Ostatnią książkę optymistyczną jak „Polska 2.0” Jacka Inglota czytałem w podstawówce, pół wieku temu i były to „Dzieci z Bullerbyn” Astrid Lindgren. „Polskę 2.0” łączy z nimi scenka, w której dzieciaki jeżdżą na łyżwach po zamarzniętym jeziorze. Popisując się bez opamiętania jeden z nieletnich bohaterów wpada do przerębla, ale wydostaje się z niego bez szwanku. Wolno sądzić, kolejnej zimy powtórzy ten samobójczy numer, po czym będzie go powtarzał co zima aż się wreszcie weźmie i utopi ale póki co groźny żywioł może mu skoczyć na warstat. Bardzo to polskie, prawda?

Ostatnią w moim czytelniczym dorobku fantastyką promieniującą takim optymizmem byli „Kowboje oceanu” Arthura C. Clarke’a, których z „Polską 2.0” łączy zgrabny wątek oceaniczny.

Ostatnimi książkami, w których, jak u Inglota, Polacy zbawiali samych siebie i, niejako przy okazji, wszystko jak okiem i myślą sięgnąć, były propagandowe dziełka literatury propiłsudczykowskiej dla dzieci i młodzieży młodszej z czasów po wojnie 1920 roku. Przed pół wieku z hakiem znalazłem sporą ich kolekcję w dziadkowej bibliotece, nieco jakby wstydliwie wciśniętą za gebethnerowsko – wolffowskiego Sienkiewicza i nie odpuściłem, póki nie skończyłem. „Polskę 2.0” łączy z nimi kult silnego Marszałka oraz szaleńczo optymistyczne przekonanie, że wystarczy bardzo chcieć, a sposób sam się znajdzie. „Tak jest – zgoda, a Bóg wtedy rękę poda!”.

#

Jeśli komuś wygląda to na kpinę, to spieszę go zapewnić, że bardzo się myli. To nie kpina, lecz wyraz najszczerszego podziwu dla jednego z moich ulubionych autorów. Bo książkę optymistyczną znacznie trudniej jest napisać niż książkę o rozterkach egzystencjalnych rozdartego serca i rozchwianego umysłu. A jeśli pisze się optymistycznie o Polsce, o Polsce wychodzącej na swoje z dwóch różnych dołów „cudem i nadludzką rezolucją” Polaków, którzy, jacy są, każdy widzi, to już, Panie i Panowie, chapeaux bas. A jeśli jeszcze chce się to czytać do końca świata i jeden dzień dłużej, bo tak pomysłowo, tak atrakcyjnie zostało to zrobione… ech, milcz serce!

#

 „Polska 2.0” to dwie mikropowieści. Akcja obu dzieje się w niedalekiej przyszłości, a łączą je, po pierwsze: data, jeden dzień 2037 roku, w którym dochodzi do przełomowego, choć dziwnie niedramatycznego wydarzenia i – po drugie – niezwykły sposób prowadzenia akcji. Otóż i w pierwszej mikropowieści, „Polska 2.1”, i w drugiej, „Polsce 2.2”, Jacek jednocześnie maluje tło i „wmalowuje” w nie (czyli wpisuje) wydarzenia. Tło powstaje z elementów nie uchodzących na ogół za pasjonujące: cytatów z nie do końca fikcyjnego dzieła o charakterze i manifestu politycznego, i nieco historiozoficznym, oraz przeróżnych odautorskich komentarzy i dywagacji, przedziwnie podobnych do gazetowej publicystyki średniego lotu.

Nie brzmi to fascynująco, prawda? I fascynujące nie jest. Fascynujące tło, zabijające pierwszy plan, to domena pacykarzy i grafomanów. W „Polsce 2.0” dostajemy tylko niezbędny szkielet informacji o świecie przedstawionym, a to, co naprawdę ważne, dzieje się na naszych czytelniczych oczach. Dzieje się opowieścią o ludziach. Dzieje się w losach bohaterów.

#

W pierwszej mikropowieści na to szare tło, a dokładniej: opis wspinaczki  Polski po drabinie ewolucyjnej aż do pozycji alfy w porządku struktur europejskich, Inglot rzuca epizody z życia i kariery bohatera nieprawdopodobnego, wręcz nonsensownego… i dzięki temu w jakiś paradoksalny sposób więcej niż prawdziwego. Czarnego jak heban mulata, nieszczęsnego półgabończyka opętanego ideą stania się „prawdziwym Polakiem” i kochającym synem kochającej go ojczyzny, której skądinąd maniakalnie nienawidzi. Żołnierza i oficera, bohatera wojennego z przypadku, służącego wśród podobnych mu archetypicznych polskich bohaterów: Wietnamczyka, Koreańczyka, krymskiego Tatara z uciekinierów, którzy znaleźli sobie azyl w Tymkraju, arabskiego chrześcijanina i kogo tam jeszcze, bez etniczno-kulturowo-religijnych granic ni kordonów. A także – jakżeby nie! – rdzennego Polaka o nieprawdopodobnym imieniu Serafin (i równie nieprawdopodobnie niepolskim nazwisku) – nieznośnego prymitywa, zupaka i rasisty, diabełka z pudełka obrzydzającego mu życie wieczną nieznośną wszechobecnością.

Wyświetlaniem epizodów z życia i losów dobrego wojaka M’Bekiego na tryumfalistycznie monotonnym tle Polski, wędrującej po linii prostej od sukcesu do sukcesu, Jacek Inglot bawi do łez. Pożycza metodę od starej komedii slapstickowej i swobodnie adaptuje ją do swoich szczególnych potrzeb. Epizody kreowane jego palcami na klawiaturze bawią prostotą i zdumiewają pisarską bezczelnością. Jacek kradnie co chce wszystkim, którzy mają coś ciekawego do ukradzenia: wojakowi Szwejkowi i „Paragrafowi 22”, Nowemu Testamentowi, „Hołdowi Pruskiemu” i niech mnie diabli, jeśli nie nieśmiertelnemu „Znaczy kapitanowi” też! Nie ma żadnych hamulców. Ktoś inny, tak cisnąc gaz do dechy, rozbiłby się o pierwsze zdroworozsądkowe ograniczenie prędkości, ale Inglot – nie. Inglot wiezie nas, rozczytanych i rozbawionych, do końca, którym jest prawdziwe tour de force absurdu i który zostawił mnie, zdumionego jego pisarską, artystyczną bezczelnością, z gębą rozdziawioną w podziwie.

#

W części drugiej, mikropowieści „Polska 2.2”, zachowując kierunek Inglot zmienia zwrot. Na szarym tle nie tryumfów, lecz kolejnych klęsk rozgrywa się nie komedia, lecz przygnębiająco czarny horror. Polska „Polski 2.2” opisana jest językiem franczyzy „Obcego – ósmego pasażera Nostromo”, a w pewnym momencie, ku swemu wielkiemu przerażeniu, „kumaty” czytelnik uświadamia sobie nawet, że ociera się o „Zieloną pożywkę”, od której prosta już droga do postapo rodem z ellisonowskiego „Chłopca i jego psa”. Wesołego wojaka M’Bekiego zastępuje bohater zaczerpnięty z wielkiej tradycji literackiej naszego zniewolonego i ponoszącego kolejne cywilizacyjne klęski Tegokraju. Jest nim, jakżeby inaczej, zbłąkany w rzeczywistości intelektualista: stłamszony, rozedrgany, hamletyzujący i w dodatku bezradnie przyglądający się konaniu ukochanej córeczki, którą wskrzesić może, owszem, ale za cenę paktu z Szatanem. Cenę złamania żelaznych zasad, obowiązujących profesjonalnego intelektualistę. Choć, z klasyczną dla tej tradycji ambiwalencją, intelektualista sprzedał się przecież Szatanowi znacznie wcześniej i taniej, a zasady ukryte ma tak głęboko, że wolno wręcz powątpiewać w ich istnienie.

Ale i ta biedna, niemal kanibalistycza Polska 2.2 – jak przed nią Polska 2.1 – potrafi powstać z popiołów. Wbrew wszelkiemu spodziewaniu, zdumiewająco „po Wokulskiemu”, odnosi zwycięstwo bondowskie, największe, ostateczne. I postapokaliptyczne.

#

Umieszczenie akcji „Polski 2.0” w nieodległej wprawdzie, lecz jednak przyszłości umownego 2037 roku, przyporządkowuje tę książkę do literackiego porządku fantastyki naukowej, to jasne. Ale Inglot nie „pisze fantastyki”. Inglot PISZE FANTASTYKĄ. Co więcej obie Polski bardzo wyraźnie „pisze Zajdlem”, i tym prześmieszno-baśniowym z „Limes inferior”, i tym śmiertelnie poważnym z „Paradyzji”. Jednak, mimo to i wszystko inne, zaliczenie „Polski 2.0” do „późnego”, czy też „odnowionego” nurtu fantastyki socjologicznej byłoby poważnym błędem. Błędem czyniącym z niej dwuwymiarowego płaszczaka.

Ale o tym to już w części drugiej.

Krzysztof Sokołowski

PODZIEL SIĘ