Requiem dla Nidzicy

Tegoroczny festiwal fantastyki w Nidzicy z siedzibą w Mierkach zdominowały trzy wydarzenia. Podczas czwartkowego wieczornego „ogniska z poczęstunkiem” po kwadransie zabrakło poczęstunku. Co się stało z chlebem pozostaje niejasne, brak kiełbasek wzburzony Wojtek Sedeńko wyjaśnił zaś tym, że było ich „dokładnie tyle co uczestników” i wszystkiemu winne są dzieci, które jednostki poczęstunku gubiły w ognisku. Niniejszym wyrażam nadzieję, że dziecięca trauma wynikła ze świadomości, że ciocie i wujkowie „przeze mnie” poszli spać na głodniaka, nie położy się cieniem na dorastaniu tych, z których przodkami kilka Nidzic wstecz tak świetnie bawiłem się w kalbornijskiej wiacie.

Dzieciom na szczęście można wytłumaczyć, że kolacje są szkodliwe dla zdrowia. 

Im wcześniej zaczniemy, tym lepiej.

Jak każdy, fan także uczy się na błędach. Następnego dnia zapobiegliwa imponująca, niespokojna kolejka oczekiwała początku „Biesiady Warmińsko Mazurskiej” na długo przed programową godziną 19.30. Na wieść o tym, że biesiada nie zacznie się przed 20.00 niepokój wzrósł, a zakaz zbliżania się do stołów wywołał rozruchy. Doszło do przepychanek, na szczęście drobnych: padły grube słowa i ktoś komuś przekrzywił okulary na nosie. Przegrany wyszedł ze starcia tylko samozwańczy prezio komitetu kolejkowego, nie mający, jak się okazało, tyle autorytetu ile sobie uroił, że ma. Wygrana wyszła ze starcia tylko drobniuteńka wegetarianka, której błyskotliwy intelekt pozwolił zaopatrzyć się w trawy tak jakoś sprytnie, że prezio nic nie zauważył. Dominika paradowała później dumnie z pełnym talerzem – pierwsza wegetarianka w historii, odprowadzana zawistnym, GŁODNYM wzrokiem mięsożerców.

Ale i mięsożercy dorwali się w końcu do bufetu oferującego udka kanarka, w Biedronce udające kurczakowe, rozklepaną na milimetr grubości rozległą karkówkę, kiełbaski drugiej świeżości, bliżej nieokreśloną pastę owiniętą w nieekologiczny plastik, a także dostatek smalcu i pieczywa z dodatkami. Wszystko to smakowało identycznie. Biedronką. Jak na Warmię i Mazury przystało, obecności ryby na stołach nie stwierdzono. Na wspomnienie kilku rodzajów pysznej kalbronijskiej kilku sentymentalnych (w tym ja) uroniło obowiązkową łezkę. Bez sensu, wilgoć w te upały jest przecież bezcenna.   

Trzecim wydarzeniem dominującym festiwal było forum nidzickiego /?/ minifandomu 1.0 na którym organizator poinformował, że nidzicki zamek zorganizować festiwalu nie może i nie chce, Kalbronia jest na festiwal za mała i nie chce, a prawdziwe tygrysy lubią wyłącznie Mierki, dla których nie ma alternatywy. Następnie zarządził głosowanie: Kalbronia/Nidzica czy Mierki. Fakt, że zauważalna mniejszość uczestników głosowała jednak za Nidzicą można w tej sytuacji skwitować tylko pogardliwym:

„Ot, fandom”.

 

No dobrze, ale jakie w takim razie są te Mierki? Oto garść obserwacji.

Mierki są imponujące. Po prawej od bramy wjazdowej minimum trzy pomosty wybiegają w jezioro, które – tłumaczył Wojtek Sedeńko w mojej obecności – „o tam, gdzie wzrok nie sięga”, łączy się z większym jeziorem i jest o wiele większe niż w Kalborni, chociaż na to nie wygląda. Po lewej stoi zaś betonowy kloc słusznych rozmiarów, oddających pełnię sprawiedliwości budowlanemu rozmachowi Polski epoki socu.

Kloc mieści wszystko: pokoje, knajpy, sale i księgarnię, i zostaje jeszcze dużo miejsca na więcej. W pionie poruszamy się po klocu windą. W poziomie przydałyby się ruchome chodniki, ich brak uznaję za zdecydowany minus.

O tak zwanym w języku fandomu „zakwaterowaniu” nie mogę powiedzieć wiele (sądząc z plotek i publicznych enuncjacji gościa, Jarka Grzędowicza, to standardowe dupy nie urywa). Mieszkałem w drugim klocu, w tzw. apartamencie dwuosobowym. Apartament taki składa się z dwóch pokoi. W tym większym stoi kanapa długości około 150 cm. (nie dająca się rozłożyć), stolik 50×50 cm., doskonały na laptop do 13.3 cala, słownie jedno krzesło, na którym nie wysiedzisz kwadransa, żeby nie łyknąć ketonalu na storturowany kręgosłup, oraz trzy identyczne szafki. Wyposażenie stanowi kobylasty telewizor Manta, kobylasty kapryśny, antyczny czajnik elektryczny, lodówka wielkości bardziej czajnika niż telewizora oraz zlew. Mniejszy pokój – sypialnia – może pochwalić się dwoma łóżkami szerokości standardowej marynarskiej koi na żaglowcu, przedzielonymi szafką, żeby parze rozkosze wisceralne nie zakłócały obowiązkowych intelektualnych. Koi nie zestawisz, są ciężkie jak przyśrubowane do pokładu. Kanapa jako się rzekło, ma długość jaką ma, ale w sumie nie należy narzekać – jak na zlot fantastów (i fantastek) przystało, kto mógł ćwiczył wyobraźnię 24 godziny na dobę.

Luksusów dopełnia łazienka z toaletą oraz osobna toaleta z umywalką, wyposażone łącznie w około tuzin małych ręczniczków, jedno jednorazowe mydełko w folii i jeden kubeczek do zębów też w folii. Żyć nie umierać! Oczywiście jeśli przeżyje się rachunek, który za długi weekend w mierkowych luksusach spokojnie przekracza 1.500 zł na parę.

Tak zwane „wyżywienie” tyko wzmacniało wynikłe z obserwacji zewnętrza i apartamentowego wnętrza obiektu silne przekonanie, że oto znaleźliśmy się w wysokiej jakości pierdlu zdolnym po kilku kosmetycznych poprawkach zadowolić samego Breivika, z pięknym dłuuugim betonowym spacerniakiem, za którym gdzieś tam zaczyna się coś nieco podobnego do kalbornijskiego lasu.

Śniadania w cenie okazały się obfite do wypęku i proste jak konstrukcja cepa. Kiełbaski i jajecznica, rozmaite zimne mięsa (rzeczywiście zimne, jak jajecznica i kiełbaski), trzy rodzaje żółtych serów i ze dwa pieczywa… wszystko miało ten sam smak. Z Biedronki. Ten sam smak miała nawet kawa. Ten sam smak miały też dania do kupienia w restauracji, to znaczy te, które nie były trzeciej świeżości. Podobno parę nie było, ale mnie po jednej próbie opanowała dokuczliwa choć łagodna biegunka, więc tematu dalej nie badałem, a tę informację podaję z trzeciej ręki.

O programie, który z informatora uczynił książeczkę do nabożeństwa pana Podbipięty (dziwne w materii pomieszanie) trudno mi powiedzieć cokolwiek, bo w nim nie uczestniczyłem. Po jednej wizycie w sali „Leśnej”: niskiej, ciemnej, klaustrofobicznej, totalnie pozbawionej powietrza, a mimo to śmierdzącej chlorem z basenu piętro niżej, powiedziałem: „dość”. Zajęcia kulturalno – oświatowe odpuściłem, ryzykując negatywną ocenę strażników. Cóż poradzę, że nidzicki zamek pamiętam jako cienisty, chłodny, jak najbardziej w taką pogodę przyjaźnie klimatyczny?

Nic.

Co nie zawiodło nawet w Mierkach to oczywiście towarzystwo.

Nie zawiodło podwójnie. W sensie tak zwanym pozytywnym: oprócz zacieśnienia starych przyjaźni była okazja zawrzeć nowe, do tej pory zaledwie wirtualne; nie wiem, kto na tym więcej zyskał: ja osobiście czy ja jako Fenix. W sensie negatywnym towarzystwo też nie zawiodło: przez cały pobyt zanotowałem obecność słownie jednego komara. Proszącego o łaskę szybkiej śmierci, której mu też udzieliłem.

I oby tak dalej… w sensie komarów, rzecz jasna.

Krzysztof Sokołowski.