„Masa książkowa”. „Literatura zerowa”. Coś w sam raz dla „planktonu, przy czytaniu poruszającego wargami”. Lubię te określenia, bo dobrze opisują rzeczywistość, choćby rzeczywistość „polskiego postapo”. Ale bywa, że rzeczywistość wymyka się opisowi. I wówczas komuś, kto zbytnio zawierzył opisom, wypada przyznać się do błędu, zmodyfikować poglądy. Co też niniejszym czynię pod przemożnym wpływem „Kompleksu 7215” Bartka Biedrzyckiego oraz jego „Stacji Nowy Świat” i „Dworca Śródmieście”. Jedno z dwojga: albo polskie postapo jest inne, niż mi się wydawało, albo Biedrzycki nie jest twórcą „postapo”. Trzeciego wyjścia nie widzę.

Och, oczywiście, każdy czyta jak potrafi. Jeśli ktoś chce wyczytać u tego autora wyłącznie malownicze opisy banalnego w gruncie rzeczy świata po zagładzie, to je znajdzie w obfitości. Jeśli dokona wysiłku intelektualnego i znajdzie u Biedrzyckiego opis powstawania i upadku imperiów (odwzorowanych w skali, jak jego słynne modele) nadstawię uszu, bo ten stan rokuje nadzieje poprawy. A w czytelniku, który wzniesie się odrobinę wyżej, udowodni, że możliwy jest awans: z oceanów planktonu do wież z kości słoniowej „klasy czytelniczej średniej” i wyżej, powitam bratnią duszę! Dla której „Kompleks 7215” i jego kontynuacje są czymś znacznie większym od „kolorowania szablonu” postapo. Są literaturą fantastyczną, a nie produktem zaledwie identycznym z naturalnym.

Malownicza w swej obrzydliwości scenografia pełni w książkach Biedrzyckiego rolę naturalną: tylko (czy też aż) scenografii. Ich treścią zaś jest to, co Faulkner uważał za jedyne warte opisania: „ludzkie serce w konflikcie z samym sobą”. Ich treścią są Borka i Borce podobni: stalkerzy, owszem, być może nawet wzorowi stalkerzy, ale przede wszystkim młodzi ludzie prześladowani przez demony. Te mniej ważne, ludzkie i nieludzkie, zamieszkują wrogie światy. Te ważniejsze, groźniejsze, jedyne istotne, zamieszkują ich – z braku lepszego określenia – dusze i serca.

„Kompleks 7215” jest w gruncie rzeczy opowieścią o dorastaniu. Literaturą „coming-of-age”, po polsku niezbyt zgrabnie zwaną „inicjacyjną”. Wędrując (motyw wędrówki jest nieodłączną cechą tej literatury) Borka zdobywa konieczną do przeżycia w chwale wiedzę o podziemiach i nadziemiach, ale przede wszystkim poznaje samego siebie. Aż do akceptacji tego, co nie do przełknięcia gorzkie, lecz tym bardziej prawdziwe. Tego, co odróżnia „owce od tryków”: szczęśliwy jest nie człowiek, który marzenia zrealizuje, lecz człowiek, który jak najszybciej zrozumie, że są marzenia nie do zrealizowania.

Borka szuka ojca. Nosi pod powiekami jego obraz wręcz archetypiczny: imponującej postaci anioła stróża, oświetlonego od tyłu promieniami słońca jak aureolą, ku któremu biegnie szczęśliwy czterolatek. Oto metafora wszystkiego, co dobre, dla czego trzeba żyć i dla czego warto żyć. Jest w tym marzeniu: „tata wrócił!”, coś z magicznej wiary, że jeśli tata wróci, to i świat wróci do normalności. Że nie będzie już trzeba stalkerów.

„Kompleks 7215” jest, jak na debiut, zdumiewająco dobrą fantastyką. Przede wszystkim fantastyką literacko  kompletną. Język zgrabnie oplata opisywaną rzeczywistość, jest miękki, elastyczny, indywidualizuje postaci i sytuacje. Mozaikowa konstrukcja fabuły doskonale odpowiada wielowymiarowości postaci Borki: dorosłego szczyla, bohatera i ofiary. Później bywa już gorzej, jakby Bartek Biedrzycki próbował powiedzieć za wiele jednym tchem, dostając od tego zadyszki. Scenografia rozrasta się, tłumi emocje. Coraz częściej pojawia się irytująca maniera: na scenę wkracza narrator i, twarzą do widza, rozpartego w fotelu, pogryzającego fistaszki, tłumaczy mu coś, co powinno wynikać z zachowań postaci. Ale zawsze w momencie, gdy autor odlatuje, błogosławiona siła przyciągania każe mu dotknąć ziemi. Złapać drugi oddech. I znów pojawiają się prawdziwe ofiary apokaliptycznych zmagań: nie dorośli umiejący spełniać swe obowiązki – jak je kto rozumie – i nawet wykorzystywać sytuację, lecz ludzie młodzi. Nie porośli naszą grubą skórą. Żałośni i bezradni. Budzący litość, nawet jeśli jakoś sobie radzą lub nawet radzą dobrze. Jest w tym dynamika, jest sprawnie realizowana szansa na powiedzenie czegoś ważnego. Nic nie kończy się tak, by nie mogło znów się zacząć.

Nie ma prostych odpowiedzi, są trudne pytania. Jeśli teraz ktoś zechce przekonać mnie, że polskie postapo nie jest tylko relacją o rozpierdusze, że to, co się w nim dzieje, dzieje się po coś, układa w historię, stanę się fanem postapo.

A fanem Bierzyckiego już jestem.

Krzysztof Sokołowski

[dla tego wpisu włączone są komentarze]