Don Wollheim, postać dziś zapomniana, a niegdyś czczona w Polsce za znakomite antologie „Don Wollheim proponuje”, dwukrotnie zapisał się w historii fantastyki naukowej w sposób, który z całą pewnością nie leżał w jego zamiarach. Sprytnie obszedł przepisy, wypuścił „Władcę Pierścieni” nie płacąc grosza autorowi i w ten sposób stworzył masowy, zorganizowany fandom tolkienistyczny. A odrzucając „Uciekiniera” słowami: „My tu w Ace Books nie jesteśmy zainteresowani negatywnymi Utopiami” stworzył Stephena Kinga „od horroru”, na co zwraca uwagę John Clute w SFE.

Tematyka wczesnych opowiadań i wczesnych powieści Kinga rzeczywiście wskazuje na to, że zamierzał robić karierę „w fantastyce naukowej” i w dodatku wzorował się na najprostszej, pulpowej tradycji SF – do której będzie potem wracał, choćby w doskonałych „Stukostrachach”. Don Wolheim wybił mu ten pomysł z głowy, a kingowska SF odleżała swoje nim mogła się ukazać, a i to tylko pod pseudonimem.

„Wielki marsz” i „Uciekinier” Richarda Bachmana to „King w stanie czystym”: entuzjastyczny, zbuntowany, przenikliwy, pisarsko bardzo utalentowany. I już pełną garścią czerpiący z otaczającego go życia.

„Wielki marsz” (opublikowany w 1979 r.) powstał, gdy jego autor miał naście lat i właśnie wchodził w dorosłość. Jest dzieckiem drugiej połowy lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku, brzemiennych rewolucją, w której cieniu żyjemy do dziś. Komfortowo mieszczący się w szerokiej kategorii przyszłościowego SF – co by było gdyby Hitler wygrał II Wojnę Światową – jest w istocie „powieścią o dorastaniu” i w ścisłych ramach fabularnych daje świadectwo strachów, towarzyszących ówczesnemu wchodzeniu w świat. Przed młodymi ludźmi, jeszcze niepewnymi, co by chcieli robić i kim chcieliby zostać gdy dorosną, roztacza się „amerykański sen”: możesz mieć wszystko, być wszystkim. Uwierz w siebie, młody człowieku, mówi Major, totalitarny władca faszystowskiej Ameryki, staraj się, walcz, ryzykuj i nie przyjmuj możliwości przegranej. Uwierz w siebie, a spełnią się wszystkie twoje marzenia. Na całe życie. Nikt nie mówi, że masz mieć lekko, ale warto się starać.

Bo alternatywą jest śmierć. Do „Wielkiego marszu” rusza stu bardzo młodych uczestników. Dziewięćdziesięciu dziewięciu musi zginąć w walce, by jednemu sukces się ziścił.

Mordercze w samej swej naturze „amerykańskie marzenie” realizuje się w książce młodziutkiego przecież autora poprzez metaforę wojny. Pokolenie Kinga wkraczało w dorosłość w cieniu wojny wietnamskiej. Jej karykaturalnie skrzywiony mechanizm pozostał w „Wielkim marszu” niemal niezmieniony: loteria jako mechanizm kwalifikowania w szeregi maszerujących, a potem ścisła wojskowa dyscyplina przestrzegana wszelkimi dostępnymi środkami aż do kuli w łeb jako kary za jej złamanie. Plus niezrozumiały cel – nie „wykonać zadanie” lecz dojść jak najdalej tak dosłownie po trupach, jak to tylko możliwe. A w trakcie służby ciągłe próby łamania charakterów i drobne, własne tryumfy nad nieludzką maszynerią przyspieszonego dorastania „w kamaszach”. Ograniczające się właściwie do jedynego możliwego tryumfu: skoro i tak mam zginąć, to przynajmniej na własnych zasadach. Bo to jedyny bunt, który mi pozostał: wybór chwili śmierci. I ta otoczka, te patriotyczne deklamacje, te entuzjastyczne okrzyki, ten tłum, im dalej w akcję, tym bardziej zwierzęcy, ten Major, wódz, bohater, coraz bardziej wykpiwany, wyśmiewany, nienawidzony…

„Wielki marsz” powinien być młodzieńczy: trochę niezdarny, więcej niż trochę krzykliwy, nachalnie dydaktyczny i byle jak sfastrygowany nicią użalania się nad sobą. Nie jest. Jest chłodny. Jest analityczny. I mimo, że z góry wiemy, że przeczytamy o dziewięćdziesięciu dziewięciu trupach – przerażający. 

„Uciekinier” (1982) jest dystopią w stanie czystym i powieścią od „Wielkiego marszu” literacko zdecydowanie prostszą. Wpisaną, można powiedzieć, w tradycję dystopii niedalekiej przyszłości, w której to, co istnieje dziś w zalążku, a czego się boimy, jednak się zrealizowało.

Na odbiorze „Uciekiniera” ciąży idiotyczny, ale też w pewien sposób do dziś zabawny film „ze Schwarzeneggerem”, zwyciężającym, jak to ówczesny Arnie, masą muskułów i słusznością przekonań, przy przerażającej liczbie dowcipasków na jednostkę czasu. Tak naprawdę jest to jednak opowieść o prekariuszu pozbawionym ubezpieczenia, któremu umiera córeczka, a żona dla utrzymania życiowego minimum zmuszona jest uprawiać prostytucję. „Milionerzy” (czy dowolny inny wysokopłatny teleturniej) ewoluuje zaś do poziomu walk gladiatorów, do których mały, słaby lecz zdeterminowany prekariusz kwalifikuje się mocą swej determinacji. Doskonale świadomy tego prostego faktu, że w trakcie zmagań na globalnej arenie jest bez szans, straci życie. Samobójca może mieć tylko jedną nadzieję: że pożyje wystarczająco długo. Że zarobi tyle, by przynajmniej rodzina uciekła skrajnej nędzy i stać ją było na szpital.  

Czy takie utopie mogą kończyć się jakimś, choćby byle jakim, happy endem? Nie mogą, a King nie gra przecież jak Zajdel, z którym „Uciekinier” kojarzy się nieodparcie. Nie wyciąga z rękawa jakiejś Alicji z innoplanetarnej Krainy Czarów, podającej pomocną dłoń. „Uciekinier” podzielony został na rozdziały odpowiadające „odliczaniu” od stu do zera więc od początku wiemy, że na końcu będzie wielkie bum. A co potem? Ben Richards w trakcie zmagań dowiedział się, że monolityczna korporacyjna cywilizacja śmiertelnie zanieczyszczonej Ziemi ma opozycję ale dowiedział się też, jak dalece wszyscy jesteśmy bezradni wobec systemu. I że za wolnością od systemu możemy tylko tęsknić.

Ewolucję Richarda Bachmana jako pisarza SF przerwało przedwczesne odkrycie jego prawdziwej tożsamości. Nie dowiemy się więc, kim mógłby zostać Stepehen King, gdyby Don Wollheim miał ucho odrobinę czulsze na dobrą literaturę.

Szkoda.

 

Krzysztof Sokołowski 

 

[dla tego wpisu włączone są komentarze]