Tylko o ludziach warto pisać. Ludziach. Istotach ludzkich. Mężczyznach i kobietach, indywidualnościach, które trzeba stworzyć linijka po linijce, obraz po obrazie. Jeśli to ci się nie uda, cała praca na nic”.*  

Urodzony Don Kichot…  

#

…a poza tym pisarz. Scenarzysta. Krytyk literacki, filmowy i telewizyjny; to od krytyki telewizji zaczynał dwoma „Szklanymi cyckami” („The Glass Teat”, 1970, „The Other Glass Teat”, 1975). Dziennikarz. Uniwersytecki wykładowca i częsty niegdyś gość talk-shows. Czasami wynoszony pod niebiosa, czasami wdeptywany w glebę, najczęściej jedno i drugie, naraz i za to samo. Opowiada się o nim legendy, z których wiele sam wykreował… a jest też wśród nich wiele „legend prawdziwych”. W 1954 roku naprawdę był przez dziesięć tygodni członkiem gangu w jednej z najniebezpieczniejszych wówczas części Brooklynu; nie wydaje się całkiem nieprawdopodobne, by naprawdę walczył wówczas na noże. W 1958 roku opublikował swą pierwszą powieść, „Web of the City” (tytuł alternatywny: „Rumble”) naprawdę napisaną podczas służby wojskowej, prawie całą w wojskowym kiblu, z maszyną do pisania na kolanach. I tak, owszem, choć sławę zawdzięcza pisarstwu zakwalifikowanemu do mgławicowej nieco kategorii fantastyki naukowej, naprawdę wcale nie od niej zaczynał i jeden diabeł wie, czy na niej skończy. 

Innymi słowy o Harlanie Ellisonie jedno możemy powiedzieć uczciwie: wiemy, że wiemy o nim bardzo niewiele, a nic na pewno. Och, oczywiście, stosunkowo łatwo sporządzić inwentarz, poszufladkować co napisał, opublikował i kiedy, choć i tę pracę pisarz utrudnił jak mógł, wydając pojedyncze opowiadania kilkakrotnie, w różnych zbiorach i w dodatku z poprawkami, tak że czasami nie sposób dojść, który tekst jest „wersją ostateczną”. Niemniej warto się starać i Internet pełny jest różnego rodzaju bardzo pomocnych dla krytyka efektów tych starań. 

Problem w tym, co dalej. 

#

„Jeśli sprawisz, by ludzie myśleli, że myślą, to cię pokochają, lecz jeśli zmusisz ich do myślenia, to cię znienawidzą”.  

De gustibus non disputandum est, ale ja osobiście nie widzę innego sposobu niż obranie Harlana Ellisona jak cebuli. Mimo iż, co celnie wypunktował w „Danse Macabre” Stephen King, dzieło i autor są ze sobą tak związani, że nie sposób ich rozwiązać, nie zajmę się tropieniem w twórczości Ellisona motywów autobiograficznych, choć ich przetworzenie bywa i ważne, i nawet fascynujące. Nie interesuje mnie też, a przynajmniej nie w tej chwili, tzw. „całość dorobku”, choćby wyłącznie literackiego. Pozostanę przy kilku zaledwie tekstach, tych uważanych powszechnie – w tym przeze mnie – za jego osiągnięcia najbardziej znaczące i/lub charakterystyczne. Zdaję sobie sprawę z subiektywności takiego podejścia ale, jak wspomniałem, Ellison ciągle jest i być może na zawsze pozostanie enigmą. Ten węzeł gordyjski należy przeciąć, inaczej nie ruszymy z miejsca. 

Gatunek tworzy rynek, a potem rynek tworzy gatunek. 

Jak każdy z jego współczesnych, wyprodukował Ellison wiele dzieł słabych i słabszych. Stosunkowo łatwo jest rozpoznać ich grzech pierworodny: powstały z prostej potrzeby zarobienia pieniędzy. Były drogą do realizacji marzenia jego i jemu współczesnych: żyć z pióra, od razu, natychmiast, a w każdym razie najszybciej jak to po ludzku możliwe. Nie da się tego dokonać rozpisując na orkiestrę „co w duszy gra”, obnosząc się z „powołaniem”, hodując od ziarenka wątłą roślinkę przyszłego arcydzieła, by owoce ciężkiej pracy zebrać w wieku Cormacka McCarthy’ego. Nie, towar trzeba produkować szybko, w dużych ilościach i natychmiast „rzucać go” na możliwie najlepiej rozpracowany rynek. Sprzedawać. Kosić kasę. Jest rzeczą bardzo charakterystyczną, a za rzadko braną pod uwagę, że w pokoleniu Ellisona dzieł pióra nie nazywano „stories”. Mówiono o nich „sales”. „Story”, opowiadanie, było zaledwie półproduktem, liczyła się „sale”, sprzedaż. Pojęcie jakości „story” nie pełniło funkcji wartościującej, liczyły się tylko „sales”, bo to one płaciły rachunki. Długoletni najbliższy przyjaciel Ellisona, Robert Silverberg, doprowadził to rozróżnienie tak daleko, że części „sales” nawet nie ocopyrightował. Znalazły się one w domenie publicznej i bywają wykorzystywane, co autora żenuje do tego stopnia, że nie chciał ze mną o nich choćby porozmawiać. Uciął temat bardzo, jak na niego, zdecydowanie. Uwagą, że nigdy nie przypuszczał, że świat zwariuje do tego stopnia, by uznać je za w jakiś sposób interesujące, choćby jako curiosa.**

#

“Świat zmienia się w gnojówkę pełną kretynów”.  

To powiedziawszy, za chwilę przyjrzymy się pierwszemu znaczącemu opowiadaniu fantastycznonaukowemu Harlana Ellisona: „’Repent, Harlequin!’ Said the Ticktockman” (1965, różne tłumaczenia tytułu na język polski rejestruje encyklopediafantastyki.pl w haśle „Harlan_Ellison”). W momencie, gdy ukazało się ono drukiem, Ellison był już pisarzem znanym… z czterech książek o ulicznych gangach i przestępczości nieletnich, jednej z pierwszych „rock and roll novels”, zbioru opowiadań „głównonurtowych”… i jednego zbiorku SF. Fantastyka naukowa nie była jego pierwszym literackim wyborem. Co więcej, decyzja by żyć z pisania akurat fantastyki wydaje się dziwić u autora zainteresowanego przede wszystkim rejestrowaniem bolączek otaczającego nas świata. Przestaniemy się dziwić gdy uświadomimy sobie że, po pierwsze: SF doskonale definiuje się według odbiorców, czyli jest rynkiem na którym (do dziś) można się wygodnie umościć i po drugie: jest typem literatury wyjątkowo elastycznym. Dowolne dzieło zalicza się do niego na zasadzie consensusu, w niemal całkowitym oderwaniu od zawartości. W grubej większości najlepszych opowiadań Ellisona SF jest jak makijaż: rzuca się w oczy, ale tak naprawdę niczego nie zmienia. 

Niemniej to „gatunek tworzy rynek, a potem rynek tworzy gatunek” co tłumaczy się w ten sposób, że cechy drugorzędne SF, powszechnie (choć mylnie) uważane za jej cechy dystynktywne (podróże kosmiczne, LGM czy alternatywne światy), istniały w literaturze na długo przed zaistnieniem tej kategorii literackiej, ale gdy już je wprowadzono, stały się jej drugą naturą. Złotą klatką, lecz także sposobem na dotarcie do czytelnika. Kiedy wszystko, co piszesz, z góry staje się „sale” możesz pozwolić już sobie na dobre „stories”. 

#

„W czasach powszechnego analfabetyzmu, analfabetyzmu funkcjonalnego… wszystko, co utrzymuje ludzi w głupocie jest zbrodnią”. 

Harlanowi Ellisonowi nie udało się „wyrwać z getta” z różnych mniej nas interesujących problemów oraz jednego dla nas ważnego: zbyt dobrze szło mu manipulowanie konwencjami uchodzącymi w powszechnym przekonaniu za fantastycznonaukowe. „Repent, Harlequin!…” wydaje się przecież klasyczną „antyutopią” – aż do wyprania mózgu głównemu bohaterowi jak Winstonowi Smithowi Orwella – i trzeba naprawdę wyrobionego czytelnika, by w tym buncie przeciw maszynowej organizacji życia rozpoznać anarchistyczny ze swej natury bunt artysty skierowany przeciw każdemu porządkowi, a w dodatku bunt jeśli nie udany, to przynajmniej płodny, skoro autorytarny opresor w końcu upodabnia się do buntownika. W „Chłopcu i jego psie”, sadzając przy zielonym stoliku chaos standardowej postapokalipsy i rozpaczliwą, groteskową próbę odtworzenia starego świata Ellison tak rozdaje karty, by całą pulę wziął ten pierwszy. Przy akompaniamencie jakże dla niego charakterystycznej obyczajowej burzy z piorunami co bystrzejszych czytelników i krytyków zmusza do wstrząsającej obserwacji. Po pierwsze: bohaterem w stu procentach pozytywnym, inteligentnym, twórczym i co tam jeszcze uczynił bezradnego, bo nie dysponującego odpowiednią siłą fizyczną, psa. Po drugie: piastując u swego „pana” uczucie powszechnie kojarzone z „dobrem”: miłość („Chłopiec kocha swojego psa”) ów pozytywny bohater uczynił z niego potwora. 

Ale na tym nie koniec niszczenia konwencji przy użyciu tej samej konwencji. Sięgnijmy po przykład późniejszy, z 1986 roku. Ellison pisze scenariusz o Batmanie do „Detective Comics”. I cóż się dzieje? W jego wersji Batman pojawia się, jak zwykle, tam gdzie wydaje się być najbardziej potrzebny, ale nieuchronnie o jedną krótką chwilkę za późno. Sklepikarz już trzyma bezpiecznie na muszce złodzieja – nieudacznika, starsza pani leje laską usiłującego na nią napaść nieszczęsnego bandytę, policja ratuje (niedoszłego) samobójcę, aż wreszcie, gdy nad ranem, głęboko sfrustrowany Batman zatrzymuje zaśmiecającego chodnik twardziela, twardziel okazje się fanatykiem ochrony środowiska i wylewnie dziękuje za zwrócenie mu uwagi na postępowanie prawdziwie karygodne. 

#

“Nie wolno ci bać się iść do celu”.   

Nie trzeba szczególnej bystrości by dostrzec, że w naszym świecie wiele jest do naprawienia, za to trzeba mieć w sobie coś z Don Kichota by próbować cokolwiek w nim naprawić. Ale przede wszystkim potrzeba bardzo bystrej inteligencji, że nie wspomnę już o wielkiej biegłości pióra, by udokumentować tymże piórem, że choć wokół nas nie brak smoków, to choćbyś wytoczył przeciw nim największe dostępne ci armaty, w końcu zawsze będziesz walczył z wiatrakami. Jesteś niewolnikiem konwencji, tym większym, im bieglej nią manipulujesz i jesteś niewolnikiem tego, co wydaje się wspólne wszystkim istotom inteligentnym. W opowiadaniu z 1971 roku „Silent in Gehenna” – bardzo chciałbym móc je kiedyś opublikować – bohater, bojownik o prawa człowieka z lat sześćdziesiątych ubiegłego stulecia, przetransportowany na obcą planetę i uwięziony w złotej klatce nad ruchliwą ulicą widzi, jak na chodniku poniżej jedne istoty inteligentne znęcają się nad innymi. Protestuje więc głośno przeciw niesprawiedliwości, na co kaci przyznają mu rację, korzą się, wstydzą, samobiczują… po czym jak gdyby nigdy nic wracają do swego zajęcia. 

Jeśli przyjrzymy się sami sobie, ale tak do końca, uczciwie, nieuchronnie dojdziemy do wniosku, że coś jest z nami zdecydowanie nie tak. 

#

„Zacznij od środka, potem naucz się początku, a koniec zatroszczy się już sam o siebie”. 

Wiele czasu i wysiłku Harlan Ellison poświęcił próbom identyfikacji owego „czegoś” – tylko identyfikacji, bo wygładzić skazy chyba się jednak nie da, QED. Śledzenie jego prób samo w sobie jest radością czytelnika, jednak naprawdę interesuje wynik tych dociekań: powstanie autorskiej kosmologii… i znalezienie w tym moralnym kosmosie miejsca dla człowieka. Ellison wzbogacał ją i uzupełniał kilkakrotnie, a ja, kiedyś, dawno, wybrałem trzy opowiadania. Możliwość opublikowania ich: „Ptaka Śmierci” w Fenixie (na szczęście, dzięki wyborowi Solarisu, „Ptak Śmierci” przeżył śmierć pisma), historii pod tytułem „To on przeprawił Krzysztofa Kolumba na stały ląd”, która swój pierwodruk (pod innym tytułem) miała w zapomnianej antologii „Nebula ‘93” i  „Zabójcy smoków – dar ułudy” (SFinks 1/13, vol. 46) uważam za profesjonalny dar losu. 

„Ptak Śmierci” (Hugo i Locus za 1974 rok) jest konstrukcją wzniesioną na fundamencie najtańszego, najbardziej zużytego banału najgorszej „scifi” głoszącego, że to obca cywilizacja stworzyła ludzkość, czego zniekształconym, zmitologizowanym zapisem jest Księga Rodzaju. Drugim, równie tandetnym banałem jest ukazanie jej „ekologicznej zagłady”. Nie początek jest jednak ważny, lecz – zgodnie ze słowami autora – to środek zaskakuje, a potem także olśniewa. Z nielinearnej narracji przerywanej cytatami, pseudonaukowym egzaminacyjnym bełkotem szkolnego testu, wtrąconymi, przynajmniej pozornie od rzeczy, opowieściami „o Ahbhu” i „o matce” – opowieściami o śmierci – z nieubłaganą artystyczną konsekwencją wyłania się obraz Diry, przez ludzi nazywanego szatanem, a w istocie przedstawiciela mądrej rasy, zmuszonej do wycofania się z Ziemi i oddania rządów nad nią szalonemu demiurgowi. Rasie Diry pozwolono zaledwie pozostawić nam jednego opiekuna, mającego wyłącznie prawo wyboru jednego człowieka, którego zadaniem jest wymierzenie umierającej w mękach planecie ciosu łaski przez wezwanie tytułowego „Ptaka Śmierci”. Ellison dokonuje artystycznego tour de force, każąc szatanowi być „tym dobrym” poprzez dokonanie właśnie tego, czego możemy się spodziewać po „złym”: aktu zniszczenia. Problem w tym, że sam dualizm „dobra i zła” autor rozumie inaczej, dokonując jakby podwójnej wolty. Nieoczekiwanie kluczem do odczytania „Ptaka śmierci” stają się właśnie „wrzucone” w narrację opowieści poboczne: o konającym na raka psie odwiezionym do uśpienia, błagającym spojrzeniem: „Nie zostawiaj mnie samego wśród obcych” i o umierającej matce przekupującej syna by „zrobił jej zastrzyk”. 

#

„Doskonałość ma jeden, być może jedyny zatrważający aspekt: życie w świecie przeciętności nie różni się niczym od wieczności życia w Piekle”.  

Mircea Eliade chyba jako pierwszy dostrzegł wagę zjawiska polegającego na tym, że „myślenie apokaliptyczne” z natury rzeczy wyklucza naprawę świata, można tylko wytrzeć tablicę i zacząć na niej pisać od nowa. Żeby to zjawisko zaistniało musimy oczywiście mieć do czynienia z apokalipsą, że tak powiem, „pełną gębą”. Opowieść o szatanie prezentuje tylko jeden z jej aspektów. Śmierć może być miłosierna tylko wówczas, gdy mechanizm życia staje się nie do zniesienia. Choć przedstawił go w roli tak godnej, Ellison nie jest bynajmniej „satanistą”. Bóg jest mu równie bliski… czy też równie daleki, w zależności od punktu widzenia. Dużo mówi o ateiście fakt, że nie wyobraża sobie wszechświata bez akurat tego dualizmu. 

Bóg Ellisona „To on…” który „…przeprawił Krzysztof Kolumba na stały ląd”. Opowiadanie o nim jako pierwsze ellisonowskie trafiło do bardzo prestiżowej antologii „The Best American Short Stories” (w 1993); tym razem nie ma więc obawy, że czytelników zachwycił kolejny tandetny „scifi topos”: bohatera swobodnie podróżującego w czasie (antologia ta nie jest przeznaczona dla fanów). Już raczej doceniono formalne mistrzostwo autora, swobodnie balansującego luźną strukturę fabularną (daty rosnące do nieistniejących, czterokrotne zmiany tytułu w trakcie akcji) i identycznością konstrukcji poszczególnych epizodów. Każdy z nich zaczyna się od wyróżnionego nazwiska „Levendis”, daty i miejsca akcji, szczegółów takich jak strój bohatera itd. I tak być musi, ponieważ chaos poczynań istoty wszechmocnej nazywającej się tym greckim słowem, domagający się jakiegoś uporządkowania, może być uporządkowany tylko w ten nic nie znaczący, automatyczny, mechaniczny, wręcz groteskowy sposób. Żyjemy bowiem pod rządami boga (umyślnie piszę to słowo z małej litery) jednocześnie wszechmogącego i bezradnego, niezdolnego do jakiegoś skoordynowanego działania, niemal komicznie chaotycznego. Boga w mundurku harcerza przeprowadzającego przez ulicę staruszki, które wcale tego nie chcą, Boga to obniżającego, to podwyższającego nasze zbiorowe IQ, boga zarażającego pierwszych spotkanych przez Kolumba Indian chorobami wenerycznymi, by po latach móc wyleczyć pewną prostytutkę antybiotykiem. 

Boga, którego wyznawcy zasługują na cios łaski… i nic więcej.

#

“Strzeż się potworów szczerzących kły”.  

Harlan Ellison wyciągnął ostateczne konsekwencje z nieoryginalnego przecież przekonania, że bogowie bez wyznawców giną, a ich miejsce zajmują inni, wykreowani przez nas samych, na nasze podobieństwo, skrojeni podług naszych marzeń. 

Warren Glazer Griffin („Zabójca smoków – dar ułudy”, 1966), którego nazwisko nie może (a w każdym razie nie powinno) nie kojarzyć się z „Niewidzialnym człowiekiem” Wellsa, jest każdym z nas. Uosobieniem przeciętności, pozbawionym cech boskich i z całą pewnością pozbawionym cech szatańskich. Ot, zwykły szary człowiek… jak każdy zwykły szary człowiek snujący marzenia. 

To opowiadanie, jak poprzednie, czyni z fantastycznej scenografii (tym razem scenografii fantasy) użytek wręcz dla tej konwencji obraźliwy. Oto księgowy Warren Glazer Griffin ginie w skutek nieszczęśliwego wypadku na budowie: urwana kula burząca dosłownie wbija go w chodnik. Księgowy Warren Glazer Griffin staje przed Świętym Piotrem, przebranym za banalnego czarodzieja. Dowiaduje się od niego że, w postaci którą zawsze chciał (i nie on jeden) przybrać: wspaniałego wikińskiego wojownika, ma zaledwie spełnić swoje marzenia. Przeprowadzić statek z wierną załogą przez rafy i mielizny wprost na tropikalną wyspę, gdzie znajdzie dziewczynę swych marzeń strzeżoną przez potwora. Jeśli uda mu się dotrzeć na wyspę, zabić potwora i zdobyć serce dziewczyny pozostanie na zawsze w Niebiesiech: krainie, o której śnił przez wszystkie swe monotonne dni i samotne noce. 

I co się dzieje? Zwykły księgowy Warren Glazer Griffin chcąc nie chcąc (a raczej z cała pewnością nie chcąc), popełnia wszystkie grzechy główne z wyjątkiem obżarstwa. Zatapia statek, gubi załogę, trafia na wyspę jako rozbitek, śmiertelnie przerażony zabija potwora ciosem w plecy, a dziewczynę najzwyczajniej w świecie gwałci. Po czym ponosi zasłużoną karę: zostaje pożarty przez smoka. 

Tylko tyle czy aż tyle? 

#

A jednak „aż tyle”. Nie wiem, czy to możliwe, ale mam nadzieję, ze współczesny czytelnik nie tylko zechce przeczytać co najmniej te opowiadania (a może nawet kupić za 30 zł pewien cienki tomik), ale też uwolni samego siebie od zgubnego zwyczaju wartościowania: „to mi się podoba, to mi się nie podoba”. Ellison nie ma prawa „się podobać”. Ale, przynajmniej moim zdaniem, nie wolno go lekceważyć. Nie wolno go nie podziwiać i to nawet nie za to, co zrobił z konwencją, jak zmusił ją do służenia wyobraźni; zamiast się jej podporządkować, podporządkował ją sobie. Ja przynajmniej nie potrafię nie podziwiać siły jego przekonania, że – mówiąc jak najprościej – sami jesteśmy sobie winni. Jesteśmy winni świata, na który się skarżymy, jesteśmy winni temu, że takiego mamy boga i że tylko taką łaskę może nam okazać szatan. 

Nie wolno nam dopuścić, by na ocenę Harlana Ellisona miało wpływ to, czy jego diagnozy – i przepisaną „kurację ostateczną” – uważamy za do przyjęcia, czy nie. Bowiem tryumfuje on za każdym razem, kiedy skłoni czytelnika do puknięcia się w głowę. To też „aż tyle”. I zdarza się coraz rzadziej. 

„Zdolność marzenia… nic więcej nie mogę dać. To moja odpowiedzialność. Dźwigam ten ciężar i nawet ja jestem już nim zmęczony”. 

Krzysztof Sokołowski 

[Dla tego wpisu włączone sa komentarze]

*Wszystkie cytaty z Harlana Ellisona w tłumaczeniu autora.
**O tym nader interesującym zjawisku (i jego konsekwencjom) może więcej będzie w którymś z następnych SFinksów?

Tekst pierwotnie publikowany w: SFinks 1/13 (vol. 46) 

PODZIEL SIĘ