Coś się dzieje, jest zadyma, kurczę, jak my to kochamy! Nawet jeśli „to” jest tylko akcją kochania wróbelka „do jasnej cholery!”, czyli „badaniem czytelnictwa” owocującym średnią. Z jakiegoś powodu wszyscy jak jeden mąż rozpaczają nad tą średnią, rwą włosy z głowy i wieszczą zagładę. A LapsusC przygładza włosy na głowie (ile ich ma) i przygładza je z ukontentowaniem pana Zagłoby.

O co ten krzyk? O to, że my, Polacy, nie czytamy książek i nie czytamy ich coraz bardziej? Co z tego, przepraszam? Larum grają, a jakiż nieprzyjaciel w granicach? Bez żartów, ja bardzo proszę. Jeśli rzeczywiście tłum nieczytających rośnie, to ja widzę rosnący tłum sojuszników. Bo oznacza to, że TŁUM KONSUMENTÓW TREŚCI DRUKOWANYCH W POSTACI KSIĄŻKOPODOBNEJ maleje. Czyli maleje liczba mych śmiertelnych wrogów.

Jak najbardziej szczerze i jak najbardziej otwartym tekstem wyjaśniam niniejszym, dlaczego my, nałogowi czytacze, bardziej od samego czytania winniśmy lubić funkcjonalnych analfabetów, wprost proporcjonalnie do liczebności. Dlaczego powinniśmy ich hołubić i nie szczędzić państwowego grosza na z definicji chybione rządowe programy proczytelnicze. Drogie bo drogie, ale najwyraźniej w świecie są one skuteczne: krzywa niegramotnych z roku na rok zamiast maleć rośnie, niech jej będzie na zdrowie.

Bo nam właśnie na tym zależy! Nas, czytaczy, dobija przypadek chorobowy „czytelnika masowego”, czyli masa biernych konsumentów treści drukowanych w formie książkopodobnej. Jak długo jest to masa, tak długo niegdysiejsi wydawcy, dziś przekształceni w producentów produktu „identycznego z naturalnym”, produkują produkt dla nich – gdzie masa, jak wiadomo, tam pieniądz. Jak długo istnieje motłoch czytający dzieła ze skutecznością, no cóż, motłochu, tak długo my, którzy, parafrazując Chandlera, „przy czytaniu nie poruszamy wargami” nie dostajemy tego, bez czego trudno się nam obyć. Och, oczywiście, my, czytacze „posiadamy języki”, nasze karty ma w systemie Amazon, Abe Books i BookDepository, lecz zdajemy też sobie doskonale sprawę z tego, że choćby nie wiem co coś tracimy i że tracimy to coś bezpowrotnie.

Nie analfabeci, lecz masowi konsumenci treści drukowanych w formie książkopodobnej, których cała Polska chce mieć jak najwięcej w owczym pędzie do „podnoszenia słupków”, są naturalnymi wrogami czytaczy. To oni wypierają nas z komfortowej niszy. Wiem o tym doskonale nie dlatego, że ktoś mi to „do wiedzenia” podał z jakiś wielce zasłużonych łamów, ale z własnego gorzkiego doświadczenia. Miałem pewien wpływ na wydanie skądinąd bardzo dobrze przyjętych „Powrotów” Adama Pietrasiewicza. Chcę mieć, i robię co mogę, żeby mieć, pewien wpływ na wydanie „Bluesa o krwi i trawie” Pawła Ciećwierza – powieści, która dosłownie wbiła mnie, starego cynika, w glebę, a może nawet i w zachwyt? Przy jednej i drugiej okazji kilkakrotnie słyszałem: „to jest dobre, to jest bardzo dobre, to jest doskonała fantastyka, doskonała literatura, ale… się nie sprzeda”. Adam w końcu jakoś tam „się sprzedał”, choć losy kontynuacji są niejasne, dwa tomy opowiadań Pawła ciągle jakoś „się sprzedają”, a „Blues…” posiniaczony, pokrwawiony, na granicy nokautu, jeszcze będzie walczył. Tu nic nie jest przesądzone, póki życia póty nadziei ale… ile trupów takiej „doskonałej fantastyki”, takiej „dobrej literatury” pożerają w tej chwili piwniczne myszy? Czego nie mogę kupić dokładnie dlatego, że z wyroku jakiś samozwańczych sędziów – o których kiedy indziej – „się nie sprzeda”? Przygnębiające pytanie.

Dlaczego tak jest? Czy nie dlatego przypadkiem, że Adam, że Paweł, że jeszcze kilku innych, słupków nie podniosą? Bo zwracają na siebie uwagę zaledwie naszej garstki, czytaczy wiernych i… wymagających. Czytaczy czytających, a nie sylabizujących pracowicie w pocie czoła, by potem równie pracowicie wrzucić, co mają na wątrobie (w głowę nie uwierzę), na Lubimy Czytać? My, czytacze, musimy przegrać z tłumem, o który wszyscy tak się troszczą, żeby mu „Twarzy Greya” i „Harry Potterów” przypadkiem nie zabrakło. No rzesz k…wa mać, pomyślcie ludzie, na co skazuje nas walka o „podniesienie poziomu czytelnictwa”. Jak was o to bardzo, ale to bardzo proszę.

Na szczęście dokonywane od paru lat rok po roku badania „czytelnictwa masowego” coraz dobitniej udowadniają, że im więcej ktoś tam na górze wyda grantu celowego na rozmnożenie szkodnika, tym skuteczniej tego szkodnika tępi, niech go i Pan Bóg wynagrodzi za to zbożne dzieło. Niech żyją analfabeci, żyją i mnożą się z państwową pomocą! Im więcej ich jest, zwykłych, uczciwych, tym mniej jest bowiem masowych konsumentów treści drukowanych w formie książkopodobnej. Skoro fałszywe jest twierdzenie o prostej drodze od „S.T.A.L.K.E.Ra” do „Pikniku na skraju drogi” i od „Czarnego” do „Czarodziejskiej góry”, to rasa „czytelnika masowego” jest nie do udoskonalenia, może się tylko degenerować. I na szczęście degeneruje, czego widocznym już jasno objawem jest zmniejszające się stale zapotrzebowanie na intelektualny odpowiednik McDonaldowego hamburgera z frytkami rano, w południe i wieczorem, w świątek, piątek i niedzielę.

Zmniejszający się stale przelicznik pożal się Boże książki na pożal się Boże głowę.

I może jeszcze za moich czasów dojdzie do tego, że konkurencja dla mnie i mnie podobnych czytaczy de facto zniknie. Przestanie być ciężarem „na rynku”. Im mniej będzie ich, tym więcej – proporcjonalnie – będzie nas. Co wymusi produkcję na potrzeby czytacza, wiernego książce, wiedzącego, do czego książka służy, umiejącego rozpoznać i nazwać jej zalety i wady. Umiejącego wymagać, a nie tylko dawać się biernie łechtać „literaturą pięciu palców”, jak ją celnie nazwał Maciej Parowski.

Póki życia, póty nadziei.

Że co słyszę? Że to się nie opłaci? Spokojnie, komuś się opłaci. Opłaci się temu, kto raptem stanie przed alternatywą: albo rzucam produkcję produktu książkopodobnego i wydaję książki, albo zgłaszam się po kilka złotych do Mordoru na Domaniewskiej. No, można jeszcze dostać 12 zeta na godzinę w firmie ochroniarskiej. Zasiłek też można.

A potem okaże się pewnie, że redukcja paranoicznej liczby tytułów zwiększa nakład tych grzechu wartych, że książka może „żyć na rynku” dłużej niż półtora miesiąca, nawet dłużej niż rok i że niewielki, dobrze rozpoznany „target” pozwala zmniejszyć liczebność komórek rakowych w systemie, a bywa ich, w postaci marży hurtownika, aż 70%. I że nie trzeba nawet przesiąść się do komunikacji miejskiej, bo skoda też samochód i to nawet, podobno, niezły.

Krzysztof Sokołowski Zapisz

PODZIEL SIĘ