Od czasu do czasu, gdy trzeba oderwać się od pracy, przeciągnąć w fotelu, dać odpocząć przegrzanemu intelektowi, szukam w sieci rewelacji o polsko-amerykańskiej koprodukcji fantastycznej, w którą zaangażował się sam Gus van Sant. Daję sobie jeszcze trochę czasu, a kiedy minie poproszę prawnika, który kilka razy pomógł mi wyjść na swoje, by odzyskał dla mnie prawa do treatmentu. I opublikuję go. Sprawdzę, czy jest wart tyle, ile moim zdaniem jest. 

Opublikuję go wraz z cytatami ze scenariusza. Sprawdzę, czy PISF dostał przynajmniej prawa do tego, za co tak hojnie zapłacił. 

Sprawdzę, dlaczego w Polsce małżeństwo fantastycznej literatury i fantastycznego filmu musi być iście piekielnym interesem.

To Pat Cadigan uświadomiła mi dobitnie – i bez problemu uświadomi wszystkim  wątpiącym – wyższość inteligencji kobiecej nad każdą inną możliwą formą inteligencją. Przyglądając się fantastyce, poznając fantastykę, zajmując się fantastyką bardziej niż wielu innych, to ona zauważyła, że fantastyka – jako całość – to przede wszystkim miszmasz, węzeł gorszy od gordyjskiego, bo ani go się rozplątać nie da, ani nawet przeciąć. A przecież nawet nie mieszka w Polsce i nie wie tego, co ja wiem i co powinno oswoić mnie z tą rewelacją ładnych parę lat temu. Na naszym podwórku szaleństwo całkowicie pozbawione jakiejkolwiek widocznej metody dotyczy tego, co w jej ojczyźnie jest małżeństwem „Made in Heaven”, choćby tylko z rozsądku. Chodzi o małżeństwo fantastyki i filmu, zarówno jako zjawiska artystycznego, jak i jako wielkiej, wielce dochodowej gałęzi przemysłu.

#

U nas sztandarowym przykładem uroków tego małżeństwa jest „Wiedźmin”. Ale tak naprawdę – wiem, wiem, trudno to sobie wyobrazić – jest to przykład zaledwie połowiczny. Nie takie rzeczy paprano nawet w Ameryce, a jaki jest, taki jest, ale „Wiedźmin” przynajmniej jest. 

Ja znam lepszy przykład. Wiem o czymś, czego, czego nie ma najdosłowniej fantastycznie, bo za dwa miliony z górką. Taki skok na kasę nazwać filmem fantastycznym to się nazywa hucpa! A jeszcze przy takiej reklamie? Skok w świetle reflektorów!!! 

Ale zacznijmy od początku.

#

Zaczęło się przed szacowną dekadą i pół. W roku 2002 młody wówczas, a jakże (tak pod czterdziestkę) i – jakżeby inaczej – obiecujący reżyser spodobał się branży za film o autystycznym dziecku. Bardziej paradokument niż fabuła i straszliwie politpoprawny w dodatku, film zdobył gdzieś tam pomniejsze lecz liczące się laury, nie pobił natomiast widzów nawet w Gdyni i o box office mówić się nie da. Obejrzałem go, muszę powiedzieć, z przyjemnością, bo choć chaotyczny, trzymał się jednak na warstwie wizualnej. Odbijał od tła. 

Dwa lata później pojawiły się pierwsze tryumfalne anonse: oto polsko – amerykański reżyser wspomnianego dzieła stworzy ni mniej ni więcej tylko polsko – amerykańską fantastykę. Z Gusem Van Santem ją stworzy (to chce niech sprawdzi, jakie to nazwisko). Będzie to collage obrazów o upadku fikcyjnego, wielokulturowego megalopolis. Sławny swymi celnymi decyzjami, w tym finansowymi, Polski Instytut Sztuki Filmowej obdarzył projekt najpierw stoma tysiącami złotych, a potem, jakby zawstydzony, naprawdę sypnął groszem. Dwoma milionami. 

Z reżyserem – sam siebie nazywał „wielokrotnie nagradzanym” – przeprowadzano wywiad za wywiadem. W wywiadach nieuchronnie padało nazwisko Van Santa. Jakoś tak nieznacznie, zaraz po „Avatarze”, do nieśmiertelnych wspaniałych efektów specjalnych dołączyło 3D. Od czasu do czasu ktoś nadgorliwy oznajmiał, że film jest „w postprodukcji” i że po nieuchronnym zwycięstwie na festiwalach już „w przyszłym roku” wszyscy będziemy się mogli się cieszyć jak to Polak (z Van Santem w kieszeni) potrafi. 

#

Mijały lata. Filmu nie było. Festiwale jakoś obywały się bez niego, kina jakoś masowo nie bankrutowały, a jeśli PISF nadal łożył, to już się z tym nie afiszował. 

Po czym, w piątym z kolei roku, opinią publiczną wstrząsnęła Rzepa. Pani redaktor Barbara Hollender, która doprawdy powinna wiedzieć lepiej, wymyśliła sobie „polskich producentów w Hollywood”

„Hollywood od dawna ceni polskich operatorów i kompozytorów” – rozpoczęła wstępny ostrzał. Po czym rzuciła bombę: „Dziś do tej grupy dołączają producenci”. I nieco dalej „Która gwiazda u mnie zagra? Russell Crowe? Geoffrey Rush? To rozterki naszych kandydatów na magnatów filmowych”. 

Jako kandydatów na polskich „magnatów filmowych” redaktor Hollender wymieniła: słynnego kata „Przekroju”, Grzegorza Hajdarowicza oraz równie słynnego właściciela MCSI Konrada Wojterkowskiego. Wojterkowski zrobił jej świństwo: zbankrutował z kretesem nim inkryminowany tekst zdążył wystygnąć.  

Ma to związek z naszym tematem, oczywiście. Polski magnat Wojterkowski olśnił mianowicie panią Hollender w dość dziwny sposób: „Pokazuje mi w telefonie sceny z nowego filmu. Wyglądają imponująco. To próbka […] generowanego komputerowo obrazu katastroficznego o końcu świata. Współproducentem filmu jest Gus Van Sant. Amerykański script doctor kończy prace nad tekstem, trwają negocjacje z aktorami. Także z tymi z najwyższej półki, bo wstępne zainteresowanie wyraził Daniel Day-Lewis”. 

Nieszczęsnego Van Santa mordowano od lat wielu, chłop musiał fortunę wydać na leczenie czkawki. Czy po tych wszystkich latach – i milionach PISFu – obietnicę zobaczenia Day-Lewisa w polskim filmie SF można uznać za sensację? Chyba nie. Nawet na sensacje można się uodpornić. Za sensację całkiem świeżą pozwolę sobie jednak uznać fakt, że imponująco się zapowiadający (i odpowiednio dofinansowany), generowany komputerowo, katastroficzny film o końcu już nie jednego miasta, lecz całego świata /!/ przez ładnych pięć lat dojrzał do obejrzenia na ekranie… smartfona. I to nawet nie phableta, phabletów wówczas nie było. Przekątna 5 cali do podziwiania arcydzieła SF. Cudo!

Ktoś spyta może, gdzie tu pointa? Przecież o tym, że instytucje państwowe szastają nie swoimi pieniędzmi z fantazją, przy której ułańska to pryszcz, wiemy wszyscy. Nie zrobienie filmu przy nie zrobieniu autostrady to też zaledwie mały pryszczyk. I bufonów nigdzie nie brakuje, choć świat filmu jest w nich szczególnie obfity. 

Otóż pointa jest taka, że ja coś wiem. I nawet powiem. 

#

W 2008 roku, mniej więcej w czasie, gdy PISF przyznawał dotacje, pan reżyser i zaangażowana w superprodukcje arcydzieła polska firma producencka doszli do wniosku, że wreszcie ich stać… i wynajęli mnie, skromnego, do „konsultacji scenariuszowych”. Tak to ujmowała umowa, choć w rzeczywistości miałem być „script doctorem”. Oznajmiono mi to z takim namaszczeniem, że prawie poczułem się starszym bratem Carrie Fisher. Zaproszony w wielki świat, wszedłszy w ten świat frontowymi drzwiami, uzyskałem dostęp do pilnie strzeżonych tajemnic. Nie trudno zgadnąć jakich. Film mam być fantastyczny. Katastroficzny. Katastrofie ulegnie jedyne ocalałe na naszej zniszczonej planecie miasto. Producentem wykonawczym jest sam Gus Van Sant. Do roli głównej przymierzamy… Ala Pacino. Pieniądze są, spoko głowa, mamy wszystko co potrza, tylko kręcić, lecz kiedy my będziemy kręcić, testować sprzęt i efekty, kompletować obsadę, popijać z Pacino itd. może byś tak, Krzysiek, zerknął w scenariusz. I pomógł nam zrobić film za udział w tym, co zapłaci za niego dystrybutor. Dystrybutorzy już ostawiają się w kolejce. 

Miałem szczęście, zachowałem odrobinę trzeźwości umysłu. Przede wszystkim umówiłem się na żywą gotówkę. 

Reklamowa papka reklamową papką, oprócz niej, choćby nie chcieli, twórcy musieli jednak udzielić mi wiedzy koniecznej do „podleczenia scenariusza”. Rzuciłem się na nią… i najzwyczajniej w świecie wrosłem w ziemię. Jak wrósł, nie przymierzając, Vuko Drakkainen. 

#

Film nie posiadał scenariusza do leczenia. Ktoś tu albo nie miał nigdy do czynienia ze scenariuszem, albo uznał mnie za „script medicine mana”. Czas płynął raz w przód, jak powinien, a raz wstecz, jak nie powinien, bo maszyna czasu nie mieściła się w koncepcji. Tsunami miało zniszczyć miasto leżące pośrodku pustyni, przeciętej „nitką rurociągu”. Pozytywny bohater miał wydostać się „tymi ręcami” z zalewanej falą kopalni, do której zjeżdżało się godzinami systemem wind, co zamierzano pokazać „jednym długim ujęciem”. Bohaterka, wyposażona w „komunikator” w postaci umieszczonego w pępku brylantu to wykazywała się nadludzkimi możliwościami na wzór, powtórzono mi to kilkakrotnie, Angeliny Jolie, to znów, drżąca jak osika, dawała się bezkarnie gwałcić ulicznikom. Tu nie istniał dylemat: śmiać się czy płakać. Wybór płaczu oznaczał śmierć z odwodnienia. 

Nie podejrzewam, by ukryto przede mną zalążek arcydzieła, a zgodzono się płacić za robotę bez sensu. A to oznacza, że PISF dał pieniądze na filmowy odpowiednik autostrady, którą twórca, jeśli dokądkolwiek, zamierzał poprowadzić w poprzek, a wybrukować kocimi łbami. 

#

W oparciu o jedyne, co miało sens: prościuteńki jak ze sklejki storyboard obrałem to dzieło z jego purenonsensownego uroku. Wzorując się mniej więcej na Cameronie i pierwszym „Terminatorze” napisałem treatment. Twórcy albo rzeczywiście nie wiedzieli, co to takiego, albo postanowili udawać, że nie wiedzą i do wypłacenia mi należnego honorarium oraz zaprzestania szkalowania efektów mojej pracy skłoniła ich dopiero interwencja prawnika.  

„Wiedźmin” jaki jest, taki jest, ale jest. Katastrofy w mistrzowskim wykonaniu [nazwisko gwiazdy każdy może wpisać tu sobie inne] w przewidywalnej przyszłości nie zobaczymy. 

A szkoda. W jedynym swym filmie, o którym ktokolwiek kiedykolwiek słyszał cokolwiek, reżyser – dziś po pięćdziesiątce, już nie taki znowu młody i z pewnością nie obiecujący – okazał jakieś „coś”. A ta produkcja miała do dyspozycji absolutnie genialnego plastyka – to on mnie polecił i dał zarobić, prawnikowi także. Parę lat temu dostał też od PISF fundament, na którym można było przynajmniej spróbować zacząć budować coś efektownego. Fantastyce potrafią wystarczać efekty. 

#

Od czasu do czasu, gdy trzeba oderwać się od pracy, przeciągnąć w fotelu, dać odpocząć przegrzanemu intelektowi, szukam w sieci rewelacji o polsko-amerykańskiej koprodukcji fantastycznej, w którą zaangażował się sam Gus van Sant. Daję sobie jeszcze trochę czasu, a kiedy minie poproszę prawnika, który kilka razy pomógł mi wyjść na swoje, by odzyskał dla mnie prawa do treatmentu. I opublikuję go. Sprawdzę, czy jest wart tyle, ile moim zdaniem jest. 

Opublikuję go wraz z cytatami ze scenariusza. Sprawdzę, czy PISF dostał przynajmniej prawa do tego, za co tak hojnie zapłacił. 

Sprawdzę, dlaczego w Polsce małżeństwo fantastycznej literatury i fantastycznego filmu musi być iście piekielnym interesem.

Krzysztof Sokołowski.

Zapisz