Jak rośnie trawa?

Otóż trawa rośnie tak powoli, że aż się nie chce patrzeć, jak rośnie. Ale nim do tego dojdziemy, „Komornika” Michała Gołkowskiego potraktujemy typową blogową recką. „Komornik” z pewnością na nią zasługuje.

A więc świat, w porządku. Malowniczy, dzieje się i w ogóle ma swój – jak to się mówi? – klimat. Klimatyczny, znaczy. Można wprawdzie powątpiewać, czy gdyby Ziemia raptem przestała się kręcić to w pasie przygranicznym rozdzielającym półkule oświetloną od nieoświetlonej dałoby się żyć, żreć, pić i chędożyć, i że zawsze byłoby tam komu przypieprzyć, ale po co powątpiewać? Powątpiewanie to przecież prawie myślenie, a żeby myśleć przy książce? No proszę pana…

Bohater? Bohater jest oczywiście w porządku. Przypieprza. Dosadnie. Można byłoby wprawdzie powątpiewać, skąd u takiego zwykłego, rodzinnego faceta umiejętność jazdy Harleyem jak u Czarta Tannera*, jazdy konno jak u Aragorna i skąd wziął się Brego**, ale co do powątpiewania to już uzgodniliśmy, prawda? Ważne, że są „cytaty z pop”, jest „metatekst”, cymes jest..

Postapo, które rozsławiło autora w tak zwanych „określonych kręgach” jest oczywiście w porządku. Co prawda próba literackiej polemiki Michała Gołkowskiego ze św. Janem Ewangelistą to pomysł nieco karkołomny, ale kto mówi o polemice? Szybki włam do rekwizytorni, zmiana plusów na minusy i już hulaj dusza piekła nie ma.

Wnioski? W „Komorniku” mamy vintage Gołkowskiego z vintage wypruwaniem flaków i tą dodatkową zaletą, że dopieprzył katotalibanowi, czy jak to się teraz nazywa. Grubszego od przeciętnej. Szkoda, że już koniec – i ten cliffhanger taki jest okrutny! – ale przynajmniej wiemy, że będzie więcej.

9/10 ze względu na cliffhangera.

#

Odwaliwszy reckę LapsusC zwraca się teraz do słownie pięciu znanych mu osób, o których z pewnością może powiedzieć, że zrozumieją co napisze. Są nimi sam autor oraz czwórka blogerów tym się wyróżniających, że nie próbują szpanować czytaniem książek trzymając je do góry nogami. Jeśli ktoś jeszcze chce pójść ich tropem, proszę bardzo, ale czyni to na własne ryzyko.

#

Przyczyny, dla których „Komornika” czyta się z fascynacją równą tej, z jaką patrzy się jak trwa rośnie, są trzy.

Przyczyna pierwsza: istnieje podstawowa zasada budowania fabuły trzymającej w napięciu, czyli różniącej się w działaniu od łagodnego środka usypiającego. Zasada ta, wytestowana i zawsze prawdziwa, brzmi: „jeśli w pierwszym akcie pojawia się strzelba, to w ostatnim musi wystrzelić”. I tę zasadę Gołkowski gwałci z podziwu godną konsekwencją, od samego początku. Bo przecież „Komornik” zaczyna się od tego, że w życie bohatera, sympatycznego statystycznego Kowalskiego z rodzinką jak z obrazka, wkracza zagrożenie. Bohater, co autor podkreśla, jest na to zagrożenie przygotowany, wyposażony w broń, srebrne kule i co tam jeszcze. I co? I nic? Nie do wiary, ale zagrożenie realizuje się … bezproblemowo. Bez oporu. Bez próby włożenia ręki do kieszeni, w której bohater równie dobrze mógłby trzymać chusteczki i gumę do żucia. Zagrożenie odwala swoje, nikt mu w tym nie przeszkadza. Widzimy strzelbę, ale strzelba nie strzela. To od czego ona tam jest? Żeby zrobić czytelnikowi wodę z mózgu?

I tak dalej. Na każdej stronie Michał Gołkowski zasypuje nas mnóstwem faktów z twarzy podobnych zupełnie do nikogo***. Nie mających żadnego, najmniejszego znaczenia. Tak doskonale do niczego nie potrzebnych, że lepiej by nam było, gdybyśmy ich nie poznali. Oszczędzilibyśmy sobie czasu.

#

Druga przyczyna, dla której lektura „Komornika” jest aktem bohaterskiej walki z nudą, nosi nazwę „deux ex machina”.

Bóg z maszyny objawia się wówczas gdy, wpędziwszy się w pułapkę, zapętlony w fabularnej sytuacji bez wyjścia, zrozpaczony autor zostaje zmuszony do wymyślenia czegoś, co w żaden sposób nie mieści się w logice świata przedstawionego. Rakieta już ma się rozbić, facet spadający w przepaść już ma się rozsmarować po krajobrazie, nie można do tego dopuścić, więc… „chyba jeszcze wam o tym nie wspomniałem, ale w tym miejscu obowiązywało lokalne zakrzywienie grawitacji powodujące, że…”. Wprawdzie „konstruktorom fantastycznych światów” tego rodzaju sytuacje od czasu do czasu muszą się zdarzyć, ale konstruktorzy muszą też wiedzieć, jak wyjść ze starcia z tarczą. Deus nie może co pięć stron wyskakiwać ex machina jak diabeł z pudełka no i dobrze byłoby, by – jeśli już musi wyskoczyć – zrobił przy okazji coś, co zainteresuje czytelnika. Zainteresowany czytelnik dużo autorowi wybaczy, czego świetnym przykładem pociąg z „Pana Lodowego Ogrodu”. Niby wiemy, że autora zaskoczył ogrom jego świata i musiał ratować się rozpaczliwcem ale… cóż to za imponujący rozpaczliwiec!

Deux ex machina to, w uproszczeniu, odwrotność „zasady strzelby”: strzela coś, co pojawiło się znikąd tylko po to, przestrzelić fabularny węzeł gordyjski. „Komornik” zaś to nużący katalog takich nużących chwytów stosowanych dosłownie ad nauseum. Bohater raz jest nieśmiertelny, raz śmiertelny, a raz tak śmiertelny, by „w zasadzie” był jednak nieśmiertelny, w zależności od tego, jaki akurat mamy w powieści klimat. Potrzeba bohaterowi motoru, jest motor, wraz z umiejętnościami jazdy na motorze, potrzeba konia, jest i koń wraz z umiejętnościami jazdy konnej, a w dodatku koń raz wchodzi w ogień jak w masło, a raz się ognia boi… jak ognia. Ba, bohater potrafi nawet znaleźć koniecznie mu potrzebne pornosy w totalnie wypalonej galerii handlowej, z której kilkadziesiąt stron wcześniej wyszedł z pustymi rękami! Och, i oczywiście nie zapominajmy o takim curiosum jak relikwie, działające na wroga jak płachta na byka, wprawiające go w berserkerski szał, artefakty nie do ukrycia, wyrok śmierci na nosiciela… które, jak się okazuje, gdy jest to mu potrzebne, bohater przenosi bezpiecznie i bez problemu, bo „chyba o tym wcześniej nie wspomniałem, ale jeśli się je powiesi na rzemykach przy pasku to…”.

Nawet gdyby to były jaja, byłyby kiepskie, a przecież „Komornik” nie ma żadnych walorów komedii!

#

Choć po prawdzie jeden wystarczy, a mamy już dwa, „Komornik” rozrzutnie pada ofiarą trzeciego grzechu śmiertelnego fikcji literackiej, opisanego słowami: „it’s not the story but he who tells it”.

W literaturze wszystko już było. Doprawdy dałoby się obronić tezę, że wszystko było już w „Gilgameszu”, a po nim jest tylko wybieranie elementów akcji i budowanie z nich fabuły jak z klocków lego, z pomocą właściwie (lub nie) dobranych kosmetyków. Szminka, puder, cienie do powiek, delikatne perfumy tu i tam, umiejętnie użyte, przekształcą najgorszego kaszalota w blondynkę, na widok której arcybiskup byłby zdolny kopniakiem wybić dziurę w witrażu. Nieumiejętnie użyte, znacznie prościej i skuteczniej przekształcają takąż blondynkę w kaszalota.

Klockami, zasadami ich użycia w konstrukcji i kosmetykami jest w literaturze język. Taki giętki, który powie, co pomyśli głowa. Opowieść musi czarować językiem, innym gdy mamy akcję i innym, gdy mamy refleksję lub opis. Innym dla bohatera głównego, innym dla każdego z bohaterów dalszego planu, innym dla każdego z wymienionych w zależności od okoliczności. Język indywidualizuje, a obdarzanie mówiących indywidualnymi cechami wtórnymi: jeden niski, drugi wysoki, trzeci z brodą itede to tylko środki pomocnicze, tak pięknie zresztą wykpione w „Poniedziałek zaczyna się w sobotę”.

Tymczasem „Komornik” napisany jest po prostu topornie, marudnie, tak szalenie poprawnie, jak wypracowanie niezbyt inteligentnego ale pracowitego prymusa, ulubieńca pani od polskiego. Nawet kurwienie nie oburza, tylko nudzi monotonią i to nie byle kogo bo damę, Silaqui! A przy okazji, dla pełni nudy, Michał Gołkowski uczynił narratora pierwszoosobowego wszystkowiedzącym. Czyli obciążył go obowiązkiem tłumaczenia, objaśniania i generalnie bezustannego pouczania wszystkich na każdy temat. Z którego to zadania prymus – jak to prymus – wywiązuje się tak ochoczo, aż się chce, żeby ktoś go wreszcie utrupił ku wiekopomnemu „wstydu oszczędź”.

I to by było właściwie na tyle. Ten, kto biega wzrokiem po literkach, a czytając porusza wargami, nic Lapsusowi zarzucić nie może: recka oddaje „Komornikowi” całą należną mu sprawiedliwość. A ten, kto jak LapsusC odłożył książkę przed końcem (Lapsus około trzechsetnej strony) może sobie skonfrontować jego obserwacje ze swoimi. Silaqui? To jest wyzwanie!

Krzysztof Sokołowski.

PS. A wiecie, co najgorsze? Najgorszy jest mądry, okrutny Sfinks na stosie książek i stary pedał, idący na śmierć bez oporu, z wielką, poruszającą serce godnością. Bo przy tych dwóch świetnych fragmentach „Komornika” reszta wygląda jak autokarykatura. Jakby autor mógł, a nie chciał. Jakby uznał czytelnika za niewartego starań.

A czytelnik na to: „Wzajemnie”.

* Czart Tanner: bohater powieści Rogera Zelaznego „Aleja Potępienia”, członek motocyklowego gangu „Aniołów” ujęty, osądzony i skazany na karę śmierci. Dzięki, między innymi, mistrzowskiemu panowaniu nad maszyną Czart ma szansę przewieźć, za akt łaski, cenny ładunek przez postapokaliptyczną Amerykę. LapsusC jest prawie pewien, że opisując kaskaderskie wyczyny Ezekiela Siódmego Michał Gołkowski cytuje niemal verbatim fragmenty tej powieści w tłumaczeniu Jacka Manickiego. Pytanie, skąd zwykły człowiek ma takie umiejętności zmusza do myślenia, więc LapsusC go na wszelki wypadek nie zadaje.

**Brego, koń Theodreda, syna króla Rohanu Theodena. Po śmierci swego jeźdźca zdziczał. Uwolniony ze służby przez Aragorna cuci go po bitwie z Wargami, pomaga mu się dosiąść i dowozi go do Helmowego Jaru w sam czas na bitwę z armią Sarumana. Koń Ezekiela dokonuje w pewnym momencie identycznego dzieła. Ale… Brego ułożony został przez ludzi z kultury jeździeckiej, a sam Aragorn jest doskonałym jeźdźcem, co i tak zaledwie uprawdopodabnia historię. Powstaje pytanie, skąd koń i bohater epoki technologicznej, o których kwalifikacjach nic nie wiemy, mieliby posiąść tak cyrkowe umiejętności, ale pytanie to zmusza do myślenia, więc go LapsusC na wszelki wypadek nie zadaje.

W „Komorniku jest także kilka odwołań do „konika” Vuko Drakkainena. Ale… Vuko przeszedł kurs obchodzenia się z końmi pod przewodnictwem indiańskiego „horse whisperera”, a jego midgaardzki wierzchowiec został odpowiednio „cyberpodrasowany” (jeździec zresztą też), przez co ich wyczyny są prawdopodobne z punktu widzenia logiki świata przedstawionego. „Komornikowi” nikt rozsądny tego zarzutu nie postawi.

*** By uniknąć oskarżeń, że sam nie umie, więc „się czepia”, LapsusC poukrywał w tekście kilka swoich własnych, prywatnych „cytatów z pop”. Można się pobawić ich znajdowaniem. Najzabawniejsze zabawy Lapsus nagrodzi egzemplarzem recenzenckim „Komornika”, tylko częściowo przeczytanym, za to gubiącym strony.

Zapisz