Z nazwiskiem Harlana Ellisona pierwszy raz zetknąłem się na liście płac serialu „Babilon 5”, który do dzisiaj pozostaje moją ulubioną space operą wszechczasów. Początkowo wiedziałem tyle, że jako konsultant kreatywny odgrywał ogromną rolę w pracach nad serialem i że ponoć był autorem czegoś, co nazywano „biblią Babilonu 5” ‒ zbioru wytycznych do tworzenia scenariuszy. Jego nazwisko utkwiło mi w pamięci ‒ facet, który miał tak istotny wkład w jeden z najlepszych seriali fantastycznych, musiał być kimś wyjątkowym.

Jakiś czas później Krzysiek Sokołowski pożyczył mi dwa zbiory opowiadań Ellisona w oryginale ‒ „I Have No Mouth and I Must Scream” oraz „Paingod and Other Delusions”. Będę mu za to wdzięczny po wsze czasy, a zaufał mi tym bardziej, że były to egzemplarze z autografami. Lektura tych dwóch tomików to był skok na bardzo głęboką wodę. Moja znajomość angielskiego była wtedy już wystarczająca, żebym zrozumiał ogólną treść i docenił styl opowiadań, chociaż równocześnie stanowiły one dla mnie ogromne wyzwanie. Kiedy niedawno tłumaczyłem jeden z tamtych tekstów na polski do „Nowej Fantastyki” („Złudzenia dla smokobójcy”, „NF” 10/2017), przeżyłem to doświadczenie ponownie ‒ aby w przekładzie oddać sprawiedliwość frazie i językowej pomysłowości Ellisona, musiałem się miejscami mocno nagłówkować. Jednak nie tylko same opowiadania wywarły na mnie wrażenie, ale także ich oprawa ‒ bowiem przedmowy i wprowadzenia do opowiadań, którymi ten pisarz uzupełnia swoje zbiory opowiadań, także mają swoją moc. To samo zresztą tyczyło się „Niebezpiecznych wizji” ‒ najważniejszej antologii science fiction w historii tego gatunku, której Harlan Ellison był redaktorem: tu również jego wprowadzenia do utworów takich klasyków jak Dick, Zelazny, Aldiss czy Silverberg, to prawdziwe perełki (najlepsza z nich to historyjka o Joe Hensleyu).

Kolejne zasługi Ellisona dla fantastyki odkrywałem od przypadku do przypadku, potykając się o jego nazwisko w zaskakujących miejscach.

Dowiedziałem się, że stworzył scenariusz najlepszego odcinka w dziejach wszystkich „Star Treków” („City on the Edge of Forever”). Że był inspiracją dla twórców „Terminatora” i „Matrixa”. Docierały do mnie też inne opowieści o nim i o jego trudnym, wybuchowym charakterze, które w sumie całkiem dobrze komponowały się z obrazem jego twórczości. Na rynku amerykańskim Harlan Ellison jest bowiem kimś na kształt enfant terrible fantastycznego środowiska. Nie da się przejść obok niego obojętnie, nie da się go po prostu lubić. Albo się go kocha, albo nienawidzi, a chyba najczęstszą reakcją jest coś, co po angielsku ładnie nazywa się „love-hate relationship”.

Wszystkie te kawałki informacji, opowiadania, anegdoty składały się w mozaikowy obraz nietuzinkowej, wybitnej postaci i nie mogłem zrozumieć, jak to możliwe, że w Polsce ktoś tego formatu jak Harlan Ellison jest tak mało znany. Postawiłem sobie za punkt honoru, żeby to naprawić; przez długie lata zabiegałem o zdobycie jego opowiadań dla „Nowej Fantastyki”, namawiałem znajomych wydawców na wydanie jego twórczości. I wreszcie się udało. Cóż, Ellison nie jest jedynym upartym facetem wśród fantastów.

„Złudzenia dla smokobójcy” to jedno z moich ulubionych opowiadań fantastycznych wszechczasów; oryginalna baśń z morałem, chociaż niezwykle przewrotna. Przeciętny księgowy, Warren Griffin Glazer, umiera i zostaje poddany próbie charakteru, która bezlitośnie obnaża jego przywary. W obliczu szansy na upragniony raj okazuje się zapatrzoną w siebie kanalią. Człowiekiem, który nie był dobry z natury, z potrzeby serca, a tylko dlatego, że w jego dotychczasowym nudnym, zrutynizowanym życiu nie zaistniały okoliczności, w których jego złe cechy mogłyby dojść do głosu. To opowieść o tym, jak władza, poczucie siły i wyższości potrafią wyzwolić w ludziach najniższe instynkty. O tym, że należy uważać na to, o czym marzymy i że nasze marzenia nie powinny krzywdzić innych. I o tym, że niebycie złym nie znaczy jeszcze, że jest się kimś dobrym ‒ może po prostu nasza ciemna strona nie miała okazji się ujawnić i dlatego zawsze trzeba mieć się przed nią na baczności.

 

Jerzy Rzymowski

[dla tego wpisu włączone są komentarze]