Fenix się bawi

Czas mija… a Fenix się bawi.

W sobotę trzynastego (nomen omen) stycznia, tuż po godzinie szóstej po południu, w Galerii Pięknych Książek zadebiutował Fenix Antologia. Cichcem, chyłkiem, w legendarny tytuł tchnęła życie przedziwna para, którą różni wszystko: wiek (tu różnica jest pokoleniowa), temperament, poczucie humoru, gusta literackie i nie tylko, metoda pracy (jeden pracuje, kiedy drugi śpi), sposób zarabiania na życie. Nawet płeć ich różni: obaj są dzieciatymi facetami.

Jednocześnie z premierą pbookowej wersji Fenixa Antologii i wersji ebookowej ruszyły nie tylko jego facebookowy fanpejdż i grupa czytelnicza, lecz także strona, wraz z podstroną dokumentującą osiągnięcia „starego” Fenixa. „Archiwum FX” już przypomina – a będzie przypominało jeszcze bardziej – to, za co jest on szczególnie wdzięcznie wspominany: „Piąte piwo” Marka Oramusa, które autor zgodził się kontynuować, „Tygrysa szablastodziobego” Pauliny Braiter, też do kontynuacji, publicystykę naczelnych: Rafała i Jarka (i nie tylko naczelnych), krytykę literacką (i nie tylko literacką), a także te opowiadania, do których już udało się pozyskać prawa i te, do których jeszcze się uda.

Nie byłoby Fenixa Antologii gdyby nie współpraca grupy szalonych indywidualistów, którzy nigdy nie powinni móc się ze sobą  dogadać. Jarek Grzędowicz dał nazwę, Andrzej Łaski dał logo, Ewa Białołęcka dała redakcję, Jacek Horęzga – archiwista idealny – udostępnił bibliotekę Fenixów i tłucze skany, doskonali, a tak różni, że aż strach pomyśleć, autorzy dali teksty. Dziękuję całej stronie redakcyjnej Fenixa, jest za co. Naszym autorom dziękuję także za to, że w erze mediów społecznościowych potrafili utrzymać karty przy orderach: do chwili premiery o Fenixie Antologii prawie nikt nie wiedział prawie nic. Tak jak to sobie zaplanowaliśmy.

Dziękuje gościom „galeryjnej party”, którzy uświetnili ten debiut na salonach swą obecnością. Nadali mu znaczenie o wiele powyżej literackiego „eventu”. Te podziękowanie dla wszystkich, obecnych i niestety nie, składam na ręce Rafała i Soni (wyjątkowo w tej kolejności, bo jakaś musi być, a skąd ta kolejność, już oni dobrze wiedzą).

W niedzielę późnym rankiem zmęczonego zabawą FenixaA obudziło do życia rozgłośne hurr durr kibiców: że to nie tak, że owo nie gra, że jest źle, a będzie jeszcze gorzej. Hurr durr rozlegało się echem gdy w środę, siedemnastego stycznia, spotkaliśmy się w Paradoxie, a Fenix – w czwartym dniu istnienia, wliczając niedzielę – miał już otwarte, ustabilizowane kanały sprzedaży. Rozlega się także dziś, po niespełna tygodniu jego istnienia, gdy sprzedaż ebooków, ku naszemu zdumieniu, doścignęła uciekającą sprzedaż „papieru” i idzie z nią łeb w łeb.

I bez wątpienia będzie się rozlegało za cztery tygodnie, kiedy odwiedzimy Fantasmagorię, a Fenix Antologia zadebiutuje na konwencie. Pierwszym z serii tych, w których ilość nie stała się jeszcze synonimem jakości.

FenixA się bawi. Bawi się „fizycznie”, przy czym komu pasuje (choć przydałoby się zdecydowanie więcej piwa Rafała), bawi się swym istnieniem i dojrzewaniem, bawi perspektywami. Bawi się tym, co już jest niezłe i tym, co koniecznie trzeba poprawić. A mnie osobiście bawi potwierdzenie diagnozy krytycznej, postawionej w „Śmierci klasy średniej”. Bo hurr durr – oby nam dźwięczało echem jak najdłużej! – jest najlepszą reklamą „mojego” Fenixa. Pcha go wprost w ręce „czytelnika właściwego”, pozwala tegoż czytelnika wyodrębnić z masy, „wytargetować” i… dopieścić.

Dziękuję planktonowi czytelniczemu: tej podstawie czytelniczej piramidy, w której właśnie mościmy się na właściwym miejscu. Bez niego nic by się nie stało z tego, co się właśnie staje. Oby nigdy go nam nie zabrakło.

Zdrowie planktonu!

Foto KS
Foto KS

Krzysztof Sokołowski

więcej zdjęć z balangi tutaj 
[foto, o ile nie zaznaczono inaczej, MAG]

 

[dla tego wpisu włączone są komentarze]