Fala recek już się nad nim przewaliła, pora pochylić się głębiej nad „Gamedekiem. Sprzedawcami lokomotyw”. Nad kolejnymi przygodami mojego ulubionego anielskiego charakterku: Torkila Aymore. Philipa Marlowe Gemedecverse tylko przystojniejszego, mocniej bijącego i odporniejszego na ciosy (a może nigdy dobrze trafionego?). A także inteligentniejszego niż w tomie pierwszym przygód, bogatszego we względy farbowanych dam i, summa summarum, nawet w kredyty.

Bohatera, że tylko mu zazdrościć.

Zazdrościć należy też autorowi, któremu wyjątkowo sprawnie napisała się książka dostosowana do każdego czytelniczego poziomu. Kogo nie stać na więcej, znajdzie w niej hiperładunek wesołych przygód cwanego pogromcy „gierczanych” przestępców w światach różnych, ale zawsze tak atrakcyjnych, że tylko skakać z tego w następny, przewracać stronice. Kogo stać na więcej – z pewnością graczy – ten zachwyci się malowniczą „wirtualią” i może nawet zauważy, że od niej Gamedecverse się zaczął, a dalej było już z górki.

Kolejny poziom zajmują ci, którzy w punktującym akcję mikście reklam, fragmentów newsów i komentarzy dostrzegą to, czym miks ten jest: to #fakenews, pokarm kulturowego planktonu. I napomkną o celnej satyrze na rzeczywistość, a nawet i korporacje. A najwyżej na czytelniczej drabinie stawiam tych, którzy napisali o czymś jeszcze: o mnogości światów „in statu nascendi”, o ich chaotycznej dynamice, ciągłym wzajemnym przenikaniu, o igraszkach przestrzenią i czasem, życiem i śmiercią. I zauważyli nawet, że w tym wszystkim Torkil czuje się odrobinę zbyt pewnie, że odrobinę zbyt sprawnie klasyfikuje sensoryczny input, zbyt szybko kataloguje, analizuje, znajduje jedyne właściwe rozwiązania. I w ogóle jest taki jakby trochę nie z tej bajki.

Bo jest. Bo w istocie – będę bronił tej opinii przed każdym, łącznie z autorem, wtajemniczonym i rwącym włosy z głowy – „Gamedec. Sprzedawcy lokomotyw” to książka smutna w znanym doskonale, przećwiczonym przez Greka Zorbę stylu „jaka piękna katastrofa”. Co więcej, to książka z tych, dla których Jean Baudrillard wysoko cenił fantastykę naukową.

To apokaliptyczna opowieść o zagładzie człowieka, w której człowieka i jego intelektualny habitat diabli biorą „z hukiem, a nie skomleniem”. W której świat, zarażony wirusem symulakr, umiera na hiperrzeczywistość złośliwą.

W tym świecie słowa i terminy, mnożone przez autora pracowicie, pomysłowo i zebrane w indeks, nic nie znaczą, skoro to, do czego odsyłają, w każdej chwili może stać się czymś zupełnie innym… i najczęściej staje. W którym nie wiesz już czy ktoś, z kim rozmawiasz, jest tym, z kim rozmawiasz, czy też kimś innym lub… nieistniejącym. Ty sam też możesz być kimś innym, lub nie istnieć… i udowodnij mi, że jest „inaczej”, cokolwiek miałoby to znaczyć! Zresztą nic nie znaczy, skoro wszystko jest inaczej. Czym jest i czy w ogóle jeszcze istnieje świat, w którym nie sposób skomunikować się kimkolwiek na jakikolwiek temat? W którym nie sposób skomunikować się nawet z samym sobą – vide majaczenia bohatera? Świat, w którym toczy się interakcja niekontrolowana. Świat doprowadzony do perfekcji idealnej: rozpadu. „Kształty bez formy, cienie bez koloru zastygła siła i gesty bez ruchu”*** Nie zostaje nic oprócz „ratuj się kto może” (kto może?) i zaczynamy od zera: Wenus z Willendorfu i sztuki rozpalania ogniska.

Nie, sekunda wróć. Jest ktoś, kto jakimś cudem orientuje się w gamedekowym chaosie.

To Zbawca Ludzkości, przepowiedziany przez Wyrocznię Wielki Sprzątacz Wszystkiego, podopieczny Anielic, król Gamedeków. Jakże łatwo wyjaśnić, dlaczego samym czytelniczym instynktem w Torkilu Aymore można wyczuć kogoś nie z tej  bajki. On jest nie z tej bajki!

Gamedecverse A.D. 2199 roku to Argoland jak Zajdla, tyle że w tym z „Limes inferior” rozpad rzeczywistości był cudownie prosty i cudownie namacalnie ograniczony. Cudownie zrozumiały. A i tak ludzkość uratować mogła wyłącznie Alicja, przychodząca z drugiej strony lustra. No to już mamy naszą Alicję. Załamanego, zrozpaczonego Torkila jeszcze bez nadludzkich mocy. Torkila z okładki Tomka Marońskiego, któremu zdarzało się już lepiej od autora penetrować głębie autorskiej wyobraźni. A lokomotywa z tytułu? Że co słyszę? Że statki kolonizacyjne? To raczej Mayflower by pasował czy inny Titanic. Czy lokomotywa z tytułu nie jest przypadkiem  sprytnym (lub podświadomym) sposobem wyrażenia tęsknoty za czymś konkretnym, mechanicznym, potężnym, lecz tak dobrze zrozumiałym?

Lokomotywa zmierza od zdefiniowanego punkt „A” do zdefiniowanego punktu „B” euklidesową geometrią torów, do odkrycia jest tylko „pomiędzy”. Lokomotywa definiuje to, co konkretnie, namacalnie rzeczywiste i jakże pocieszające.

Nie, sekunda, wróć. Jest też w „Sprzedawcach…” niezmienny element rzeczywistości, wszechmocny, wszechobecny sojusznik Torkila w walce o ostateczne być albo nie być: banki, w których wszyscy radośnie zaciągają łatwe kredyty. Trzymające się w cieniu, ale zawsze wiedzące, kto pożyczył ile, na jaki procent i pod jakie zabezpieczenie. Oblatane w who is who. A mówiłem: przyjdzie czas, kiedy uniżenie dziękować będziemy bankom za ich bohaterską służbę w najtrudniejszych chwilach. Za utrzymanie w pionie cywilizacji, jaką znamy i sądzimy, że rozumiemy.

Krzysztof Sokołowski

***T.S. Eliot „Próżni ludzie”.

[dla tego wpisu włączone są komentarze]