Czy space-opera to SF nie tyle rozrywkowa, co odmóżdżająca (podstępnie, ukradkiem i bardzo nie po SF-owsku) to kwestia niepewna, do dyskusji na później. Całkiem pewne jest natomiast to, że space-operę otwieraliśmy  i na space-operę chodziliśmy do kina właśnie po to, by się odmóżdżyć. Zaczęło się to przed Gwiezdnymi Wojnami, ale na nich wcale nie skończyło. W końcu kura ma obowiązek znosić jajka, a już najlepiej złote. Niezależnie od tego co się poczuje, rozbijając któreś z nich do jajecznicy.

Nośna formuła zawsze będzie w wykorzystywana. A jeśli formuła okaże się naprawdę nośna, to na szczęście niesie, jak morska fala, nie tylko pianę łatwo zbywalnego śmiecia, lecz takie na przykład bursztyny.Także zbywalne, choć trochę jakby inaczej niż shit.

#

Space-opera to formuła niewątpliwie nośna, ale lepiej uświadommy sobie od razu, że jest to także, przynajmniej dla nas i przynajmniej w tej chwili, formuła egzotyczna. Z tego, a nie kalendarza Majów, należy wnosić, że świat wkrótce się skończy, przynajmniej taki jaki znamy. Bo – chcemy tego czy nie – nasz świat zrodził się z podboju podniesionego do rangi ideologii. Aleksander Wielki spojrzał na mapę „i zapłakał, bowiem nie było już nic do podbicia”. Burton szukał źródeł Nilu, Amundsen pchał się na biegun, w zasadzie obojętne który, a ostatni z wielkich, Mallory, poświęcił życie idei podbicia ostatniego nietkniętego ludzką stopą kawałka Ziemi: wierzchołka Mount Everestu. Dziś za wysiłki i osiągnięcia ich i im podobnych przepraszamy „tubylców”, choć gdyby nie pionierzy zapewne nadal zjadalibyśmy wątroby pokonanych przeciwników, żeby przejąć ich siłę, a władcom wznosili piramidy, dla najbardziej znienawidzonego najwyższą.

To nasza dzisiejsza, tępa, bezrefleksyjna lecz wszechogarniająca polityczna poprawność odpowiada za bezradność, z jaką internetowi reckowicze stanęli wobec dwóch wybijających się politniepoprawnością propozycji współczesnej literackiej fantastyki. O „Eifelheim” miałem już przyjemność napisać, dziś mam przyjemność pisać o niezwykłej space-operze Rafaela Martina „Krople światła”.

#

Jako pierwszą, dedykuję łaskawym czytelnikom następującą cenną myśl: „Kropli światła” nie dałoby się napisać amerykańską angielszczyzną. Jest dziełem Europejczyka przesiąkniętego europejskim wyczuciem głębi, dramatu i ironii historii – tak, tak, space-opera i historia! Dla mniej wyrobionego czytelnika (czyli większości dzisiejszych czytelników), przesiąkniętego amerykańską konfekcją, jest to pierwszy trudny płotek w biegu przez płotki do ostatniej strony. Niektórzy rezygnują, książek nie czyta się przecież po to, żeby myśleć! Dla innych, w tym dla mnie, to konkurencja na głowę bijąca biegi płaskie.  

Co mamy? Rządzącą znanym Wszechświatem, a dążąca do rządów nad Wszechświatem jako takim Korporację utożsamioną, czy też spersonifikowana, przez komputer Nowy Jork. Wiemy tyle, że istnieje i to nam musi wystarczyć. Oprócz Korporacji jest jeszcze Ziemia – jedna wielka fabryka żywności, „półsyntetycznej”, bo w jej skład, jeśli zdarzy się okazja, wchodzą też ciała ofiar wypadków w produkujących ją zakładach. I jest to, co poza Ziemią: przedmiot marzeń o lepszym życiu. O tym, by coś znaczyć.

A o tym, kto (i co) ma znaczyć decyduje oczywiście Korporacja.

#

Jak na „klasyczną” space-operę mamy żałośnie mało, a to, co jest, wydaje się w dodatku żałośnie bezbarwne. Ale to nie niedostatek, lecz ekonomia. Martina nie interesuje kolejna wariacja na temat do mdłości znany, on tylko zaznacza, że owszem, wpisuje się w tło… i odbija od banału tła do tego, co najważniejsze.

Nie, nie chodzi bynajmniej o korporacyjną ideologię: Podbój. Jest on w istocie nieco uproszczoną, płaską jak kartka papieru konkwistą. Chociaż… reckowiczom umknął, a mnie specjalnie zainteresował fakt, że ideologia Podboju w przedziwnie logiczny sposób uzasadnia i uprawdopodabnia istnienie Korporacji i vice versa – istnieje tu sprzężenie zwrotne. Martinowi ze zwodniczą łatwością przychodzi to, co dla fantastyki anglojęzycznej nieosiągalne: wywiedzenie przyszłości wprost z przeszłości widzianej oczami patrzącego na świat dziś, w tej chwili. Korporacja, owszem, to pojęcie przed ćwierćwieczem „udomowił” cyberpunk. Kosmiczna wojna za to, „normalnie” uchodząca za element najbardziej w space-operze fantastyczny, w „Kroplach światła” jest więcej niż rzeczywistością. Jest koniecznością. Jedyną alternatywą dla nieistnienia, rozpadu, klęski i śmierci cywilizacji. Jakakolwiek wojna, nawet prowadzona żałośnie niekompetentnie, bylejakimi środkami. Każdy dobry, byle był.

#

Ponad owym tłem, jeśli się nad tym zastanowić przeraźliwie wręcz logicznym, istnieje to, co przed chwilą nazwałem elementem „najważniejszym: obserwator. Narrator. Głos sumienia. Amerykańskim autorom od dawna nie przychodzi już do głowy, że bohaterem książki fantastycznej można uczynić nie spersonalizowaną funkcję, lecz po prostu człowieka. Przedstawić obraz świata i zdarzeń nie pseudoobiektywny, pretendujący do żałosnej „wierności”, lecz skrajnie zsubiektywizowany, a przez to o ileż cenniejszy. Stawiający czytelnikowi wyzwanie interpretacyjne. Nie pozostawiające go sam na sam z żałosną uciechą dopłynięcia bezwładnie do ostatniej strony.

Korporacja istnieje, by mógł istnieć Podbój, Podbój daje życie Korporacji, bez jednego i drugiego nie istniałaby ludzkość jaką znamy i jaką „Krople światła” stawiają nam przed oczy. Ale ludzkość sama z siebie nie dowie się przecież, dlaczego trudzi się w Korporacji, dlaczego ginie w Podboju, a jeśli spróbuje się domyślić, może pobłądzić. Potrzebuje oficjalnego uzasadnienia. Dostarczają go, wraz z motywacją, specjalnie kształceni „Poeci”. Ich zadaniem jest opisywanie chwały Podboju, radości walki, rozkoszy zwycięstwa, tryumfu nieskończonej jak sam Kosmos ekspansji.

#

Swym bohaterem uczynił Martin jednego z nich. Poetę jak każdy inny, może tylko jako poeta odrobinę lepszego od innych. Lepszego w stopniu, który każe mu służyć temu bardziej wymagającemu od Korporacji panu: powołaniu. Rzecz to tak żałosna, że aż w swej żałości zabawna ale przeoczone (swoją drogą podziw budzi czegóż to dzisiejszy czytelnik i jego sojusznik reckowicz jest w stanie przeoczyć!) motto z pierwszej strony „Kropel światła” jest kluczem do tej niezwykłej fantastyki. „Kimże jest poeta? Jeśli oddaje mu się cześć – nikim; ale jeśli się go prześladuje, wówczas jest wszystkim”.

Hamlet Evans: prowincjonalny złoty młodzieniec, samozwańczy geniusz, absolwent elitarnej szkoły: „Klasztoru”, pisarz na etacie, maszynka do wychwalania mielenia mięsa na żywca, żołnierz, łajdak, wynajęta dziwka i cyrkowy klaun, jest kamieniem węgielnym konstrukcji nieamerykańskiej space-opery… i jej zwornikiem. Uzasadnia istnienie tego, co w klasycznej, bezmózgiej space-operze nigdy nie zostaje satysfakcjonująco uzasadnione. Jeśli rządząca od stuleci „władza” jest tak wszechmocna, a ludzie poddani jej tak doskonale kontrolowani, jakaż to ideologia może być źródłem buntu? Umiłowanie przygód? Skąd ono po tylu latach niewoli! Umiłowanie demokracji, jak w „Gwiezdnych wojnach”? Wolne żarty. Tylko Amerykanie mogą traktować ją poważnie.

Ale sztuka, wierność artystycznemu powołaniu, świadomość głębi, z której wypływa, to już co innego. Coś, w imię czego można i warto powiedzieć „dość!”.

Historia – bo nie space opera przecież! – zna takie przypadki. Nawet niektórzy z nas je znają.

Krzysztof Sokołowski.

Zapisz

PODZIEL SIĘ