W życiu by mi samo do głowy nie przyszło, że cykl o „Książkach z cienia” zacznę od tej książki. Do przedwczoraj żyłem w błogim przekonaniu, że w sposób naturalny zatonęła ona w oceanie czasu, że interesować może, owszem, historyków literatury (i filmu) bo jest powieścią wybitną (i jej interpretacja filmowa też jest wybitna), ale dla współczesnego czytelnika nie ma wartości innej niż ciekawostkowa, wręcz muzealna. Proszę sobie wyobrazić moje zdumienie, gdy zobaczyłem, że emocjonalny post popularnego pisarza postapo i mojego szefa w Fenixie Antologii o tym, jak mu przeorała łeb, wywołał lawinę równie emocjonalnych komentarzy o tym, jak przeorała łby komentatorom.

Zdumiewające to, bo mowa o powieści, która jest dzieckiem swoich czasów, a do naszych wydaje się zupełnie nie pasować. Jest dzieckiem czasów, gdy nad Ameryką po raz pierwszy przeleciał sztuczny satelita, radziecki sztuczny satelita: to jakby nieuchwytny wróg zstąpił wprost z nieba, włamał ci się do domu, a ty nic nie możesz na to poradzić. Czasów „Istoty z innego świata” i słynnych słów: „Keep watching the skies!”. Czasów kryzysu kubańskiego i świata stojącego na krawędzi wojny atomowej. W roku jej wydania Zimna Wojna kwitnie, owocuje i wydaje się wieczna. Kowboj trzyma lufę colta przy głowie kołchoźnika, kołchoźnik trzyma lufę kałacha przy głowie kowboja. Pytanie, kto pierwszy ściągnie spust? 

Nie, nie o tym jest „Ostatni brzeg” Nevila Shute (1957). Shute’a nieprzesadnie to interesuje. „Od niego usłyszał po raz pierwszy o wojnie chińsko-rosyjskiej, która wybuchła w następstwie wojny pomiędzy Rosją i NATO, będącej rezultatem wojny izraelsko-arabskiej rozpoczętej przez Albanię. Dowiedział się, że zarówno Rosjanie, jak Chińczycy użyli bomb kobaltowych […]” – i to wszystko, o przyczynach więcej się nie dowiemy. Dowiadujemy się za to wszystkiego o skutkach. Półkula północna staje się strefą śmierci, a skażone powietrze w sposób naturalny przemieszcza się powoli nad nietkniętą półkulę południową. Jej mieszkańcy dostają wyrok śmierci z odroczoną datą egzekucji, choć niczemu nie są winni i dla nich nic się nie zmieniło. Dla nich wojna była czymś, o czym czyta się w gazetach. Faktem, który ma wszystkie cechy „faktu prasowego”, czy może raczej przelotnej ciekawostki z dalekich krajów. Komuś zadzwonił dzwon, ale to przecież tak daleko.

Jesteśmy daleko. W Australii. Do Australii trafia dowódca amerykańskiego atomowego okrętu podwodnego, który cała wojnę przetelepał się w zanurzeniu, z rzadka wychodząc na peryskopową, a i wówczas w ząb nie rozumiejąc tego, co widzi. Kiedy kapitan Dwight Towers dowiaduje się, że jego rodzina nie żyje, nie jest w stanie przyjąć tego faktu do wiadomości. Nie słyszał huku wybuchów, nie widział grzybów. Śmierć ukochanych bliskich w ogóle dla niego nie zaistniała. Zadzwonił dzwon i co z tego? Ja tego dzwonu nie słyszałem.

W Melbourne kapitan Towers poznaje alkoholiczną (Moira zamawia na weekend osiem butelek koniaku, „koniaku można wypić mnóstwo”) dziewczynę swobodnych obyczajów. Dziewczyna ma na niego ochotę i nie ma skrupułów. Bez wahania odbiłaby kapitana żonie, gdyby nie to, że żona nie żyje. Ale dla kapitana żona żyje, Moira więc, połykając łzy, pomaga ukochanemu kupić prezent dla niej i dla dziecka, nieosiągalną w ojczyźnie kapitana, która też już nie istnieje, „żabią laskę”. Ich głębokie uczucie, mimo okoliczności doskonale i najnaturalniej w świecie sprzyjających, pozostaje nieskonsumowane.

Kapitan poznaje także młode australijskie małżeństwo z maleńkim dzieckiem: ojciec, oficer marynarki mający stać się jego podwładnym na czas ostatniego rejsu cieszy się, że ma pracę, matka sadzi w ogródku roślinki i wyobraża sobie, jak pięknie zakwitną za rok. A przed nimi jest zaledwie kilka miesięcy życia. Nie dożyją pory kwitnienia, ale co to ma za znaczenie? Co za znaczenia ma, że zadzwonił dzwon?

Kapitan poznaje także australijskiego fizyka, jedynego człowieka wiedzącego, co się stało, ale też tylko teoretycznie. Gnębiony wyrzutami sumienia – kto dziś pamięta, czym był tzw. dylemat fizyków? – profesor Osborne spróbuje spełnić swe najbardziej skryte marzenie, a jednocześnie elegancko popełnić samobójstwo: bierze udział w niezwykle groźnym wyścigu samochodowym… i wygrywa. Film Stanleya Kramera z 1959 roku jest jedynym w historii, w którym Fred Astaire nie przetańczył ani taktu.

A potem i tak wszyscy umierają. Pozostają – nie ma tego w książce, jest w filmie, ale to obraz tak wstrząsający, że nie sposób się z nim oswoić – puste ulice Melbourne, po których wiatr przewiewa strzępy gazet.

Czym więc jest „Ostatni brzeg”? Dla Bartka Biedrzyckiego, przyczyny wszystkiego złego, to ultymatywne „postapo”. „[…]Shute rozbił bank. Napisał prawdopodobnie pierwszą nowożytną powieść postapokaliptyczną i napisał ją tak, że nikt do niego nie podskoczył i nie podskoczy. Żadne ‘Drogi’, żadne ‘Metra’, żadne próby i napinki niżej podpisanego nie mają w ogóle startu do ‘Ostatniego brzegu’ […]wszedł na scenę cały na biało ponad 60 lat temu i zamiótł. Myślę, że chyba całkiem poważnie powinienem przerzucić się w całości na space operę bo w postapokalipsie ani ja, ani nikt inny nie mamy czego szukać”.

Ale… czy to rzeczywiście postapokalipsa? Przecież postapokalipsa zawiera w sobie apokalipsę: strzały, wybuchy, widzialną, dotykalną śmierć i zagładę, a także podział na tych, co po lewicy i tych, co po prawicy. W „postapo” musi też być jakieś post, a tymczasem w „Ostatnim brzegu” „nie pytaj, komu bije dzwon” – bo bije on wszystkim. Bije bezgłośnie: polski tytuł owszem, ma w sobie coś apokaliptycznego, ale angielski, oryginalny, nie. „On the Beach” to przecież po prostu „na plaży”. Ktoś w komentarzach zauważył nawet przytomnie, że wojna atomowa jest tu w zasadzie akcydentalna, Australijczycy mogli równie dobrze wszyscy zapaść na raka dającego się leczyć paliatywnie ze stuprocentową skutecznością.

Nie jestem nawet pewien, czy „Ostatni brzeg” to fantastyka naukowa. Akcja przesunięta jest odrobinę w przyszłość, to prawda, ale w tej przyszłości nie ma nic, czego wymaga się od SF: żadnego nieistniejącego dziś gadżetu, żadnych zdarzeń niemożliwych w teraźniejszości lub przynajmniej nieprawdopodobnych. Wręcz przeciwnie, Stanley Kramer, reżyser ekranizacji, nie dysponując okrętem atomowym, „downgradował” okręt podwodny kapitana Towersa do stareńkiego diesla, co nic nie zmieniło i nikomu w niczym nie przeszkadzało.

Jedno wiem z pewnością: „Ostatni brzeg” jest „książką z cienia”. Nie sposób go dostać ani w księgarniach, ani w antykwariatach, ani nawet na Allegro. A kiedy książka ta wychynęła z cienia, w którym spoczywała kilka historycznych epok, wprost na Facebooka, nabrała przypisanych jej przez nowych czytelników znaczeń i nikt nic na to nie poradzi. Tak naprawdę, by opisać czym była, jest i czym będzie, muszę pożyczyć języka od angielskiego poety, Johna Donne’a. Poety z jeszcze innej epoki, przełomu XVI i XVII wieku.

„Żaden człowiek nie jest samoistną wyspą; każdy stanowi ułomek kontynentu, część lądu. Jeżeli morze zmyje choćby grudkę ziemi, Europa będzie pomniejszona, tak samo jak gdyby pochłonęło przylądek, włość twoich przyjaciół czy twoją własną. Śmierć każdego człowieka umniejsza mnie, albowiem jestem zespolony z ludzkością. Przeto nigdy nie pytaj, komu bije dzwon: bije on tobie”.

 

Krzysztof Sokołowski