Temat jest z gatunku evergreenów, michałków na sezony ogórkowe i potworów z Loch Ness. Nie ma blogosfera o czym pisać, a talent pcha i krzywe statystyk nurkują, no to tworzy blogosfera wpis dyżurny o odwiecznym PROBLEMIE KSIĄŻEK OD WYDAWCÓW. Którzy nam te książki wciskają w ręce i gardło, lub wręcz przeciwnie.

Brać? Nie brać? Prawda leży pośrodku?

A zresztą, może jestem zbyt okrutny? Może na przykład Qbusia pchały nie talent i kliki, lecz zwykła uczciwość? Rozterki moralne? Niewykluczone, że ten temat jest dla blogosfery jako takiej  subiektywnie bardzo ważny. Że to temat jej profesjonalnej integralności. Musi być coś w tym, że bloger, który – to reguła – wie co pisze i po co, i robi to dobrze, dla potrzeb sprawy prostej jak konstrukcja cepa zatrudnił procesy psychologiczne, Amazona, ba, nawet Boing Boing!

#

By dojść do konkluzji, która w moich uszach brzmi nieprzyzwoicie dziewiczo: i chciałbym, i boję się. A także i brać, i nie brać, a w ogóle, towarzyszko/towarzyszu w blogowaniu, ja ci radzę jak przyjaciel, rób co uważasz za stosowne.

A sprawa jest naprawdę prosta jak konstrukcja cepa.

Brać. Brać, brać, brać. Per fas et nefas, brać.

#

Po pierwsze, nakazuje to stara ludowa prawda: „jak dają, to brać, a jak biją, to uciekać”. Wydawcy są ludźmi kultury, morderczych narzędzi po kieszeniach nie noszą – no, chyba że Rafał Kosik, ale on jest poczciwy misio, co użyje najwyżej bana i to ze łzami w oczach. Biorąc ryzykujesz więc niewiele. Gra, przetestowałem to na sobie, jest warta świeczki.

Po drugie: wydawcy zawsze dają ci książki z szacunku i przyjaźni. Nie odrzuca się dowodów szacunku i przyjaźni. To niegrzeczne. A nas, blogerów (i blogerki), ludzi kultury jak wydawcy i bardziej, kultura obowiązuje w dwójnasób.

Po trzecie, wydawcy produkują książki specjalnie „do rozdania”. I muszą je rozdać. Jeśli książka nie trafi do ciebie, trafi do innego blogera (bądź blogerki). Chwytacie sens tej tragedii, blogerki i blogerzy naszej Wirtualii? Książka jest przecież dla nas jak dziecko! Oddałbyś dziecko pod opiekę kogoś dysfunkcjonalnego w blogowaniu? Jasne, że byś nie oddał. Do sądu byś poszedł, Ruskich najął, a nie oddał!!!

A jeśli nie uważasz, ze jesteś jedyny godny sprawowania opieki nad książką, dziecięciem niewinnym, jeśli męczą cię wątpliwości, chorujesz na skromność, nie jesteś wart prochu, koniecznego do rozpirzenia cię po całej blogosferze.

Dla twojego własnego dobra.

Po czwarte: wydawca nie jest durniem. Nawet jeśli ze łzami w oczach wyrywa sobie spod serca egzemplarz teoretycznie płatny, to widzi w tym interes, od którego nie zbiednieje. Odmawiając – ba, nawet nie prosząc! – sugerujesz mu, że owszem, jest durniem. A ty, nie biorąc i nawet nie prosząc, jesteś ten mądry i lepiej od niego dbasz o jego interesy. I znów, niegrzeczne to, a w dodatku lekkomyślne. Wystarczy przejść się na kawę do paru wydawcach by wiedzieć, że to ty bierzesz kredyt frankowy na kawalerkę dla latorośli, którą właśnie drugi mąż zostawił z trzecim dzieckiem maleńkim, a oni, jeśli w ogóle go biorą, to na drugi basen przy posesji i tylko dlatego, żeby się Urząd Skarbowy nie czepiał. Więc się nie wygłupiaj, blogerko / blogerze tylko korzystaj, póki możesz.

#

Po piąte: jeśli masz jakieś wątpliwości co do szczerości tych rad zauważ proszę, że udzielający ci ich ilustruje tzw. meritum nie kotkiem, lecz zdjęciem jednego ze swych regałów – tego, na którym stoją same gratisy.

dscn7123

I to nie koniec. Naprawdę Wielki Wydawca, na prośbę S(ławnego) P(oczytnego) A(utora) zaczął piszącego te słowa wyposażać w gratisy jego dzieł. A piszący te słowa zrecenzował – jeśli można to tak nazwać – dzieło tegoż SPA z gratisu, i to entuzjastycznie. No proszę, proszę, kto pierwszy rzuci kamieniem?

#

No właśnie, entuzjastycznie. W tym, „tonie” recenzji, wydaje się tkwić problem, którego jako odwieczny recenzent (i kilkuletni bloger książkowy), zwyczajnie nie rozumiem.

Piszę o książkach od lat przeszło czterdziestu. Od lat przeszło czterdziestu dostaję książki do recenzji. Kiedyś, w dawnych złych czasach, nawet mi za ich – gratisów – recenzowanie płacono i to tak, że recenzja tygodniowo dawała co najmniej przyzwoity półetat.

I nigdy, ale to nigdy, nawet do głowy mi nie przyszło, że może to mieć jakiś wpływ na moje gusta, sympatie, antypatie, idiosynkrazje oraz wszystko inne. Wszystko to, co – łącznie z katarem, a nawet bólem zęba i gorzej, bólem głowy aktualnej dziewczyny (dziś znanym jako „strajk”) – składa się na całość roboczo i nieprecyzyjnie nazywaną „recenzją”.

#

Bo (ale to mniej ważne) obiektywność recenzencka jest przecież fikcją. Nie ma obiektywności oceny tam, gdzie nie ma obiektywnych, żelaznych kryteriów „dobre” / „złe”. Każdy tekst o każdej książce (i nie tylko, ale dla nas – książce) jest chwiejnym kompromisem, wypadkową sił wielu koni ciągnących jeden wóz w najzupełniej przypadkowych kierunkach. Jeśli nie potrafisz okiełznać tych koni tak, by choćby zygzakiem, powoli i chwiejnie, ale wóz pojechał jednak w pożądanym przez ciebie kierunku, co z ciebie za woźnica?

Jeśli rządzi tobą koń, który nazywamy gratisem, nie jesteś woźnicą. Nie jesteś nawet dziwką. Nie jesteś osobą, której za dobrze wykonaną usługę należy się uznanie i którą można szanować. Jesteś jak galerianka, za gadżet dająca coś niewiadomej jakości, ale zostawiające po sobie niesmak i, jeśli masz naprawdę wielkie serce, także odrobinę współczucia.

#

A teraz pora na sprawę najważniejszą. Fundamentalną. Otóż każdy, kto wykonuje pracę, podlegającą jakiejś tam ocenie jakiejś tam, ale wolnej i swobodnej, grupy ludzi: tłumacz jak ja na przykład, pisarz i także, jak trochę ja, bloger (dotyczy także blogerek) powinien wiedzieć, że jego majątkiem nie jest to, co właśnie robi. Jego majątkiem nie jest wykonanie tego, za co mu za chwilę zapłacą. Obojętnie czym: przelewem na konto, rozpoznawalnością, zaproszeniem do konwentowego stolika, napojem gazowanym i uznaniem… Czymkolwiek, bardziej wymiernym lub mniej.

Jego majątkiem, jego znakiem firmowym, jego marką jest NAZWISKO (czy też ksywka, na jedno wychodzi).

#

Uwierzcie mi, blogerki i blogerzy także, jeśli raz i drugi napiszecie coś, czego nie chcecie napisać, ale wydawca dał i wypada, TO BĘDZIE WIDAĆ. A marki może i nie traci się jak cnoty, raz na zawsze – tak źle rzadko bywa – ale odbudowuje się ją bardzo, bardzo trudno. I wstydu człowiek się przy tym naje do wypęku.

Potrzebne to komu do szczęścia? Warte tej biednej książczyny?

#

Pora podsumować dla jasności: tak, oczywiście, brać. Pewnie, że brać. Ale jeśli zdarzy się coś, co się kiedyś musi zdarzyć: gratis czymś cię odepchnie, jakoś cię minie, jakoś nie będzie ci się chciało, jakoś nie poczujesz, że zwyczajnie musisz o nim napisać, bo cię pcha dusza i serducho (byle z wyłączeniem głowy)… takiego gratisa zawsze możesz przecież oddać! Oddać można nawet ebooka! „Przepraszam, ale to nie moja bajka, przykro mi, że was zawiodłem”.

Jeśli nie musiałaś / musiałeś podjąć takiej decyzji, blogerko czy blogerze, to pewnie masz nieludzki fart. Ale żaden fart nie trwa wiecznie, więc… zapamiętaj sobie radę człowieka, co z niejednego pieca chleb jada (i chyba na zdrowie mu idzie). Człowieka, który od niejednego brał, niejednemu oddawał i to wszystko, co właśnie napisał, wyryte ma w swej hipopotamiej skórze.

A jeśli miałaś/eś i nie skorzystałaś/eś, nie jesteś warta / warty prochu, którym należałoby cię rozpirzyć po całej blogosferze.

Dla twojego własnego dobra.

Krzysztof Sokołowski.

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

PODZIEL SIĘ