[Ten wpis jest skróconym i uproszczonym dla potrzeb „czytelnika blogowego” fragmentem artykułu, mającego ukazać się drukiem w najbliższej przyszłości]

„Ludzie, którzy dla tymczasowego bezpieczeństwa rezygnują z podstawowej wolności, nie zasługują ani na bezpieczeństwo, ani na wolność”.
Benjamim Franklin

„Namierzyli go w cztery dni w kraju, w którym mieszkał od pół roku i w którym nie ma dowodow osobistych. ‚Miś zwany Paddington’ nagle zmienił się w ‘Rok 1984’.
A potem skini zadźgali kogoś w parku i natychmiast zakazano noszenia jakichkolwiek noży, nawet szwajcarskich scyzoryków wielkości breloczka. Brytyjczycy, w tym świeżo upieczony Walijczyk Siedlarski, dostali dwa tygodnie na złożenie w komisariatach całego potencjalnie morderczego żelastwa.
A jeszcze potem zabroniono noszenia nakryć głowy osłaniających twarz, w tym kapeluszy, kapturów i czapek z daszkiem. Kominiarki były wykluczone, nawet gdy nastały mrozy. Chodziło o wygodę kamer.
Później wydano Health Act i zakazano stosowania soli w restauracjach, przetwórniach, oraz ograniczono jej sprzedaż. Obłożono akcyzą mięso i przetwory, wszelkie tłuszcze, także słodycze. Oklejono ostrzeżeniami napoje.
Następnie pojawiła się ustawa o zachowaniach antyspołecznych. Formułował je sąd. Według własnego widzimisię i na miarę, dla każdego obywatela, który czymkolwiek się naraził […] Od tej pory każdy mógł dostać zakaz robienia czegokolwiek.
Wtedy dał spokój i wrócił do Polski”.
Jarosław Grzędowicz: „Farewell Blues”.

[…]
Sposób, w jaki Vuko Drakkainen zostaje nam „sprzedany” ma w sobie bardzo wiele z nader zaskakującej sztuczki nader wyrafinowanego prestidigitatora, który przed nader szacowną publiką wyciąga nader białego królika z nader eleganckiego cylindra. Na wyrost, dla jasności wywodu, można powiedzieć, że jest najbardziej przekonywającym rodzajem kłamstwa: takim, w którym mieści się prawie sama prawda. Bo przecież każdy z nas zna kogoś takiego jak on: wiecznego buntownika, wiecznie obok, poza i zamiast. Nieprzypisanego nawet do zdefiniowanej kultury, z wyjątkiem najszerzej rozumianej „kultury europejskiej”, a bieda w tym, że nie współczesnej. Wręcz definiującego się przez swą anachroniczność, przez niezgodę na teraźniejszość fałszywie bezpieczną, papuśną w klatce z przepisów i „uregulowań”. Czującego nieprzezwyciężoną odrazę do fałszywego „komfortu codziennego życia” i w ogóle tego, co Lem w „Powrocie z gwiazd” nazwał celnie, a treściwie: „wiecznym mli, mli”.

Vuko jest prawdziwym facetem, w koniecznej potrzebie odwołującym się do „sędziego ostatecznego”: WŁASNYCH przekonań i WŁASNEGO sumienia.

Taki mężczyzna oczywiście może istnieć, bieda w tym, że nie mógłby zostać agentem jakiejś tajemniczej Secret Service. Solowych misji nie powierza się komuś organicznie niezdolnemu do wykonania rozkazu, jeśli go przedtem nie zaakceptuje. Czego konsekwencje mamy okazję obserwować, do samego końca. Vuko staje przeciw wszystkim swym światom, także Ziemi, która go zaangażowała, wyszkoliła, imponująco wyekwipowała i zapewne nawet mu płaci. Teoretycznie wygrywa, ale w praktyce, mimo zwycięstwa, dzieje mu się gorzej niż kiedykolwiek. Ganiają go wszyscy, aż nie ma gdzie uciekać.

Jest to ta jedyna sytuacja czytelnicza, w której ze wszystkich sił i całego serca tęskni się do kontynuacji.

#

„Hel-3” nie jest oczywiście kontynuacją „Pana Lodowego Ogrodu”. W żaden sposób oprócz jednego: tu też elementem wyróżniającym jest niezgoda bohatera na światy, w które wrzuca go kapryśna wyobraźnia autora.

Ale bohater podległ znaczącej modyfikacji.

W odróżnieniu od Vuka, Norbert ma swoje miejsce na Ziemi. Ma przyjaciół. Ma jedno mieszkanie, nie trzy i nie taki znowu niezwykły zawód. Jest prostym dziennikarzem-freelancerem w świecie przesuniętym w czasie tak subtelnie, że wszystko w nim da się łatwo rozpoznać jako prosta konsekwencja naszej teraźniejszości. Teraźniejszości niezmodyfikowanej ani cudownym wynalazkiem, ani żadnym innym kataklizmem. Ot, internet zlał się w jedno z Facebookiem i przede wszystkim Youtube, Google Glass załapały, zapewne dlatego, że niemal nierozróżnialnie upodobniły się do Ray Banów, a „news” plus „story” to już dziś dobrze sprzedawalny towar, choć jeszcze nie „iwent”. Wszystko to razem może nawet brzmi odpowiednio fantastycznie i naukowo, dopóki nie zorientujemy się, że narzędziem pracy Norberta jest między innymi „pancerbook”, do złudzenia przypominający mojego Panasonica CF18, już dziś liczącego sobie ładnych parę lat. Jasne, mamy do czynienia z przyszłością, ale jest to przyszłość czyhająca na nas za najbliższym, niepokojąco bliskim rogiem. Przyszłość ropy bez wartości i zbankrutowanych krajów arabskich w objęciach ekstremalnej Sunny. Przyszłość Europy „zrównoważonego rozwoju”, w której wyłączenia prądu są tak powszechne, że uregulowano je ustawowo, więc nie wywołują już odruchu sprzeciwu, a niedostatki pamiętnych mojemu pokoleniu „stopni zasilania” łatają minigeneratorki na sprężone powietrze. Nawet w mieście od zrujnowanych podatkiem katastralnym „wiochmenów” od czasu do czasu można kupić coś jadalnego. Nie szmuglowanego wprawdzie, co w historii już przerabialiśmy, lecz uprawianego i hodowanego w ruinie osiedli wielkości warszawskiego Ursynowa. Normalka. Dziś bazylia w kuchennej doniczce, jutro świnia na balkonie (co też w historii przerabialiśmy)… bo jeśli nie w sklepie, to gdzie?

#

Norberta i Vuko wiele dzieli, ale łączy jedno: obaj są nie z tego świata… ani żadnego innego. Obaj są anachronizmem. Obaj chcą żyć na własną odpowiedzialność. Obu łączy też głęboka wiara w to, co większe od nich samych. Ideę tak prostą, że niegdyś oczywistą: prawa do wolności nie oddaje się nikomu i za nic. Vuko, „uzależniony od adrenaliny”, gotowy zginąć – ach, dobre stare westerny! – „w butach”, dostał szansę takiego życia w postaci czterech tomów, osobnej planety na krańcach Wszechświata, dysponujących „magią” obcych cywilizacji, statków kosmicznych i, jakby tego było mało, niejakiego Cyfrala.

Norbert chciał tylko normalnie żyć, jeść i pić (i dla nas, powoli lecz nieuchronnie, staje się to marzeniem) oraz robić zaledwie „uczciwe dziennikarstwo”, zwyczajnie, dla pieniędzy. I tyle ma z marzeń, co miałby z nich zmarły nagłą, okrutną śmiercią trup.

Szanse, kiedy je dostaje, są zwykłymi szansami zawodowymi, nie sensacyjnie komandoskimi akcjami szpiegowsko-bojowymi.

#

Pozwolę sobie nazwać to, co opisałem „błogosławioną redukcją”.

Trochę jak Sapkowskiemu, który powiedział kiedyś: „Po co mi fantastyczne światy, kiedy ja mam bohaterów, którzy ze sobą rozmawiają”, Grzędowiczowi „fantastyczne światy”, wykorzystane ad extremum w „Panu Lodowego Ogrodu” też nie są już koniecznie potrzebne… choć nikt nie twierdzi, że kiedyś znów się nie przydadzą. Ale w tej chwili, w swym prywatnym pisarskim czasie, „Helem-3” manifestuje on mistrzowską ekonomię środków. Jego nowy bohater staje „sam przeciw światom” bez specjalnego wyposażenia. Jest pełniejszy od Vuka bowiem, choć działa w zespole, ma tylko siebie. Obywa się bez wspomagania. Jest kim jest: zwykłym człowiekiem.

I jako zwykły człowiek wygra. Lub przegra.
[…]

Krzysztof Sokołowski

Dostępny jest także podcast, w którym Jarosław Grzędowicz czyta fragmenty „Helu-3” ilustrujące postawione w tym tekście tezy.

[Dla tego wpisu włączone są komentarze]

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz