„‚Fenix’ powstał z popiołów” – to banalne, entuzjazmu we mnie nie budzi. „Legenda zmartwychwstała”, „drugie wejście gigantów” i takie tam dyrdymały – to też irytuje. „Fenix” wyjątkowo kiepsko nadaje się na pomnik, tak kiepsko jak Czart Tanner, a kto nie wie, o kim mowa, niech się lepiej do tego nie przyznaje.

Feniks (przez „ks”, nie „x”, i nie magazyn czy inny kwartalnik, tylko „biuletyn PSMF”) powstał w 1984 roku jako głos ówczesnego fandomu. Esencją i elementem wyróżniającym ówczesny fandom był głęboko intelektualny, dociekliwy – choć pasji nie brakowało – stosunek do fantastyki jako zjawiska kulturowego. Tamten fandom różnił się od „fandomu” dzisiejszego, pogrążonego w nieustannych dywagacjach genderowo-obyczajowych na tyle, by powołać do życia magazyn literacki, a nie postępowo – obyczajowo – plotkarski. Jak bardzo jego twórcom zależało i ile o fantastyce wiedzieli niech świadczy fakt, że choć już w numerze pierwszym redaktorzy sami z siebie umieścili kultowe arcydzieło fantastyki anglojęzycznej i podstawę filmu – klasyka, „Rollerball” Williama Harrisona to jednak uznali, że potrzeba im kogoś do redagowania osobnego działu obcego. Poproszono o to mnie. Reszta jest historią uwiecznioną m.in. tu.

Z samych spisów treści odczytać można, jak dalece „Feniks” był niegrzeczny, nieposłuszny i awangardowy, wręcz buntowniczy, mimo skromnej formy. Jak bardzo zależało mu, żeby zamieszać znacznie ponad możliwości. I mieszał, ponad możliwości.

Spróbujcie wykroić z tego pomnik.

Feniks ugiął się pod ciężarem absurdalnej biurokracji: przydziałów, wymagań, pozwoleń. Ale wcale nie zdechł, by później „powstać z…”. Nie: znikł, przyczaił się jak gepard w wysokiej trawie, czekał na ofiarę, która da się dogonić.

W 1990 „Fenix” zaatakował jak gepard. Od razu miesięcznik, od razu z ogólnopolską dystrybucją, od razu pełny wczesnokapitalistyczny profesjonalizm. Redakcja osiągnęła profesjonalny poziom z dnia na dzień, w czterech numerach „radwanowskich”. Do 2001 roku udawało się jej funkcjonować tak, że pod rządami Jarka Grzędowicza zyskała sławę trwającą nieprzerwanie przez siedemnaście lat. Ale znów wyprzedziła swe czasy, jak „kapitalistyczną przebojowością” wyprzedzała komunę. Brzydka szara rzeczywistość nie profesjonalizm preferowała, a w każdym razie nie ten. „Fenix”: niegrzeczny, nieposłuszny i awangardowy, wręcz buntowniczy, działał w silnym a błędnym przekonaniu, że najlepiej sprzeda się to, co najlepsze. Znów harcował daleko przed „armią właściwą”, „szedł głębokim zagonem”, wyczerpywał się i wykrwawiał, najpierw o Ziemkiewicza, potem o mnie, aż wreszcie opór materii odebrał sens walce i – jak gepard – Fenix zapadł w trawy, by się zregenerować i we właściwym czasie skoczyć na nową ofiarę.

Nikt nie wystawia pomników zagończykom. Pomniki stawia się spierniczałym generałom nie mającym nawet pojęcia, że właśnie odbyła się jakaś bitwa. Ignorantom, mężom stanu i innym niekompetentnym durniom, którzy oby nigdy nie wstali z popiołów.

Fenix czekał na swój czas. Czy się go doczekał? Ofertę Bartka Biedrzyckiego: wypełnienia go nową treścią, przyjąłem dlatego, że opór materii uznałem za znacząco, jakościowo mniejszy. Postęp cywilizacyjny usunął chętnym wydawcom spod nóg większość kłód praktycznych – zamiast DOSu z nakładką Norton Commandera mamy w końcu InDesign i Internet – doskonałą alternatywę dla Ruchów i Empików. Trzeba tylko wypełnić pewne warunki. 

Ale jedno pozostaje niezmienione: „Fenix Antologia”, wydawnictwo w jego najnowszej wersji książkowe, nieperiodyczne, wolne od byłych ograniczeń, pozostanie niegrzeczny, nieposłuszny i awangardowy, wręcz buntowniczy. Będzie wyprzedzać armię o co najmniej kilka dni marszu. Będzie oddziałem zwiadowców, których atutem jest ruchliwość, niewyczerpana ciekawość i nieopanowana ochota podejmowanie ryzyka. A nie ciężka artyleria.

Nie jest bynajmniej przypadkiem, że wśród „naszych” autorów jest Rafał Cichowski, wanita debiutujący w Novae Res, bohater niedawnej gigantycznej gównoburzy a la Facebook. Że jest wśród nich Tomasz Fijałkowski, autor prześlicznej, wyrafinowanej powieści, wydanej „profesjonalnie” niedbale, niestarannie, z kontynuacją, która już nie znajduje wydawcy (a także autor najlepszych recenzji książkowych w całej polskiej blogosferze). Że jest wśród nich Paweł Ciećwierz, który po błyskotliwym debiucie w SuperNowej biegał od wydawcy do wydawcy z nieoczywistym thrillerem z dyskretnym lecz fascynującym  elementem fantastycznym w tle, a w odpowiedzi słyszał to, co i ja słyszałem, idąc jego tropem: „Za dobre. To się nie sprzeda. Nie wiemy, jak to sprzedawać”. Że nawet gwiazda numeru, Agnieszka Hałas, przeszła swoje. Los „Krzyczącego w ciemności” długi czas wisiał na włosku, a świetny tom opowiadań „Po stronie mroku” praktycznie nie funkcjonuje w literackim obiegu fantastyki.

RedNacz strzela sobie selfie z Tomkiem Fijałkowskim
Rednacz strzela sobie selfie z Tomkiem Fijałkowskim

Że bohaterami publicystyki są wanity i blogosfera książkowa, tematy jakże aktualne, a praktycznie w krytyce fantastyki nie istniejące.

„Nasi ludzie” świetnie piszą. „Nasi ludzie” piszą znakomitą fantastykę. „Nasi ludzie” tworzą literaturę wysokiej próby i krytykę godną jej chlubnych tradycji. Ale z jakiś powodów nie znajdują uznania, na jakie zasługują. Przegrywają z gorszymi od siebie. Stają ze szpadą naprzeciw wideł.

„Fenix Antologia” nie da popularności, ale może oddać im sprawiedliwość. Przez naszego Fenixa mogą zyskać rozpoznawalność w najlepszym tego słowa znaczeniu. Rozpoznając ich jako pierwsi dopełniamy dzieła „Fenixa”, które doskonale opisuje angielski termin „cutting edge”, nie mający polskiego dobrego odpowiednika. I tym jesteśmy, wreszcie, skazani na sukces. Prawda?

 

Krzysztof Sokołowski

[foto MAG]

 

Dla tego wpisu włączone są komentarze]