Nie, nie kończymy starego roku strzałem z grubej rury. Stary rok skończymy sobie za tydzień, dwa, na luzie i z uśmiechem, żeby nowy też się do nas uśmiechał na luzie. Ale aż trzy z pięciu już zaplanowanych notki będą (zapewne) o książkach nie całkiem zwykłych, nie mieszczących się w ramach i uciekających konwencji, więc może najpierw słówko o konwencji? Takie prywatne, wirtualne świąteczne porządki?

No dobra, lecimy z tematem. Co to znaczy „czytać”, kto chce, już wie. A jeśli jeszcze nie wie, to może się dowiedzieć tutaj. Radzę zajrzeć, bo wpis interesująco komentowali Kruk i Aga Shee, która nawet, jak mi się zdaje, częściowo się ze mną zgodziła. Zdumiewające, prawda?

Najwyższy czas powiedzieć sobie teraz, co czytamy, kiedy to, co czytamy, nazywamy „fantastyką”. Więc musi być trochę o definicjach, ale ze śmiechem – a ja też śmieję się z definicji fantastyki – proszę chwilę zaczekać. Najpierw zastanówmy się, czy definicja fantastyki jest komuś do czegoś potrzebna.

#

Otóż, jeśli się nad tym zastanowić, nie. W zwykłej, codziennej tzw. sytuacji czytelniczej, definicja fantastyki potrzebna jest nam jak psu piąta noga. Nazwisko autora i jego wcześniejszy dorobek, jeśli go ma, tytuł***, wydawca, reklama społecznościowa i szeptana, własna wiedza wreszcie – to wystarczy, by uznać coś za fantastykę (lub nie) i swobodnie sobie na ten temat porozmawiać, w fandomowym gronie. Problem pojawia się dopiero wówczas, gdy komuś ambitnemu chce się przez ambicję powiedzieć coś ambitnego o tym, co ambitnie przeczytał. Poczujesz konieczność błyśnięcia głęboką refleksją (blogaski są ich pełne) typu: „Jego (jej) fantastyka przekracza granice…”, albo „byłaby to typowa fantastyka, gdyby nie…” i… klops. Wstyd, bezradność, ból klawiatury, zgrzytanie zębów. W chrześcijańskiej atmosferze Świąt Bożego Narodzenia linków nie będę wrzucał, i tak każdy zna temat.

Niestety, żeby o fantastyce coś POWIEDZIEĆ, a nie tylko o niej „porozmawiać”, musimy mieć definicję. Jedną i koniecznie sensowną. Bez tego ani rusz. Czy jest tu ktoś, kto nie wie, co to Wieża Babel?

Spocznij, wolno się śmiać. Najlepiej sami z siebie się pośmiejmy, bo przecież definicję fantastyki już mamy (jest podana wyżej)… tylko jeszcze o tym nie wiemy. Żeby rozpoznać fakt jej istnienia, zobaczyć błysk wymarzonego złota, trzeba najpierw przecedzić złotonośny piasek na gęstym sicie. A jest tego piasku więcej, niż byśmy chcieli, bo angielska wiki rejestruje nie mniej niż trzydzieści trzy definicje samej „science fiction”, a wszystkie wzajemnie sprzeczne. Akcja musi toczyć się w przyszłości, ale może w teraźniejszości, przeszłości, lub „czasie alternatywnym”. Musi zawierać element eksploracji kosmosu, ale może go nie zawierać. Musi odwoływać się do nauki, ale chwila, nie, wcale nie musi, a w każdym razie nie bardziej, niż „Czarodziejska góra” do nauk medycznych swej epoki. Dodajmy do tego fantasy i horror, dodajmy te nieszczęsne mieszanki (komiczne debaty, czy „Pan Lodowego Ogrodu” nie jest przypadkiem „fantasy”, bo ma „Wikingów”, pamiętamy wszyscy) i… koniec świata. Ba, gorzej niż świata, bo porozumienia! Przecież dla każdego twierdzenia, wypowiedzianego najgorętszym „sercem”, równie prawdziwe jest twierdzenie wręcz przeciwne. Wypowiedziane innym „sercem”, uważającym się za równie gorące… a kim jesteśmy, by ocenić temperaturę serca? Z sercem się nie dyskutuje.

Ubaw po pachy. Cokolwiek komukolwiek zabłyśnie na sicie, ten ktoś nazywa złotem. Jest bogaczem z własnego nadania… i niczyjego innego. Jeśli nawet otoczy go zgraja wiernych wielbicieli jego wyimaginowanego bogactwa, chleba mu to przecież nie kupi.

#

Ale chwila moment! Czy nie zaczęliśmy od tego, że tak normalnie, „w fandomie”, z pogadaniem na temat nie ma problemu, a spory zasadniczo-definicyjne nie budzą przesadnych emocji. Więc?

Wiec może nazywać fantastykę fantastyką nie dlatego, że jakaś książka, Z GÓRY nazwana „fantastyczną”, zawiera w świecie przedstawionym coś typu „rakiety kosmicznej”, albo „maszyny czasu”? Zwłaszcza, że inna „fantastyka” w swym świecie przedstawionym wcale ich nie zawiera? Dlaczego nie pójść znanym przecież, ale konsekwentnie ignorowanym tropem Damona Knighta? Dlaczego, zamiast definiować fantastykę „od wewnątrz”, po materii książkowej, nie zdefiniować jej „od zewnątrz” – od czytelnika?

Czemu mamy nie powiedzieć sobie: FANTASTYKA TO COŚ, NA CO, WSKAZUJĄC JĄ PALCEM, LUDZIE MÓWIĄ: „TO JEST FANTASTYKA”.

Innymi słowy: tak, czytelnicy, to wy decydujecie, czym jest to, co czytacie, już fantastyką, czy jeszcze nie. To wy wydajecie wyrok i przeprowadzacie egzekucję. Jeśli chcecie, żeby „Kocham cię, Lilith” Radka Raka nie było fantastyką, a „Puste niebo” nią było, to TAK JEST. Choćby wasza decyzja opierała się wyłącznie na tym fundamentalnym fakcie, że „Puste niebo” wydał kojarzony z – niekoniecznie prostą, niekoniecznie łatwą – fantastyką Powergraph i choćbyście „Lilith” (Prószyńskiego – a nie, to nie) nawet nie przeczytali (bo o po co, skoro to nie fantastyka”)?

Choćby wszystkie wasze decyzje podejmowane były w oparciu o tak merytoryczne kryteria. Zresztą – najczęściej bywają.

Definicja „od czytelnika”, „od fandomu”, ma rozliczne zalety. Przede wszystkim jest jedna. Po drugie, dobrze opisuje zjawisko, jest dobrze przetestowana w praktyce i dobrze się w praktyce sprawdza. Po trzecie, jest niesprzeczna z innymi trzydziestoma dwiema (i więcej) definicjami, tylko je w sobie zawiera i/lub ma je w głębokim poważaniu, na które zresztą zasługują. Wyjaśnia także, choć nigdy do końca, wszelkie problemy przeróżnych „pograniczy” – książka jest tym bardziej pograniczna, im bardziej fandom nie wie, co o niej powiedzieć tak, żeby miało to jakiś sens (najczęściej powtarza coś wówczas za kimś, jak za panią matką, na przykład: „realizm magiczny”). Tłumaczy też modny fenomen „postfantastyki” – postfantaści to fantaści, których fandom (jako społeczność) przestał czytać. Oddał „innym”, niech się „inni” martwią.

I tak dalej.

Definicja socjologicznoliteracka: „od czytelnika”, ma też, oczywiście, swoje wady. Jest na przykład synchroniczna. Burroughs (ten od Marsa) i Oramus, jeśli zostali wydani przez jednego i tego samego „wydawcę fantastyki” w pomijalnym odstępie czasowym, są dla fandomu TYM SAMYM… a przecież wiemy, że nie są. Gubi coś, czego nie wolno nam zgubić: następstwo zdarzeń w czasie, ewolucje i rewolucje, ze wszystkimi ich konsekwencjami. Na szczęście co jeden pisarz pominął, to drugi uzupełnia. W tym wypadku Knighta uzupełnił Harlan Ellison słowami: „Najpierw pisarz tworzy gatunek, a potem gatunek tworzy pisarza”. Ale „lokomotywy i hamulcowi fantastyki” – tytuł, jak widać, już jest – to inna, bardzo elegancko skomplikowana, historia.

#

Podobnie jak inną historią jest popełniana przez fandom jako wyrocznię fantastyki „zbrodnia wykluczenia”, którą też zamierzam się zająć. Zbrodnia uznania za fantastykę „Miasta szaleńców i świętych” VanderMeera, ale nie „Chwały Cesarstwa” d’Ormessona, „Limes inferior” Zajdla, ale nie „Małej Apokalipsy” Konwickiego (na co skądinąd skarżył się w druku Marek Oramus). Zbrodnia nie uznania za „film fantasy” „Siódmej pieczęci” Bergmana – mającej przecież wszystkie cechy dystynktywne fantasy – i nie uznania za „apokalipsę SF” „Ofiarowania” Tarkowskiego: pięknej historii o zapobieżeniu apokalipsie.

Winnych poszukamy, z pewnością nie trzeba ich szukać daleko. Być może okaże się, że winne jest, jak zwykle, „prawo Sturgeona”: 90% fandomu też jest g… warte, a skoro jego 100% decyduje o fantastyce, to…

Roboczo jestem skłonny uznać tę odpowiedź za najsłuszniejszą. Ale do tematu wrócę. Autorzy „prawdziwych fantastycznych bestsellerów”, chwalący się publicznie świetnymi wynikami sprzedaży, mają chwilę czasu na przygotowanie obrony.

Krzysztof Sokołowski
CDN

***proszę koniecznie przeczytać znakomity i budzący nie lada emocje (o wybuchach śmiechu nie wspomnę) traktacik „Siedem grzechów głównych polskiej science fiction”. Można go znaleźć w „Wyposażeniu osobistym” Marka Oramusa. To jest coś, co nigdy się nie zestarzeje.

[dla tego wpisu włączone są komentarze]

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

PODZIEL SIĘ