Ta książka, „Piąta pora roku” N.K. Jemisin, pierwszy tom cyklu „Pęknięta ziemia”, jest czytelnikom dostępna już od jakiegoś czasu. Kto chciał się czegoś o niej dowiedzieć, tego się i dowiedział (opinie są sprzeczne), ale dla porządku: jest sobie nasza Ziemia… no, powiedzmy, że nasza Ziemia… dalekiej przyszłości. Na Ziemi jest kontynent, a na kontynencie mieszkają istoty rozumne, identyczne z ludźmi i nieidentyczne też. Kontynentem wstrząsają periodyczne kataklizmy. Każdy z nich wybija populację niemal do zera. Ocalałe resztki nie zamierzają się jednak poddawać: korzystając z chwil względnego spokoju, za każdym razem pracowicie odbudowują cywilizację, tak by coś z niej przetrwało jednak kolejny kataklizm. I następny, i jeszcze następny… „Dodatek 1” wymienia ich, już zaszłych, bodajże dziesięć. Z dobitną informacją, że to wcale niekoniecznie wszystkie.

Tę Ziemię i jej cywilizację poznajemy oczami trzech kobiet. Każda z bohaterek ma swoją motywację, by robić to, co robi. Każda jest po i/lub w trakcie, i/lub tuż przed niebagatelnymi traumatycznymi przeżyciami. Essun, której syna jego ojciec pobił na śmierć, a córkę porwał, ściga porywacza-zabójcę, by za jedno dziecko się zemścić, a drugie odzyskać. Młodziutka Damaya kształci się w wyspecjalizowanej „akademii” (jej podobieństwo do wszystkich szkół wszystkich czasów było źródłem mojej nieustannej i przyznaję, nieprzystojnej uciechy). Sjenit odbywa tajemniczą misję, każącą jej zwątpić w niewzruszone, wydawałoby się, podstawy świata, tak oczywiście skupionego wyłącznie na przetrwaniu piątych pór roku przy jak najmniejszych stratach własnych.

Te trzy bohaterki łączy jedna oczywista cecha: posiadają pewien cenny, lecz i groźny talent. Dar i przekleństwo. Łączy je także kilka cech nieoczywistych które, w sposób bardzo intelektualnie satysfakcjonujący, da się tropić w trakcie lektury.

#

„Piąta pora roku” przeznaczona jest, oczywiście, dla „fanów”. Dla czytelników i zakamieniałych wielbicieli literatury fantastycznej. Ale… jakiej literatury fantastycznej?

Ach, ta konieczność nazywania. Konieczność oswojenia. Konieczność zmieszczenia w prokrustowe łoże i nieważne, co się przy tym przytnie, a co naciągnie do zerwania. Jakież to irytujące!

„Piąta pora roku” to przecież fantasy, bo jej bohaterki (i niektórzy bohaterowie) posiadają „czarodziejskie” umiejętności kiełznania sił natury, opanowywania niszczącej aktywności sejsmicznej, którą rozwścieczony ekologiczny „Ojciec Ziemia” karze ludzi za przeszłe grzechy przeciw jego wszechmocnej osobie. Ależ nie, to przecież fantastyka naukowa, bo akcja dzieje się na „naszej” Ziemi w przyszłości, a z przeszłości pozostały niezrozumiałe dziś „artefakty” najwyraźniej techniczne, choćby tajemnicze urządzenia, unoszące się swobodnie na niebie (by już nie wspomnieć o istnieniu, od pierwszej strony, istot podejrzanie „obcych”). Ba, więcej, to „postapo”, bo świat Jemisin niszczą potężne siły, wybijające mieszkańców hurtowo, aż na kontynencie o głęboko ironicznej nazwie Bezruch pozostaje ich zaledwie garstka. I po każdym periodycznym zniszczeniu, po każdej tytułowej „piątej porze roku”, ocalałe garstki odbudowują namiastkę cywilizacji. Prostej, opartej na przywilejach rodowych i systemie cechowym, obliczonej nie tyle na to, by ludziom żyło się dostatniej, co na to, by przygotować ich choć małą cząstkę do przeżycia kolejnej apokalipsy.

Tu wszyscy żyją w cieniu śmierci, ale inaczej, niż my. U Jemisin ta śmierć jest okrutniejsza, bo zaprzeczająca porządkowi natury. Nie pozwala wychować dzieci, nie zapewnia ciągłości pokoleń, nie służy naturalnemu porządkowi trwania i ewolucji ludzkiego stada. Wręcz przeciwnie, wbrew porządkowi natury wydaje się obliczona na jego nieuchronne wybicie.

#

Fantastyka Jemisin jest niejednoznaczna i jej osoba, też.

Fantastyka anglojęzyczna cierpi dziś na głęboki podział na „lewicowych Justice Warriors („Bojowników o sprawiedliwość)” i „prawicowe Szczeniaczki (Puppies, te Smutne i te Wściekłe)”. Ci pierwsi, zdaniem tych drugich, niszczą jej specyfikę, którą ma być „powrót do korzeni” i „wierność tradycji”, czyli prostota konstrukcji, przygodowość dla wszystkich oraz programowa rezygnacja z promowania bieżących modnych ideologii. Drudzy, zdaniem pierwszych, to białe męskie szowinistyczne świnie, rasiści, ksenofobi i więcej tego samego – malowane jest to mniej więcej tak karykaturalnie, jak podział polskiej sceny, dla zmyłki nazywanej polityczną. N.K. Jemisin publicznie, w tym bojowym blogiem, wpisuje się w szeregi „Justice Warriors”… i tu też zaczyna być dziwnie.

Sprzyjając w sercu Szczeniaczkom – wolę już kiepskie przygodówki od kiepskiej propagandy, dobre przygodówki też czytałem, a dobrej propagandy nigdy – nie widzę jakoś TEJ autorki w przypisywanej jej roli. Po pierwsze, za dobrze manipuluje ona opisanymi wyżej konwencjami, by uznać ją za ot, przeciętność, plus punkty charyzmy za przekonania. Jemisin nie wypełnia przecież wymagań jakiejś fantastyki! Nie, z każdej klasyfikacyjnej szuflady bierze dokładnie to, co jest jej potrzebne w literackiej kuchni, w dokładnie odmierzonej dawce. Jeśli ktoś chce ją przeczytać z całą przyjemnością, musi zwątpić we wszechmoc klasyfikacji. Co jest dobre dla najlepszych nawet pisarzy „gatunkowych” – dzisiejszy Big Mac jak wczorajszy  Big Mac, pycha! – jej już nie wystarczy. Ona ma w karcie dania bogatsze smakowo.

Po drugie: autorka nie rozdała ról „z automatu”: kobiety dobre i gnębione, mężczyźni źli i gnębiący. Potrafiła stworzyć świat tak okrutny, że na proste podziały nie ma w nim po prostu miejsca. I po trzecie: korzysta przecież z tradycji literatury fantastycznej, może tylko nieco innej niż chcieliby „tradycjonaliści”. Wpływ Ursuli LeGuin – co prawda tej późniejszej i gorszej, tej, która własnoręcznie zburzyła arcydzieło trzech części Ziemiomorza, ale zawsze LeGuin – wręcz bije w oczy; jeśli seria się utrzyma, wart będzie analizy. No właśnie, nie zapominajmy, to pierwsza część cyklu. Gdyby ktoś przyjął zakład, założyłbym się z nim chętnie, że „Ojciec Ziemia” zawdzięcza „Ptakowi Śmierci” Harlana Ellisona więcej, niż to się może wydawać na pierwszy rzut oka. I jeszcze jedno: czy nikomu nic nie mówią te słowa:

Ale tak właśnie kończy się świat.
Tak kończy się świat.
Tak kończy się świat,
Po raz ostatni. ***

Przecież autorka nie umieściła ich akurat tutaj, akurat przypadkiem!

#

Za dużo tych komplementów? Za mało? Moim zdaniem w sam raz… i wystarczy. Owszem, „Piąta pora roku” nie jest arcydziełem z tych, które tworzyły niegdysiejszą wielkość nagród: Hugo, Nebuli, Locusa. Nie jest czymś, co TRZEBA ZNAĆ. Tylko warto.

Jeśli to jest „tylko”.

Krzysztof Sokołowski

***I tak się właśnie kończy świat
I tak się właśnie kończy świat
I tak się właśnie kończy świat
Nie z hukiem, lecz ze skomleniem”
T.S.Eliot, „Wydrążeni ludzie”.

[dla tego wpisu włączone są komentarze]

PODZIEL SIĘ
  • Luiza Dobrzyńska

    Jak dla mnie, ta książka jest absolutnie niestrawna. Traktuje o niczym, które dzieje się nigdzie. Nie ma żadnej możliwości identyfikowania się z bohaterami ani nawet wykrzesania z siebie zainteresowania dla ich perypetii. Nie mam pojęcia, jak ktokolwiek mógł znaleźć w tym coś interesującego.

  • LapsusC

    @luizadobrzyska:disqus Jest „zimna”, to prawda. Rozumiem, dlaczego niektórym może wydać się wręcz odpychająca. Ale to akurat mam za jej zaletę. Nie da się czytać „po powierzchni”. No i zapuszcza korzenie akurat w taką… interesującą… glebę.