„Płać i płacz”, z którym LapsusC ośmiela się niniejszym polemizować to felieton, to „causerie”. Ma tę wbudowaną w swą strukturę wadę, że zawsze prześlizguje się po temacie. A że temat ważny, poważny itede, celem zachowania koniecznej w naturze równowagi LapsusC stawia raczej na coś około rozprawki. Będzie analitycznie, będzie logicznie, nawet gdyby miało być nudno.

No to do roboty.

#

Powszechne narzekanie na formy publikacji znane pod potocznym nazwami „self” i (szczególnie znienawidzona) „vanity” oraz szlachetna chęć ulżenia w ciężkiej doli autorom in spe, których mogłyby skusić, wydają się Lapsusowi niezrozumiałe i nielogiczne. „Self” to przecież głęboki ślad technologicznych zmian odciśnięty w kulturze, co powinno przemawiać do młodych ambitnych, a vanity uświęca godna książkowa tradycja. Jak bowiem powszechnie wiadomo (wiadomo, prawda?) w ten sposób publikował się m.in. Juliusz Słowacki i w listach popłakiwał mamie w dekolt ze strachu, że jeśli „nie chwyci”, to nie będzie miał za co walczyć dzielnie na Wielkiej Emigracji. Tolkien zaś opublikował „Władcę pierścieni” w sposób pośredni między „vanity”, a „modelem klasycznym”, w którym wydawca płaci zaliczkę, a potem jakiś procent od ceny katalogowej egzemplarzy sprzedanych. To dzięki owej „pośredniości”, zbliżającej go do vanity (wydawca nie zapłacił mu zaliczki, w ogóle nic nie zapłacił póki sprzedaż nie zwróciła kosztów produkcji, a 50/50 podzielił się dopiero zyskiem) Tolkien został milionerem, a dziś jego tzw. estate to nieprzyzwoicie nadziane korpo swobodnie grające na nosie nawet Hollywood. Okej, Tolkien nie musiał płacić za druk, ryzyko rozłożyło się na obie strony, niemniej transakcja nie wypełniła wymagania: „jeśli wydawca chce wydać, musi zabulić”.Ciekawe, co poradziliby tym dwóm autorom członkowie przywołanej przez Silaqui fejsbukowej grupy „anty-vanity-self”*** i ona sama? Obawiam się, że dzięki ich radom w literaturze światowej (i polskiej) ziałaby dziś ogromna dziura.

#

Odsądzanie od czci i wiary alternatywnych form publikacji jest niezrozumiałe i nielogiczne także z innego powodu. Otóż narzeka się, że „Polacy nie czytają”. Przyklaskuje się inicjatywom typu „przeczytam 52 książki w roku” albo „nie czytasz, nie idę z tobą do łóżka”. Skoro to, co czytam ja sam oraz kandydatka / kandydat na mego partnera, jakoś tam nawet intymnego, najwyraźniej nie ma znaczenia – o tym, co czytać, nie ma przecież nigdzie ani słowa – logiczne i zrozumiałe byłoby raczej chwalenie i selfu, i nawet vanity. Dzięki nim książek jest więcej, a im więcej książek, tym wybór większy i tym większe prawdopodobieństwo, że to i owo, zwane krzywą czytelnictwa, podniesie się imponująco z oczywistą dumą. Nest ce pa? – jak zapytywał idealny kandydat na patrona takich inicjatyw, światowej sławy profesor INBADCZAMu, Wybiegałło?

Jakby był nielogiczny i niezrozumiały, fakt jest jedna faktem: na selfy patrzy się krzywo, na vanity z obrzydzeniem. To może spróbujmy na odmianę przyjrzeć się alternatywie, na którą patrzy się z uwielbieniem? Ta alternatywa to oczywiście wydawnictwa, nazwijmy je, „klasyczne”. Wydawnictwa klasyczne zachowują się podobno „profesjonalnie”: profesjonalnie płacą autorowi starannie wybranej pozycji za materialne prawa autorskie, profesjonalnie opracowują i profesjonalnie wydają dzieło, które następnie profesjonalnie sprzedają. Z czego autor ma chlebek, a one zysk.

Po czym wszyscy żyją długo i szczęśliwie.

#

Czyżby?

To proszę powiedzieć teraz Lapsusowi, co ma zrobić młody autor, który szczęśliwie ominął pułapkę „self/vanity”, gdy jego wydawca z pełnym profesjonalizmem uzna za właściwe naruszyć integralność artystyczną powierzonego jego pieczy dzieła, jak się to zdarzyło Stephenowi Kingowi z „Bastionem”? Ówczesny wydawca szantażem ZMUSIŁ mianowicie Kinga do przycięcia powieści o niemal jedną piątą, bo mu księgowość wyliczyła, że fantasy/horror musi zmieścić się w takich to a takich widełkach cenowych, a zmodyfikować margines zysku… och, to przecież byłaby zbrodnia! Jakim kosztem zapobieżono tej zbrodni ukazało dopiero pełne wydanie, na które autor mógł sobie pozwolić kilka lat później, już jako człowiek znany i bogaty.

Proszę objaśnić Lapsusowi, co ma zrobić młody autor, który szczęśliwie ominął pułapki „self/vanity”, gdy jego klasyczny profesjonalny wydawca, nie fatygując się podawaniem powodów, zerwie wypełnioną co do joty umowę? I będzie można zaledwie nieśmiało podejrzewać, że uznał – a co, nie wolno mu? – za „komercyjnie ryzykowny” pewien prosty, w pełni uzasadniony fabularnie fragment, bez którego świat przedstawiony sypnąłby się jak domek z kart? Na tym polega przecież afera powieści „CTRL ALT Revolt” Nicka Cole’a. Nawiasem, Cole, twardy Marine, któremu jakaś nędzna cywilbanda nie będzie robić koło pióra, zrobił co chciał. Wydał „CTRL ALT Revolt” jako self na platformie Amazonu i dobrze na tym wyszedł, zarówno artystycznie, jak finansowo.

Co uratuje młodego autora przed tak profesjonalnym traktowaniem, jeśli nie właśnie „self”, jeśli nie „vanity”? Jeśli nie alternatywa, możliwość wyboru?

#

Spytacie teraz może o nasze rodzime podwórko? Proszę bardzo. Lapsus dobrze słyszy i pamięta te peany ku czci profesjonalistów z wydawnictw klasycznych, profesjonalnie dokonujących profesjonalnego doboru możliwie najlepszych dzieł, słuch ma jeszcze dobry i pamięć do pary. Tylko w takim razie skąd wzięli się autorzy, których zna i o których sam słyszał od profesjonałów, że są „za dobrzy”, żeby ich wydać? Czy to vanity zostawia samemu sobie świetnego pisarza supernatural noir, a do druku kwalifikuje pewną płodną przedstawicielkę urban fantasy? Czy to vanity, czy profesjonalny wydawca pełnom gembom, odpowiada za antologię z opublikowanym w niej opowiadaniem, które autor napisał – po lekturze wierzę mu na słowo – w pijanym widzie tylko po to, by sprawdzić, czy jego bełkot przejdzie? (No i przeszedł, oczywiście. Profesjonalnie). I czy to vanity, czy bardzo politpoprawnie antyselfowski i antyvanitowski profesjonał stworzył antologię – torbę na śmieci rozmiar przemysłowy – do której powrzucał wszystko, co zdołał zagrabić ze swego trawnika, w tym odłamki cegieł, żwir i psie gówienka?

#

Lapsus Calami dobrze słyszy i pamięta peany ku czci profesjonalnego przygotowania tekstów w wydawnictwach klasycznych. Więc niniejszym zaprasza do lektury analizy przekładu „Marsjanina”, dokonanej przez Pawła Pollaka. Lapsus mógłby dorzucić identyczną przekładów „Worka kości” Kinga, wersja Prószyńskiego versus wersja Albatrosa. Mógłby, ale nie może, bo wersja albatrosowska jest jego dziełem. Zapewne wszyscy pamiętamy także casus niebylejakiego bestsellera, bo samego „Pana Lodowego Ogrodu”, wydanego profesjonalnie w modelu „klasycznym”… z utrudniającą czytanie wadą, do której – mimo oburzenia czytelników – wydawca się nie przyznał, tak go wystraszyła perspektywa wymiany wadliwych egzemplarzy.

#

Z tego wszystkiego – o biedny zdrowy rozsądku! – Lapsusowi wychodzi coś całkiem, zupełnie przeciwnego, niż Silaqui. Wychodzi mu, że model „self” należy zalecać jako optymalnie uczciwy jako że, mając tylko jedną stronę, nie daje on szansy na konflikt stron: twórca zachowuje w nim pełną kontrolę nad swym dziełem. Model „vanity” jest zaś po prostu uczciwy: twórca oddaje produkt do opakowania, za co płaci, i udostępnienia, za co też płaci. Jak każdy twórca, choćby, powiedzmy, ćwikły, który musi kupić swej ćwikle słoiki i etykiety, a potem jeszcze zainwestować w stragan – za to co sprzeda, to jego.

Lapusowi wychodzi także, że „model klasyczny” jest maksymalnie ryzykowny, jak oddanie ćwikły Lidlowi. Twórca traci w nim jakikolwiek wpływ na to, czy jego dzieło zostanie zapakowane i jak atrakcyjnie, na której półce się je wystawi i jak będzie sprzedawane. Może będzie musiał tańczyć marketingowo z laskami trzeciego sortu, może dźwigać siekierę, może dać się owinąć kimonem, nie wiadomo po kiego grzyba? A może, co najgorsze, marketingu w ogóle nie będzie?

#

W modelu „self” zawierasz umowę sam ze sobą. W „vanity” umowa jest jasna. W modelu klasycznym zaś wszystko jest drobnym drukiem. Ze wszystkimi tego konsekwencjami.

Oczywiście to, co napisałem, to tylko część prawdy. Ale jako komentarz do „Płać i płacz” i ta część wystarczy. A pozostałe… o, to już zupełnie inna historia.

Krzysztof Sokołowski.

***https://www.facebook.com/groups/135738631547/ Adres trzeba niestety skopiować do przeglądarki. Z linku jego wierni czytelnicy się na fejsbukową stronę grupy nie dostaną, LapsusC jest na niej zabanowany.

Zapisz