Bardzo bym chciał, żeby tacy – choćby i przypadkiem – „Senni zwycięzcy” Oramusa stały się w swoim czasie i megabestsellerem, i franczyzą, i fenomenem, i grą komputerową, a nawet filmem i serialem, chociaż te słowa brzydko się kojarzą. Nie stało się to jednak we właściwym czasie i już i nie stanie. Miejsce megabestselleru itd. zostało zajęte na wieki. Przez Andrzeja Sapkowskiego i „Sagę o Wiedźminie”, oczywiście. Przez serię bardzo dobrych, bardzo dobrze napisanych, bardzo dobrze „się czytających” opowiadań i powieści autora o osobowości wystarczająco dynamicznej, by się do popularności „Sagi” dostosowała. Autora dysponującego inteligencją, poczuciem humoru i autoironią, dzięki którym megapopularność nie wyrządziła mu żadnej szczególnej krzywdy.

Wspomniałem „Sennych zwycięzców”, bo jest to akurat ta powieść, którą mam pod ręką i ta książka, która po każdy względem bije „Sagę” na głowę, całą i każdy jej dowolny fragment. Literacko nieporównywalnie lepsi od niej są i oni, i „Arsenał”, i „Twarzą ku Ziemi” Parowskiego (by już nie wspomnieć „Burzy”, bo to owoc talentu dojrzałego, świadomego swej siły). Literacko od Sapkowskiego lepsze są „Nekrofikcje” Ciećwierza, na które nikt nie zwrócił większej uwagi. I niech nikt mi nie mówi, że ta kategoria, literackiej jakości, nie przekracza podziałów „podgatunkowych”, bo przekracza. Ale „Saga” przy wszystkich swych wadach jest zespołem dzieł na bardzo przyzwoitym poziomie „literackości” i jeśli coś już musiało zająć miejsce megabestsellera dobrze, że przypadło ono właśnie jej. Mogło być gorzej. Bardzo łatwo mogło być gorzej.

#

Przyszła chwila, w której Andrzej Sapkowski znudził się Wiedźminem i udał „na drugą stronę wzgórza” gdzie, jak wiadomo, „trawa jest zawsze zieleńsza” – co mam za akt dużej odwagi. Napisał kilka bardzo dobrych książek, o kilka rzędów lepszych od dzisiejszej „średniej wydawniczej”, nie tylko i nawet nie przede wszystkim fantastycznej. Zapewne ze swym charakterystycznym kpiącym uśmiechem przyglądał się wysiłkom tych, którzy – nawet jeśli robili to na własną modłę – próbowali emulować jego sukces i niech nikt mi nie mówi, że „penetracja podziemi” w czwartym „Panu Lodowego Ogrodu”, utrzymana w stylu starych AD&D (tych w które grałem jako młody człowiek, mistrzowanych przez samego Wiktora Żwikiewicza) nie była suplikacją: „zróbcie ze mnie grę komputerową”. Gdyby, jak King, te swoje produkcje Sapkowski podpisał pseudonimem, może byłoby inaczej ale… dlaczego miałby się wstydzić własnego nazwiska? To dobre nazwisko, już dobrze zapisane we współczesnej literaturze polskiej. Tego mu nikt nie odbierze.

#

Wierzę, że Andrzej zrobił sobie niezłą frajdę pisząc co pisał i mam nadzieję – jestem o tym nawet przekonany – wielką miał frajdę po powrocie na „tę stronę wzgórza”, do nowego Wiedźmina, którego publikację zapowiedziano zaledwie wczoraj. Rozumiem, dlaczego nie chciał, żeby było „inaczej” niż tak, jak się stało; manipulowanie choćby pełnym oddania ale niedokształconym, prostym jak konstrukcja cepa czytelnikiem, to nie jest rzecz nieprzyjemna. A stało się tak, że zapowiedź publikacji, podparta kilkustronicowym fragmentem rozdawanym a friko na Allegro, ściągnęła mu na głowę internetową burzę z piorunami.

Fajna to burza, a obserwować ją – sama przyjemność. Kilkanaście /sic!/ darmowych stron wystarczyło do odsądzenia „nowego Wiedźmina” od czci i wiary. Szeroko rozeszły się plotki, że „Sezonu (nomen omen) burz” nie napisał ten Sapkowski tylko inny autor o tym samym nazwisku. Najłagodniejsza ocena brzmi: „fejk”, ale przeważa przekonanie, że Sapkowskiemu zabrakło pieniędzy albo – o zgrozo! – że chociaż zarobił na Wiedźminie miliony, chce więcej. Przy tej okazji, w całej swej żenującej nagości, ukazała prawda o tej grupie potencjalnych czytelników, jaką są dzisiejsi internetowi fani literatury fantastycznej. Jeśli bloger – recenzent książek! – przyznaje się bez żenady, że nie pamięta „pierwszej sagi” (a była jakaś inna?), jeśli przyznaje się, bez żenady, że ma „dość ludzkiej głupoty” (w domyśle głupoty wielbicieli „Wiedźmina”), a odpoczynek od niej znajduje „w świecie Gamedeka”, jeśli „vox dei” sytuuje Wiedźmina poniżej „Mekhańskiego pogranicza”… (Marcin Przybyłek i Robert M. Wegner pewnie właśnie pukają się w głowę)… to o czym my w ogóle mówimy?

Ano, mówimy o doskonałym użyciu, nawet nadużyciu, o funkcjonalnego analfabetyzmu, braku kryteriów oceny, i zabawnej, koguciej pewności siebie przede wszystkim tych, którzy uważają się za profesjonałów „pełnom gembom” (w dyskusji z wydawcami blogerzy sugerowali, że za recki powinno się im… płacić) ale i zwykłych „konsumentów literatury”. Nie da się ukryć, że „Saga o Wiedźminie” zdobyła, co zdobyła, dzięki czytelnikowi potrafiącemu docenić i jej stylistyczne wyrafinowanie, i jej wyrafinowanie, nazwijmy je intelektualne. Czytelnikowi o uchu czułym na pół- i ćwierćtony, lubującemu się choćby w rozszyfrowywaniu źródeł cytatów, z upodobaniem docierającemu do tychże źródeł i bawiącemu się przekształceniami, jakimi zostały poddane. A to przecież zaledwie początek.

#

„Sezon burz” trafia do innego czytelnika. Jego już to nie interesuje, ma być prosto i na temat. Trafia do czytelnika, u którego nie ma wielkich szans nie tylko Marek Oramus z „Sennymi zwycięzcami” et consortes – i dlatego drukowany jest „on demand” – ale nawet Andrzej Sapkowski. Och, owszem, poza „fandomem” istnieje wielka grupa potencjalnych nabywców, ale i samego fandomu nie należy lekceważyć. A jeśli nie lekceważyć, to trzeba nim wstrząsnąć, rozhuśtać łódź, niech o nas mówią, najlepiej źle. Bo hałas jest wszystkim, a intelekt niczym… zwłaszcza, kiedy go nie ma.

Mirku Kowalski i ty, kto sprowokowałeś taką reakcję, kimkolwiek jesteś, chapeau bas. Najprostsze rozwiązania najtrudniej wymyślić i zastosować. Wam się udało.

Krzysztof Sokołowski