Nie, wcale nie musiało być aż tak źle i po prawdzie dużo sobie obiecywałem po tych kilkudziesięciu pierwszych stronach. Twarda babka, wyszczekana, swobodnych obyczajów klasyczna bardzo atrakcyjna singielka, policjantka pozbawiona złudzeń, ale bez przesady. Jeszcze jej zależy, jeszcze nie zapomniała, że ma powołanie. Odrobina danej od losu psi to w jej zawodzie bardziej przekleństwo niż błogosławieństwo: jakże sfrustrowany musi być glina bezbłędnie rozpoznający winnych, ale nic im nie mogący zrobić, bo prokurator dupek nie pozwala nawet zbierać dowodów? Mimo to dziewczyna szuka ich, mniej lub bardziej beznadziejnie. Nie jest panią prowadzonych przez siebie spraw, zawsze wie więcej niż może wykorzystać, ale robi dobrą minę do złej gry i gra takimi kartami, jakie dostała.

Jeśli dodać do tego pewien – nieprzesadny – realizm szczegółów ( no, może z wyjątkiem mafii moherów mordującej się przy wtórze hard rocka z Radia Maryja, trochę za bardzo przypominających „Hell Grannies” Monty Pythona http://www.youtube.com/watch?v=Ygy7UDADXDg ) wraz z dobrze osadzonym w języku poczuciem humoru, Aneta Jadowska wydawała mi się uczciwą zaliczką na nową Chmielewską. Tą od najlepszych kryminałów Chmielewskiej. Aż chciało się wierzyć, że gdyby musiała Dora Wilk byłaby w stanie wygrzebać się szydełkiem z lochów zamku nad Loarą nawet szybciej od Joanny.

Jeszcze próba, jeszcze dwie i powieści Jadowskiej mogły, w moim głębokim przekonaniu, dorosnąć. Zdjąć pieluchę, poraczkować może odrobinę, a potem przyjąć postawę wyprostowaną i jak przyjazny wiatr powieje stać się nawet ironicznym pendant do naszej niewesołej rzeczywistości. Klocki były na miejscu, wystarczyło je poukładać.

#

I wówczas autorka przyszłej – o Boże! – serii z powodów, których nietrudno dociec, postanowiła wszystko popsuć. Napisać „fantastykę” mianowicie. Gorzej, napisać „urban fantasy”.

W dwóch dotychczasowych tomach poświęconych Dorze Wilk „urban fantasy” nie ma, a mogę bez strachu założyć się o co chcecie, że dalej też jej nie będzie. Bo nie ma „urban”: Toruń, Thorn, Trójprzymierze i co tam jeszcze nie są żadnymi „środowiskami miejskimi”, tylko minimalistyczną dekoracją z tandetnego papier-mache. Wszystkie domy są jak klon jednego domu, wszystkie knajpy jak klon jednej knajpy i zawsze, wszędzie, znajdzie się ten czysto umowny drink, kalekie do śmieszności wspomnienie po hemingwayowskim daiquiri. Bo nie ma fantasy, jest jeden intelektualnie odpychający miszmasz diabłów, aniołów, wiedźm, wilkołaków, elfów, uzdrowicielek, diabłów i Iwanów. Ba, sama bohaterka ze strony na stronę zyskuje coraz to nowe genetyczne „magiczne” dary i kiedy poddałem się w walce z lekturą miała ich ze sześć różnych, w tym wilka i wampira. Aż strach pomyśleć, co nas czeka dalej…

#

Za to jest w dwóch wydanych już tomach serii o Dorze Wilk mnóstwo czegoś, co osobiście uznaję za znacznie gorsze od nieudanego „urban fantasy”. Romansu paranormalnego mianowicie. Tak, takiego „z wampirem”, produkowanego seryjnie przez seryjnych hacków dla zakompleksionych piętnastolatek w każdym wieku co to i chciałyby, i śmiertelnie się boją, więc zamykają oczka i marzą o superfacetach oraz miłości wielkiej, ale broń Boże nie skonsumowanej. Jeśli o taką miłość chodzi Jadowska okazuje olśniewającą inwencję – aż szkoda, że inwencja w tej nader ograniczonej pod każdym względem, od stylistycznego po intelektualny, dziedzinie prowadzi najprostszą drogą do śmieszności. Toteż i wyłącznie śmiech budzą „niestosunki” tej niegdyś twardej ale sympatycznej bohaterki z diabłem zbudowanym jak marmur greckiego herosa – pod każdym, sądząc po czynach, względem – oraz delikatnym, kruchym, efebowatym aniołem, tak bliskim stereotypowego wyobrażenia „pedała”, że bliżej się już nie da. Stosunki, panie i panowie, które gdyby były, byłyby zbiorowe! Stosunki, do których prawie dochodzi… z akcentem na „prawie”. Trudne to? Może nawet niemożliwe? A skąd! Jeśli nie boisz się śmieszności, wszystko jest jak najbardziej możliwe i nawet bardzo łatwe! Scena łóżkowa wygląda wówczas tak:

„Przygarnęłam ich twarze […] pozwalałam by moje wargi muskały ich podbródki, nosy, powieki. Ocierałam się policzkiem o ich policzki […] Spletliśmy się ciasno, przytulałam ich, z dłońmi wciąż wplątanymi w ich włosy. Już nie tylko dłonie Mirona błądziły po moim ciele […]”.

A zdanie później:

„W naszych ruchach nie było podniecenia….”.

No to co było, pytam? I po co? Tylko po to, by bohaterka zobaczyła się w łazienkowym lustrze taką mianowicie:

„Rumieniec na twarzy, szeroko rozwarte źrenice, potargane włosy i przyspieszony oddech. Och, nie tylko wampiry nabrałyby się na to, że mam za sobą chwilę namiętności”?

Od kiedy to namiętność definiuje się jako „ruchy” w których „nie było podniecenia”? Go figure…

Parę, a dokładnie sto, stron wcześniej trafiłem na passus innej natury, lecz prawie równie dobitny:

„Nasze mieszkanie było piękne, zaś jedną z głównych zalet było to, że było widne. W każdym pokoju były co najmniej dwa okna”.

Cztery „być” na dwa zdania, nieźle. Cztery „być” na dwadzieścia dwa słowa, przeszło 18%, jeszcze lepiej. Gdyby w tej dziedzinie spisywano rekordy, mielibyśmy naszą rodzimą mocną kandydatkę do złota. No, nie olimpijskiego…

#

Przyznaję, choć z trudem mi to przychodzi, że cierpliwości (i poczucia humoru) starczyło mi tylko na całego „Złodzieja dusz” i 193 strony „Bogowie muszą być szaleni”. Po stronie 193 uznałem, że szaleństwem byłoby brnąć dalej, a ze mnie żaden bóg. Przykro mi, że Anecie Jadowskiej nie mogę odwzajemnić przemiłego komplementu z dedykacji ale to ona podjęła decyzje. Mogła równać w górę, zdecydowała się na „dumbing down”  i to jej wyszło doskonale. Tego można jej tylko pogratulować.

 

Krzysztof Sokołowski

Zapisz

PODZIEL SIĘ