Czytane z doskoku: „Świątynia na bagnach” Michała Gołkowskiego

Purystom wolno kręcić nosem i narzekać, że fantasy Gołkowskiego to nie jest żadna fantasy. Że świat ma niedorobiony jak pucla, wyrzucona z pudełka na podłogę i zostawiona tak, niech leży. Że bohaterowie mają cały wdzięk ludzików ulepionych z modeliny. Że po stwardnieniu zostają niezmienni, po kwadransie zachwytów odstawia się ich na półkę do foci na facebookową grupę, a potem niech porastają kurzem i pajęczynami aż do świątecznych porządków. Że ta fantasy nie jest jak czcigodny bigos, tylko jak groch z kapustą, do którego dorzucono kawałki tuszonki ze stalkerskiej konserwy, kilka suszonych śliwek i podgrzano piętnaście minut przed spożyciem na letnio.

Jest w tym coś z prawdy. Gołkowski pisze książki w tempie tom na minutę pięć, więc nie ma czasu bawić się w kompletne światy i zaświaty, ani w pasujących do nich trudnych bohaterów o niejasnym pochodzeniu, wielkich możliwościach i ze skazą w życiorysie. Imperia wojujące o kontynenty, sprytni szpiedzy pod łóżkami pięknych księżniczek swobodnych obyczajów, dworskie intrygi, misje ambasadorów i machinacje kupców to nie jest jego mocna strona… najłagodniej mówiąc. Po cholerę mu „Spiżowy gniew” i „Bogowie pustyni”, skoro może pisać takie „Świątynie na bagnach”, tego nie zrozumiem do końca świata i jeden dzień dłużej. Na szczęście nie muszę.

 

„Świątynia na bagnach” czyta się przyjemnie i bez poczucia marnowania czasu właśnie dlatego, że nie jest tym, czego się czytelnik podświadomie po Gołkowskim spodziewa. Jej świat jest malutki: lasy, pola, jakieś bagienko tu i tam, można go przejść od wschodu do zachodu słońca z przerwą na lunch. Jest znajomy: ot taka typowa prasłowiańszczyzna, albo może Prusy lub Jaćwież, i ciągle pada w nim deszcz, chyba że pada śnieg. Znamy to, znamy, tego świata nie trzeba nam sprzedawać, a sprzedawanie obcych uniwersów egzotycznych arcypotęg wychodzi Gołkowskiemu nie najlepiej – na końcu zawsze dostajemy zamki z piasku.

Ten mały swojski światek zaludniają mali swojscy ludzie. Ich też dobrze znamy z memów i agroturystyki. To wieśniacy, od pokoleń zasiedzeni w swych wiochach. Rządzeni przez godnych sołtysów wojują sobie czasem z sąsiednią wiochą lub w dwie wiochy kumają się przeciw trzeciej, ale to rutyna. Taka gmina, w której ktoś tam kogoś czymś zarzyna, albo ktoś z kimś pije na umór. Nieważne, ważne, że zasiane i zebrane jest na czas, i idzie jakoś przeżyć zimę… nawet jeśli tajemniczy leśni najeźdźcy puszczą komuś czerwonego kura. To też jest tradycja, a tradycja, jak wiadomo, święta rzecz

 

Gołkowski wreszcie pisze o tym, na czym się zna, jak my wszyscy. Przedstawia jedną wieś, w której młody sprytny przybysz wprowadza zmianę w rutynie codzienności. Mianowicie odnajduje Zahreda z jego nieodłącznymi muchami i czyni z niego boga – ofiarę, którego regularnie raz na rok katrupi się by znów zmartwychwstawał, zapewniając ofiarą krwi urodzaj i płodność bab. Nieznośnie nudny super-Zahred usunięty zostaje w ten sposób z pierwszego planu – i to jest największa zaleta „Świątyni na bagnach”. Muchy mają w naszym klimacie krótki okres połowicznego rozpadu więc super-Zahred znika za horyzontem zdarzeń, dając pożyć na kartach powieści zwykłym szarym ludziom, zrozumiałym, budzącym u czytelnika znajome, ludzkie uczucia. Jednocześnie, jako nowość i przez to czynnik kulturotwórczy, Zahred nawet z tła inicjuje zmiany. Może trochę szkoda, że Gołkowski uciekł od tematu przekształcenia organizacji rodowej w zalążek państwa z pomocą scentralizowanej religii, na co się w pewnym momencie zanosiło. No ale uciekł. Niech i tak będzie.

Zmiana kulturowa zainicjowana przez super-Zahreda wbrew jego woli, bo wolałby raczej pożyć, realizuje się w „Świątyni na bagnach” przy pomocy czynnika feministycznego: pięknej niezależnej córki sołtysa, co migiem, kopem i ziołem przerobi na impotenta każdego napalonego faceta. Każdego oprócz… tak, oczywiście, zgadliście.

 

Co ma tam nawet pewne plusy. Wielkim patriotycznym plusem jest mianowicie to, że my, Słowianie (Prusy, Jaćwingi, niepotrzebne skreślić) uczłowieczyliśmy nawet super-Zahreda. Kiedy już ruszy w drogę dokonywać właściwych mu podbojów  (a nie mamy wątpliwości, że ruszy, w zapowiedziach są kolejne tomy) ruszy w nią Zahred po ludzku zapatrzony w turbotyłek naszej praprzodkini. Ona powiedzie go na manowce i wyprowadzi z manowców na uroczą nadbałtycką plażę, na którą już czekają… przygody.  

Jestem za. Można mieć gorszych przodków, trudno lepszych.

 

„Świątynię na bagnach” przeczytałem z doskoku. Wcisnąłem ją między lektury obowiązkowe i wcale tego nie żałuję. Doczytałem ją do samiuteńkiego końca z uczuciami podobnymi do tych, z jakimi od czasu do czasu powracam do Conana… i jego Valerii. Ze sporą przyjemnością i odrobiną nostalgii. Doprawdy szkoda, że takie bakalijki trzeba pracowicie wydłubywać z zakalca.

 

Krzysztof Sokolowski­­