Harda Horda cz. 1. Opowiadania.

„Harda Horda” to więcej niż tytuł antologii, to także manifest artystyczny pisarek uznanych i mniej. W swej podwójnej roli domaga się ona potraktowania poważniejszego niż banalna ocena „na misie”. Ale zacząć trzeba od opowiadań, bo tekst literacki jest konkretem. Na prostowanie ścieżek teoretycznych, po których błądzą dotychczasowi pożal się Boże recenzenci (i recenzentki) przeznaczona będzie część druga.

Tak się szczęśliwie złożyło, że wydanie antologii „Harda Horda” zbiegło się w czasie z wydaniem Fenixa Antologii 5/2019, zwanego potocznie Fenixą. Redakcję Fenixa przejęły na jeden tom kobiety. To kobiety dysponowały dowolnie marką i objętością, nadzorowane przez swą własną Redaktor Naczelną. „Harda Horda” i „Fenixa’ w jednym stoją domku. Łączą je nazwiska trzech autorek, które umieściły swe opowiadania i tu, i tu.

Od nich zaczniemy.

1. Ewa Białołęcka.

Bohaterem „Papierowych wysp” (tytuł niewątpliwie znaczący) z Fenixa jest „amerykański każdy” o niewątpliwie znaczącym imieniu i nazwisku. Ten przeciętniak z urodzenia ma szczęście spotkać uwielbianych superbohaterów (każdy ich uwielbia) w sytuacjach, najprościej mówiąc, niezbyt typowych dla superbohaterów. Ta z pozoru błaha, zabawna historyjka, na której lekkość wielu się nabrało i jeszcze nabierze, ma jednak drugie i trzecie dno. Czytelnik o wrażliwości (i kompetencjach) ponadplanktonowych odkryje w „Papierowych wyspach” i hołd złożony ulubionemu motywowi popkultury, i tęsknotę za czasami niewinności, gdy superbohaterstwo miało walor dziecięcej bajki, i ironię wobec ulubionych bohaterów, i autoironię wobec kogoś, kto potrafi ich nadal uwielbiać.

„Papierowe wyspy” są doskonałym wstępem do lektury „Tylko nie w głowę” (tytuł niewątpliwie znaczący) z „Hardej Hordy”. Doprawdy nie wiem jaki analfabeta, jaki PLANKTON jest w stanie nazwać to opowiadanie „zabawnym”. Co może być zabawnego w opowieści o kobiecie torturowanej przez nadaktywny mózg, dwukrotnie deklarującej wolę popełnienia samobójstwa, od którego odwodzi ją niezwykła siła ducha ujawniająca się (eksternalizująca) troską… o kota? Kobiecie, która wobec inwazji nieznanego czuje przymus ucieczki w barańczakowską „jamę w betonie” jak łono, przybrania pozycji płodu i niech się co chce dzieje? Co jest zabawnego w bohaterce znajdującej ukojenie w „kolorowych pigułkach”, a jednak tak dzielnej, że przezwycięża wewnętrzne strachy, stawia czoło światu, walczy? Nie, nie z byle zombiakami, lecz z własnymi demonami o strasznej, paraliżującej sile.

Co takiego zabawnego jest w obrazie świata, którego wytęsknioną normalnością jest blokowisko, autobus co pół godziny, parking przed „Biedronką”… codzienność jak z Barańczaka, którego przytoczyłem tu nie bez powodu?

„Każdy z nas ma schronienie w betonie,
oprócz tego po jednym balkonie,
na nim skrzynkę, gdzie sadzi begonie;

Odbywamy śmierci i porody,
oglądamy prognozę pogody,
aby żyć, mamy ważne powody”.

Jak każde dzieło literatury „Tylko nie w głowę” uczy trudnej sztuki zadawania pytań, odpowiedzi każdy musi znaleźć własne. Jest otwarte na mnogość interpretacji, zależnych od tego, ile czytelnik zdoła włożyć w tekst z własnej wyobraźni, własnej wrażliwości. Czy piekłem jesteśmy sami dla siebie, gdy nasza wyobraźnia pożąda więcej, niż mózg jest w stanie zgryźć, połknąć, przetrawić i wydalić zracjonalizowane? Czy „piekło to inni”, choćby sąsiedzi, symbolizowani przez „blondynkę od kurczaka”, o ileż bardziej przerażającą od zombie? Czy może piekłem jest świat? I czy staje się nim z inwazją zombie, czy z inwazją zombie normalnieje, sprowadza się do najprostszych stałych: „jeść, pić, zagotować wodę, założyć podpaskę”?

Te pytania upraszczają się w zakończeniu do jednego pytania natury niemal eschatologicznej. Czy to przyszedł ratunek w ostatniej chwili, deux ex machina? Czy może napięta struna pękła i teraz „obiekt rozmowy: umorusany, z kołtunem na głowie i błędnym wzrokiem”, przytulony do kota jedzie karetką do schronienia dla bogatych duchem, potocznie nazywanego „szpitalem dla obłąkanych”? A może skończył się właśnie znienawidzony hiatus blokowiska-czyśćca i teraz „obiekt” czeka nowe wyzwanie, nowe nieznane?

Ewa Białołęcka jest gwiazdą „Hardej Hordy” i znacznie więcej niż tylko gwiazdą polskiej fantastyki. Gra w innej, własnej lidzie. I dlatego pozostaje nierozpoznana. I dlatego jej „Tylko nie w głowę” nazywa się „zabawnym”. Bawcie się dobrze w trakcie lektury, biedacy.

2. Aleksandra Janusz.

Opowiadania „Mrówki w Złotych Tarasach” z Fenixa i „Dróżniczka” z „Hardej Hordy” w jednej chwili przesunęły Aleksandrę Janusz na pierwsze miejsce mojej listy obserwowanych. To zdumiewające, jak doskonale ta młoda autorka opanowała trudną materię opowiadania. Już dziś potrafi z precyzją chirurga-artysty wykroić jedyne istotne maleńkie fragmenty światów i osadzić w nich bohaterki, których los determinuje nie banalna zagłada Apokalipsy, huk, dym i wrzask, lecz ich ludzka słabość (śmiertelna choroba i uzależnienie od środków medycznych w „Mrówkach…”, banalna starość w „Dróżniczce”). A jednak, choć przeżyły swój czas i żyją skazane na nieuchronne odejście, bohaterki Janusz: stalkerka Jagoda i dróżniczka Michiko znajdują w sobie siłę wystarczającą, by się nie poddać, by pozostać wiernymi tej jedynej wartości, której warto być wierną. Pozostają wierne sobie. Żyją z godnością, na własnych warunkach i umrą godnie, na własnych warunkach, a nie jak nakazywałyby im nawet najdramatyczniejsze okoliczności. Pozostają kowalkami swego losu.

Nie znam kobiecej fantastyki, która stworzyłaby równie wyraziste portrety tak godnych podziwu kobiet.

3. Agnieszka Hałas.

W Fenixie i w „Hardej Hordzie” Agnieszka Hałas zamanifestowała nie tylko niezwykłą skalę talentu, lecz i niezawodny instynkt autopromocji w najlepszy znaczeniu tego słowa, które na ogół funkcjonuje w swym znaczeniu najgorszym. „Krzyczący w Ciemności”, którego ostatnio zrobiło się aż za dużo, znikł w ciemności i milczy. Zamiast niego dostajemy w Fenixie opowieść – by pożyczyć określenie od Grzędowicza – „ze świata Pomiędzy”. Opowieść delikatną jak pajęcza sieć, w którą czytelnik wpada, oczarowany jej kruchym pięknem. Opowieść utkaną ze stłumionych zieleni i szarości górskich zboczy, kropel deszczu jak łzy i fragmentów ludzkich losów. Gdzieś tam w dole kończy się świat jaki znamy, gdzieś tam na górze jest Prawica i Lewica, a pośrodku stoi schronisko, dom ludzi, do których wydają się stosować słowa Lewity o Mistrzu: „On nie zasługuje na światłość, on zasługuje na spokój”.

No właśnie, Agnieszka Hałas to pisarka dysponująca głosem nie tylko czystym, lecz o ogromnej skali. Jej opowiadanie z „Hardej Hordy”, „Jest nad zatoką dąb zielony” to bowiem, na odmianę, twarda fantastyka naukowa. Ale taka rzadko spotykana fantastyka naukowa, której wymiar ludzki jest większy od naukowego. Nauka rzuca most przez przepaść historii i przepaść pokoleń, ale jeśli kogoś czegoś tym uczy, to uczy pokory. Jest Hałas jedyną autorką „Hardej Hordy” – antologii, która naprawdę przekroczyła granicę by stwierdzić, że… nie ma granicy do przekroczenia.

4. Reszta.

Jeśli „reszta” brzmi komuś lekceważąco, to zapewniam, intencji nie było. Osiem z pozostałych opowiadań wystawia bardzo dobre świadectwo Hardej Hordzie jako grupie literackiej. Ktoś po prostu musi grać pierwsze skrzypce, a ktoś tworzyć tło. Teksty w antologii są jak muzycy w orkiestrze. Nikt na to nic nie poradzi.

By nie być gołosłownym, ale i nie wystawiać banalnych ocen i nie rysować dziecięcych laurek, przyglądam się opowiadaniom w tej kolejności, w jakiej znalazły się w książce.

Wiem, że Marta Kisiel (otwierający „Hardą HordꔄJawor”) ma grono zajadłych fanów i chyba rozumiem, skąd się biorą. Część z nich zwyczajnie lubi wyłączyć wyobraźnię i myślenie, a proces lektury sprowadzić do przesuwania wzrokiem po literach tworzących słowa tworzące fabułę. „Jawor” tylko tego od czytelnika wymaga. Jest napisaną bardzo poprawnie bardzo oczywistą historyjką z elementami grozy mało strasznymi, bo spodziewanymi. Z drugiej strony Kisiel, jestem tego pewien, przyciąga do siebie jak magnes także erudycyjnego „czytelnika archeologicznego”, któremu tekst służy do rozkopywania w poszukiwaniu „tekstualności”: meta…, hiper…, kon… i jakie jeszcze istnieją, te tekstualności. Życzę archeologom wielu odkryć i dobrej zabawy, ale to nie moja bajka. Jeśli popliteratura nie chwyta za… wrażliwość i nie uwodzi od pierwszego zdania to przepraszam, ale nie jest pop i chwilowo pozostaje poza zasięgiem moich zainteresowań.

Magdalena Kubasiewicz („Dokąd odeszły cienie”) ma do mnie pecha, a możliwe, że i vice versa. Nie tylko jestem po imieniu z niejakim Brighellą lecz podobno, z łaski Pawła Ciećwierza, mogę nawet robić za Czerwia, w związku z czym standardy postaci nekromanty mocno mi się zawyżyły. I, niestety, mocno zawyżyły mi się także standardy opowiadania o wyczynach nekromantów. Wykluczają one z dyskursu między innymi taki los, który „nie był usłany różami” oraz „izbę pełniącą funkcję magazynu” (w pałacowej rezydencji mieszkalnej). Nie oznacza to bynajmniej, by „Dokąd odeszły cienie” było opowiadaniem złym. Nie, jest zaledwie nieco zbyt rozwlekłe i nieco niedbale napisane. W takich przypadkach stosuje się zwykle komplement wymijający: „interesujące”.

Aleksandra Zielińska zaczyna „Po drugie” od wysokiego „C”: cytatu z Sylvii Plath, w dodatku po angielsku. Noblesse oblige i choć po trzęsieniu ziemi napięcie nieprzesadnie wzrasta, chętnie przyznaję, że to „się czyta”. Przyjęcie punktu widzenia dziecka jest rzeczą trudną w realizacji, a jednak Zielińska daje radę, chociaż jej dzieciak myśli nieco przesadnie literacko i ma nieco przyduży zasób słownictwa. No cóż, z tego się zarzutów nie czyni. Trochę nie wypada, ale chodzi przede wszystkim o to, że taki bogaty w niuanse język jest konieczny, gdy zakończenie opowiadania ujawnia całą jego – tak, tak! – dziecięcą, a więc najstraszniejszą grozę.

„Z góry nie patrzą” Anny Hrycyszn to całkiem zgrabnie napisana fantastyka ekologiczna na temat najmodniejszy z modnych, trudno więc tu o jakieś „przekroczenie” jakiejś „granicy”. Przyjęcie formy epistolarnej może sprawiać pretensjonalne wrażenie, ale przez autorkę zostaje dobrze wykorzystane. Dzięki niemu sensacja nie przeciąża fabuły, bo dostajemy przede wszystkim zsubiektywizowaną wersję tego, kto komu zgotował jaki los i dlaczego, którą mamy prawo falsyfikować (lub nie) subiektywnym sobą. Tę czytelniczą wolność warto docenić.

Anna Kańtoch („Szanowny panie M.”) swobodnie porusza się pomiędzy konwencjami. Z każdą jest za pan brat, bo to urodzona gawędziarka i można jej słuchać bez znudzenia dłużej, niż to się wydaje możliwe. Pod jej piórem rodzi się równie żywy co przejmujący obraz martwego już świata uroczych konwenansów, formalnej elegancji skrywającej mroczne sekrety, a także portret pani i jednocześnie ofiary tego świata. Bohaterka poznaje zło, ale nie uświadamia sobie, nie do końca, co jest źródłem zła: utajony, jeszcze nie posiadający nazwy bunt.

Martyna Raduchowska bawi się w „Bezduchu” konwencjonalną sensacją. Jej bohater, nekromanta Marek Karewicz, odzyskuje pamięć w nader niefortunnych okolicznościach, by stawić czoło śmierci, dotykającej go osobiście. Mimo zawyżonych, co miałem już okazję wspomnieć, standardów, do „Bezduchu” trudno mi zgłosić jakiekolwiek zastrzeżenia. Narzucone przez autorkę ograniczenia przyjmuje się bez protestu z całym dobrodziejstwem inwentarza, a lektura to świetna zabawa z doskonale wyważoną nutką koniecznej refleksji w tle. No i nie zapomnijmy o grozie! Grozie tak sugestywnej, że Raduchowska mogłaby prowadzić z niej kursy dla zaawansowanych (na zmianę z Ciećwierzem).

„Lot wieloryba”. Milena Wójtowicz atakuje już samym tytułem. Doskonale wie, że nikt nie dostaje drugiej szansy na zrobienie pierwszego wrażenia. Kolejne wrażenia nie rozczarowują: historia rozgrywek między dwoma równoległymi światami opowiedziana jest z tempem, werwą i godnym pozazdroszczenia humorem, a tytułowy obraz: wieloryb dostojnie płynący po niebie, wzbogaca ją o dodatkowy, surrealistyczny wymiar. Nieprzypadkowy przecież, lecz funkcjonujący na zasadzie kontrapunktu. Fantastyka fantastyką, a w światach Wójtowicz dzieją się rzeczy dziwnie znajome. „Lot wieloryba” byłby ozdobą każdej antologii starej dobrej, polskiej fantastyki socjologicznej.

„Hardą Hordę” zamyka „Ognisty warkocz” Anny Nieznaj, fantastyka naukowa jak się patrzy. Dramatyczna, międzyplanetarna, transhumanistyczna, napisana sprawnie, z talentem i z przekonaniem. Jest coś w najlepszym tego słowa znaczeniu ujmującego w czytaniu o kosmonautach nakładających hełmy, o skafandrach i startach rakiet dalekiego zwiadu, o nieopanowanej żądzy podbijania kolejnych „frontiers”, nawet jeśli przyprawia się opowieść obfitą dawką złowrogiej ironii.

5. Na zakończenie.

Po pierwsze, jak pewnie co bystrzejsi zauważyli, o jednym opowiadaniu nie wspomniałem. Na dość stanowczo wyrażoną… hmmm… powiedzmy: prośbę osoby, którą bardzo lubię i jeszcze bardziej cenię, bym się od jego autorki cytuję „odczepił” koniec cytatu, odczepiam się od niej na tyle, na ile wytrzymam. W przypadku „Hardej Hordy” mała to strata i krótki żal. Dla nas obojga, nie jesteśmy sobie niezbędni.

Po drugie, do zobaczenia za tydzień, kiedy to przyjrzyjmy się nie opowiadaniom, lecz książce i Hardej Hordzie jako grupie. A są to sprawy istotne, jedna i druga. Pora rejestrować fantastykę polską taką, jaka jest i zapisywać co uważa się za ważne. Taki przyjemny kronikarski obowiązek. A przy okazji wyjdą na jaw tajemnice pewnych szczegółów pewnego zdjęcia.

Po trzecie i ostatnie, jeśli Annie Kańtoch, Milenie Wójtowicz, Martynie Raduchowskiej i Annie Nieznaj zostanie gdzieś kiedyś jakieś opowiadanie, z którym nie będą wiedziały, co począć, zapraszam do współpracy z Fenixem.

Byłoby mi więcej niż miło. Poczułbym się zaszczycony.

Krzysztof Sokołowski