i podobne powoli zaczyna mnie nudzić.

 

Krzysztof Sokołowski.