Mam problem z kobietami

Długo go nie miałem – problemu z kobietami. Nie kryłem, że go nie mam, a na występujące periodycznie i rozchodzące się szeroko wieści, że z kobietami – twórczyniami fantastyki – problemy mają inni (w tym kobiety) jawnie wzruszałem ramionami z sarkastycznym uśmieszkiem na pysku. Aż tu nagle spadł mi na barki ciężar Fenixa Antologii wraz z ciężarem pomysłów na Fenixy Antologie. Musiałem mieć pomysły, bo nie cenię antologii robionych „na worek”: wrzucamy w tom wszystko, co pod ręką, strzelamy nim w czytelników, a dobry Pan Bóg już nam tę kulę poniesie, i nie zamierzam produkować kolejnych.

Wpadłem na kilka, owszem, a jeden z nich uświadomił mi, że jednak mam problem kobietami. A także, że powinienem przyznać się do niego publicznie, bo to zawsze szansa na jakiś czytelniczy input i weryfikację jakości.

 

Odrobina historii w tle

 

Gdański "klub Mordor", pod wodzą stuprocentowej kobiety, tu w objęciach gościa, włoskiego grafika Michelangela Mianiego.
Gdański „klub Mordor”, pod wodzą stuprocentowej kobiety, tu w objęciach gościa, włoskiego grafika Michelangela Mianiego.

Pomysł tkwi korzeniami w przeszłości i w tej świętej prawdzie, że fantastyka lat 80-tych (gdy przymuszony okolicznościami niechętnie zostałem jej „fanem”) była ostro zmaskulinizowana. Ale wcale nie dlatego, że Drogie Panie Fandomu Czynnego i Biernego aktywnie od niej odstraszano, a nieodstraszone gnębiono plotkami, krytykami i zamknięciem Dróg (pisarskiego też) Rozwoju z dodatkiem samczego dyszenia, nieukrywanej pożądliwości obleśnych spojrzeń oraz – mówiąc eufemistycznie – „ruchliwości rąk”. Wręcz przeciwnie! Tam, gdzie z rzadka występowały: fanki w krzepnącym ruch fanowskim, pisarki, tłumaczki jak Danka Górska, pierwsze zainteresowane popkulturą fantastyczną akademiczki jak Barbara Okólska, Panie traktowane były ze staroświeckim szacunkiem. Przepuszczano je w kolejkach kolejkonów. Otwierano przed nimi drzwi, asystowano przy zdejmowaniu płaszczyków, całowano delikatne dłonie na dzień dobry i do widzenia. Nawet w najgorętszych dyskusjach specjalnie dbano, by rzadziej im przerywać. Dzisiejsze kryteria pozwalają uznać te zachowania za seksistowskie, lecz wówczas Panie nie wydawały się urażone zachowaniami uchodzącymi za dżentelmeńskie. Tak jak nie uważały się za urażone męskością aktywnych w fandomie mężczyzn pierwsze fandomowe „muzy”, towarzyszące pierwszym fandomowym celebrytom. Przyjaźń ze wzajemnymi benefitami nie jest wynalazkiem współczesnym, muzy towarzyszą każdej literaturze (ba, każdej sztuce!) niezależnie od jej rodzaju i poziomu oraz epoki historycznej, a fandom wspominam jako środowisko także pod tym względem wyjątkowo tolerancyjne i otwarte. Być może więcej było niegdyś hipokryzji i więcej wdzięcznie bezradnej dyskrecji, no ale przez parę dziesiątek lat coś się przecież musiało zmienić. W każdym razie wówczas obecne w środowisku kobiety, mówiąc najprościej, szanowano. Jako kobiety.

Przyjęcie w poczet członków honorowych
Przyjęcie w poczet członków honorowych

Widoczna maskulinizacja całości ówczesnego fandomu była zwykłą funkcją prostą inherentnego zmaskulinizowania starej, klasycznej inżynierskiej literatury fantastycznonaukowej. Póki czynnikiem naukowym w fantastyce były nauki ścisłe i techniczne, póty proporcja kobiet do mężczyzn w fandomie czynnym i biernym MUSIAŁA odpowiadać analogicznej proporcji na dowolnym wydziale politechnicznym. Ba, uważam za wręcz zachwycające, że nawet w tych czasach niedoreprezentowywanych kobiet, w literaturze fantastycznej pojawiały się one w rolach bohaterek co najmniej równych bohaterom tak męskim, że aż supermęskim. W „Powrocie z gwiazd” Lema tylko Eri manifestuje całkowicie wolną wolę i siłę, konieczną do osiągnięcia celu, a przełamującą nawet betryzację. Supermęscy astronauci tymczasem albo dają się prowadzić niczym byki za kółko w nosie jak Hal Bregg, albo rejterują i coś tam kombinują w ukryciu, lękliwie oglądając się przez ramię. U przeżywającego drugą młodość, niegdyś wyklętego Peteckiego, Panie z międzygwiezdnych wypraw wychodzą z tła nie tyle urodą (choć to też) co pomysłami i przedsiębiorczością, a w „Strefach zerowych” jedna z nich obdarza bezdusznego scyborgizowanego kosmicznego superglinę więcej niż uczuciem… ale na swoich warunkach. Młodziutka Lina w pomarańczowej sukience daje Alowi nie tyle siebie (choć to też) co zadanie, przy którego wykonaniu Al będzie się musiał mocno napocić i do głowy mu nie przyjdzie zapomnieć o nim albo je zlekceważyć, bo groźba jest kosmiczna i życie kładę na szali, a poza tym już się z nią przespałem, więc o co chodzi?

To pierwszy punkt do zapamiętania.

Początki nowoczesności

Kryterium naukowości rozluźniło się gdzieś około umownego roku „rewolucji 1989”. Rolę nauk w fantastyce naukowej przejęły socjologia, psychologia i antropologia kultury, a jakby tego było mało, dziewczyny zaczęły znikać z uniwersyteckich historii sztuk, a pojawiać na politechnicznych informatykach i innych nanotechnologiach. Odbyło się to tak płynnie i tak naturalnie, że wręcz niezauważalnie. Kiedy w paru mężczyzn tworzyliśmy magazyn „Fenix”, do głowy nam nie przyszło zastanawiać się nad jakimiś tam parytetami, a pozaliterackie fory i premiowanie benefitów benefitami wydawniczymi wywołałoby co najmniej pogardliwe skrzywienie warg jako „nieprofesjonalne”. A jednak to u nas debiutowały Ewa Białołęcka, Agnieszka Hałas i Maja Kossakowska-Grzędowicz – i doprawdy chciałbym wiedzieć, czy Agnieszka lub Ewa czuły się dyskomfortowo z powodu rażąco jednostronnego składu redakcji (Majka, jak wszyscy wiemy, wręcz przeciwnie). Dla nas problem nie istniał i chyba nie istniał w ogóle, skoro do dziś nie ujawniła się żadna postfenixowa Pani ze skargą na dyskryminację płciową.

To drugi fakt do zapamiętania.

 

Początki postnowoczesności

Trzeci fakt do zapamiętania jest taki: Fenix Antologia, najnowsza inkarnacja Feniksa/Fenixa, wylądował pierwszym tomem w środku dyskusji o tym, jak to fantastyka nie lubi kobiet, jak je odpycha i jak uraża. Temat ten z samej natury rzeczy wystąpił w dwuosobowo męskich redakcyjnych rozmowach, ale z rozmów nic praktycznego wówczas nie wynikło. Ten fakt, że gwiazdą Fenixa Antologii 1-2, 2018 jest Agnieszka Hałas, o gwieździe napisała Magda Białek, a nowym, cenionym „naszym autorem” została autorka, Marta Sobiecka, nie ma nic wspólnego z niczym oprócz tego, co kto pisze i jak.

Banał to i niczego nie wyjaśnia?

A może jednak?

Może jednak wyjaśnia?

Rozmawialiśmy przecież, więc było o czym. Czytałem, słuchałem, nie mogłem nie myśleć, a wyłącznie się zgadzać, klikać serduszka i lajki. Nie mogłem nie widzieć, że mam problem z kobietami. Czyżbym przeoczył fakt, że kobiety mają pod górkę tam, gdzie mężczyźni mają z górki?

Jako stary pokerzysta powiedziałem: sprawdzam. Wyposażony w ulubione narzędzia do myślenia: kartką papieru, flamastry i ścianę do odbijania myśli***, spróbowałem wyjaśnić ten dziwny fakt, że przy podobno słabej ekspozycji pisarek fantastyki, przy ich, podobno, wypychaniu za kulisy, są one do tego stopnia eksponowane, że do pierwszego tomu antologii, stawiającej sobie za cel jakość, nie sprzedaż, trafiły trzy, w obu głównych rolach.

No i tak się stało, że zrobiłem coś, czego nie znoszę i staram się unikać ze wszystkich sił.

Zrobiłem listę najlepszych (oczywiście moim zdaniem) polskich dzieł, a dokładniej tytułów fantastycznych: powieści, mikropowieści, opowiadań, od umownego 1989 roku do dziś.

Jaki był tego rezultat?

Na pięć uznawanych przeze mnie za najlepsze fantastycznych tytułów trzy były dziełem Pań. Panie zajmowały dwa pierwsze miejsca, lub pierwsze i trzecie, nie wymagajcie od gustów precyzji matematycznej.

Na dziesięć było ich do siedmiu.

Proporcje „jeden na jeden” – a przypominam, kobiety fantastyki są podobno rażąco niedoreprezentowane! – wyrównywały się i wzajemnie balansowały gdzieś około miejsca piętnastego do dwudziestego, a na ostatnich miejscach, około trzydziestki i niżej, zostali panowie autorzy w towarzystwie zaledwie jednej Pani Autorki. Nazwisk nie wymieniam, bo nie chodzi tu o dzielenie na tych, co po prawicy i tych, co po lewicy.

Oczywiście niczego to nie dowodzi ani nie falsyfikuje: mój gust nie musi być miarodajny i z całą pewnością przeczytałem o rzędy wielkości mniej fantastyki niż jej nie przeczytałem. Ale daje tak zwany „ogląd sytuacji”. Pozwala postawić tezę, którą zamierzam sprawdzić bojem właśnie w przyszłym, bliskim Fenixie Antologii.

Teza brzmi roboczo: z pisaniem fantastyki jest jak z prowadzeniem samochodu.

Wszyscy znamy dowcipy o tym, jak prowadzą kobiety. Tymczasem moja śp. żona przez kilka lat po tym, jak się poznaliśmy (jako siedemnastolatkowie) miała licencję kierowcy rajdowego i robiła z samochodem sztuki niewyobrażalne dla takiego amatora jak ja. Obracaliśmy się wówczas w towarzystwie, które te talenty kobiet uważało za oczywiste… mimo upodobania do dowcipów o parkowaniu blondynki.

Czyżby z pisaniem fantastyki było więc jak z prowadzeniem samochodu: kobiety prowadzą samochody albo doskonale, albo bardzo źle? Stosunkowo mało jest kobiet „kierowców jak mężczyźni” – przeciętnych, poprawnych, reagujących standardowo w standardowych sytuacjach i produkujących standardowe stłuczki. Czyżby piszące fantastykę kobiety prowadziły (metaforyczne) pióra albo tak świetnie, że byle Pan Pisarz im nie podskoczy, albo – jak ostatnia Pani na mojej liście – tak żenująco, że boli już nie mózg, lecz zęby? Nie produkowały masowo idiotycznych wydawniczych stłuczek tylko dlatego, że wydawnictwa odbierają im „prawo do pisania” (odmową publikacji) wielokrotnie częściej, niż policja prawo jazdy i z tym nie da się iść do sądu?

Moim zdaniem tak, a moim zadaniem jest teraz tę tezę nie tyle udowodnić – to nie matematyka przecież, nic z tych rzeczy! – co Fenixem Antologią dobitnie zilustrować. A jeśli ktoś uważa ją za z góry fałszywą, proszę o głos.

 

Krzysztof Sokołowski

 

PS. Jest to tylko szkic. Zbór notatek wstępnie uporządkowanych. Proszę nie traktować go jako zorganizowanego wywodu lecz oceniać jak został napisany.

PPS. Jeśli uda mi się dokończyć wywód FenixemA, kolejny tekst na ten temat poświęcę Paniom z formujących się kobiecych grup literacko – fantastycznych, których wzorem jest Harda Horda. Jako filologowi pojęcie „grupy literackiej” nie jest mi obce. Nie jest mi obce pojęcie „grupy funkcjonalnej” – takiej, co to nie ma szczególnego programu, każdy pisze co chce jak chce kiedy chce, ale wszyscy jej członkinie/członkowie solidarnie dbają, by być jak najbliżej wydawcy – taką grupą był Skamander. Życzę kobiecym grupom literackim fantastyki samych sukcesów ale zastanówcie się, Panie, w czym jest wasza siła. Zastanówcie nad sensownością występowania w imieniu „fantastyki kobiecej” jako fantastyki nie specyficznej jakościowo, lecz „pisanej przez kobiety”. Ja bym na waszym miejscu nie upierał się, że w katalogach wydawców musi być „tyle samo kobiet co mężczyzn”. Kobiety są ELITĄ niedocenianej, a zwłaszcza niedopłacanej profesji „pisarka/pisarz fantastyki” i tego – elitarności – broniłbym jak… jak niepodległości. Broń Boże nie parytetów. Zwycięstwo w wojnie o parytety, jeśli je odniesiecie, może wam zawisnąć kamieniem u szyi.

*** Nie chcę, by ktoś mógł oskarżyć mnie o plagiat intelektualny spieszę więc z informacją, że w tym, co napisałem, wykorzystałem natchnienie płynące z prywatnych rozmów z pewną „nowofanką” o poglądach wówczas zdecydowanie, choć nie skrajnie, feministycznych. Za natchnienie niniejszym dziękuję.