Bezpośrednią przyczyną poniższych uwag jest recka „Polski 2.0” z jedynego w Tymkraju branżowego miesięcznika fantastyczno-literackiego (z ambicjami). Otóż powieść Inglota ichni reckowicz zakwalifikował autorytatywnie jako „fantastykę socjologiczną”, dzięki której autor, jak to reckowicz ujął: „dołączył do grona antenatów”. Już nie śmieję się z biedaka uważającego, że tak po prostu, siłą talentu, można zostać własnym antenatem, bo ile można się śmiać? Przestałem się nawet oburzać, że nader nietaktownie dołączył człowieka żyjącego z hukiem i trzaskiem do grona antenatów odpoczywających snem wiecznym (Janusza Zajdla, Edmunda Wnuka-Lipińskiego) – choć życzyć śmierci nie wypada nawet nieznośnemu Inglotowi – bo ile się można oburzać? Nie chichoczę już nawet jadowicie na myśl o czytelnikach, którzy te bzdury łyknęli wzorem redakcji.

Nie opuszcza mnie jednak świadomość, że tak nonszalanckie „przypisanie gatunkowe” krzywdzi „Polskę 2.0”. Że ją redukuje, pomniejsza i spłaszcza. I że warto coś z tym zrobić. Blog książkowy to nie konkurencja dla Nowej Fantastyki, ale kto zechce, ten przecież dogrzebie się nawet mojej niszy. A ja przynajmniej będę miał czyste to moje krytyczne pożal się Boże sumienie.

#

No więc powiedzmy sobie dobitnie: nie, „Polska 2.0” to nie jest „polska fantastyka socjologiczna” w żadnym znaczeniu tego słowa, choć NFantastyka najwyraźniej ją za taką uważa. Nie jest też fantastyką „postsocjologiczną”, nie jest „mutacją”, nie jest „nowym otwarciem”. Z tego prostego powodu, że fantastyka socjologiczna, jako produkt czasów, w których powstała, zdechła razem z tymi czasami.

Fantastyka socjologiczna nie mogła na przykład nazwać przeciwnika, któremu rzucała wyzwanie, inaczej niż ksywką. To zawsze musiał być świat daleki jak inna planeta, fantastyczny, a co najmniej niedookreślony. Argoland nie przypominający bynajmniej Warszawy, lecz – cóż za paradoks! – Chicago. Tajemniczy Apostezjon. Kraina Wszędzie i Nigdzie. O to dbała cenzura, wyrządzając zresztą dziełom przysługą, na którą z upodobaniem zwracał uwagę ŚP profesor Wnuk-Lipiński. Jego Apostezjon zaczynał właśnie jako Warszawa i było to pierwsze, co mu bardzo uprzejmie nakazano zmienić. Zmiana ta zaś odmieniła powieści – z płytkiej farsy o zasięgu lokalnym, kabaretowego skeczu, stały się niemal metaforą. Do dziś czytają się świetnie i świeżo.

#

A Inglot? Inglot ulokował akcję „Polski 2.0” w miejscu istniejącym na mapie, mającym swą nazwę i parametry geograficzne, ściśle zlokalizowanym. Nazwał Polskę Polską jawnie, nikt mu tego nie zabraniał. Nie miał też powodu, by atakować przeciwnika bezimiennego, a rozpoznawalnego dzięki kilku cechom charakterystycznym, które trzeba było przemyślnie wykrzywić (casus wymienności dolara „w jedną stronę” w „Limes inferior”). Przeciwnika osiedzianego „u władzy”, niezmiennego, pozornie wiecznego. Bo dziś przeciwnik, kimkolwiek jest, jest przecież jak najbardziej jawny. Do podszczypania go nie potrzeba też fantastyczno-socjologicznych podstępów, a do „obalenia” pracowitego gromadzenia pigułek, które może kiedyś…

Niemniej coś z fantastyki socjologicznej w „Polsce 2.0” jest. Jest baśniowy wymiar „Limes inferior” zaklęty w militaria, jest schemat fabularny rodem wprost z „Paradyzji”. Jacek nie pisze TEJ FANTASTYKI, ale z niej korzysta. Pisze TĄ FANTASTYKĄ. Używając jej w miarę potrzeby.

#

No to może „Polska 2.0” jest satyrą polityczną, „ubraną” w nośną formułę fantastyki? No nie, to też nie za bardzo. „Satyra prawdę mówi, względów się wyrzeka. Wielbi urząd, czci króla, lecz sądzi człowieka”. Gdyby Inglot chciał „sądzić człowieka” z pewnością nie zabrakłoby mu pomysłu i ochoty na „pojechanie po ludziach”, choćby i z nazwiska. Tymczasem nic z tych rzeczy. Satyry u Inglota tyle co kot napłakał: ot, delikatna aluzje do „polskiej ksenofobii” winnej tego, że w czarnym jak Murzyn Murzynie szkolne dzieciaki rozpoznawały Murzyna, łatwy cel okrutnych dziecięcych żartów. Ustających jak ręką odjął, gdy od Murzyna dało się ściągnąć; ot, korytarzowe przepychanki, takie „gnębienie nerda”. Nawet stary niewykształcony dziadek z prowincji, któremu po prawdzie powinno się odebrać dowód, kocha dziwnego nieślubnego wnuka, istny negatyw polskości, tak głęboko, że ucisza rodzinne kpinki soczystą „k…wą” i chce zastawić dom, by mu opłacić studia.

A gdy przywołamy kategorię satyry w jej znaczeniu słownikowym natychmiast zrozumiemy, że u Inglota zwyczajnie nie ma na nią miejsca. „Polsce 2.2” w ogóle nie do śmiechu, „Polska 2.1” nie wyśmiewa i nie szydzi. Śmieje się wesoło, pełną piersią. Nawet nieznośny jako sierżant prostak, zupak, rasista, Serafin Katelbach jako major okazuje się Aniołem Stróżem i wybawcą bohatera.

Lecz znów… „Polska 2.0”, nie będąc satyrą, ma w sobie elementy znanej i wysoko cenionej w literaturze fantastycznej satyry polegającej na wykpiwaniu teraźniejszości z punktu widzenia przyszłości, zawsze mądrzejszej, choćby i po szkodzie. Nie pisząc satyrycznej fantastyki Inglot PISZE SATYRYCZNĄ FANTASTYKĄ. Używając satyry oszczędnie, w miarę potrzeby.

I to nie jest bynajmniej koniec!

#

Więc czym właściwie jest „Polska 2.0”? Podzielona na dwie, będące (pozornie) swym przeciwieństwem, mikropowieści o Polsce niedalekiej przyszłości, byłaby utopią i antyutopią jednocześnie?

Może?

Na pierwszy rzut oka ten trop wydaje się najbardziej obiecujący, zapewne dlatego, że formuła utopijno – dystopijna jest najbardziej pojemna, daje autorowi najwięcej swobody. Jest jednak małe „ale”. I utopia, i jej odwrotność opisują, owszem, światy fantastyczne, ale ich konstrukcja musi mieć żelazną logikę racjonalności, nawet jeśli racjonalność tę rzeczywistość sfalsyfikowała na naszych oczach (jak utopię komunizmu, powiedzmy). Tymczasem nad „Polską 2.0” w obu odsłonach unosi się spiritus, który „flat ubi vult”. Tam, gdzie duch wszechmocny może zmienić wszystko jednym chuchnięciem, objawiając się a to z Islandii, a to z Księżyca, a to w postaci podmorskiego wulkanu, nie ma miejsca na determinizm utopijnego świata / dystopijnego świata. Ani niebo utopii, ani piekło dystopii nie mają u Inglota koniecznej trwałości, mogą zmienić się miejscami w każdej chwili, wielokrotnie, bez ostrzeżenia.

Po prawdzie jest jednak znacznie gorzej (no, dla tzw. „wyrobionych czytelników” lepiej). Utopia i dystopia „Polski 2.0” w najważniejszym momencie upodabniają się do siebie, a ich opozycyjność przestaje funkcjonować. W tandemie z uczciwymi, przemyślnymi politykami i przemyślnymi, walecznymi generalissimusami pedałuje dzielnie Wokulski, upgrejdowany ze sklepikarza do sprytnego biznesmena-spekulanta. Jutrzejszy Wokulski nie robi bum w Zasławku, nie ginie z własnej ręki, tylko podprowadza Geistowi wynalazek, patentuje go, zarabia krocie, po czym pozwala zagrać przemyślnie ukrywanej do tej pory swej drugiej duszy hiperpatriotycznego romantyka.

Utopia i dystopia jako elementy porządku literackiej fantastyki są jednak u Inglota wyraźnie obecne, tyle że nie agresywne. Nie zawłaszczają książki, nie każą jej sobie służyć. Wręcz przeciwnie, konwencje służą… wtedy, gdy są potrzebne i tylko w takim zakresie, w jakim się przydają.

Inglot nie pisze i tej fantastyki. PISZE TĄ FANTASYKĄ.

#

I to jest właściwie wszystko: konkluzja wywodu. Pisanie fantastyką to – jakże niedoceniana! – umiejętność lekceważenia podziałów i subpodziałów, pełniących tak naprawdę funkcję czysto marketingową. Istnienia poza i ponad nimi. To umiejętność czerpania z konwencji tego, co w tej chwili i w tym miejscu jest przydatne. Oraz znacznie trudniejsza umiejętność odrzucenia tego, co nieprzydatne. Dzięki czemu „Polska 2.0” oddziałuje nie w dwóch, lecz w wielu wymiarach. W „cenie egzemplarza” tak naprawdę dostaje się kilka różnych (z których wymieniłem trzy) „egzemplarzy” do samodzielnego złożenia w całość w tym, co komu służy za głowę.

Tylko, że z głowami kiepsko. Bo powiedzmy sobie szczerze: ekosystem kultury nam schamiał – o czym zresztą Inglot pisze bardzo wyraźnie. Tylko w jednym miejscu mówi expressis verbis o przyczynie nieszczęść prześladujących Polskę nam współczesną: kiedy nie czytasz głupiejesz, degenerujesz się, aż nie jesteś w stanie wkręcić śrubki w audi… i wybierasz populistów. Pod ciśnieniem schamiałych czytelników, wspierani schamiałą blogersko – nowofantasyczną krytyką, schamiali pisarze piszą „w konwencji”. Bo tak jest wygodniej. Proces produkcji staje się prosty jak konstrukcja cepa: jest wypełnianiem pustych miejsc w zapisanym na dysku szablonie. A masowy czytelnik z Lubimy Czytać chętniej łyknie pięćdziesiąt dwa fast foody z taśmy rocznie, pod pięćdziesiąt dwa puszkowe piwka za złoty dziewięćdziesiąt, niż raz na miesiąc, dwa lub trzy z damą swego serca poszuka odpowiadającej im kuchni i wspólnie z eleganckim kelnerem dobierze danie, dodatki oraz wino, by TYM… zasłużyć na podziw damy, a nie Facebooka.

Krzysztof Sokołowski.

PODZIEL SIĘ
  • Akurat jestem po ponownej lekturze „Polski 2.0” i teraz zwyczajnie boję się opublikować co mi w tej łepetynie się urodziło, bo po przeczytaniu tego jakże zacnego wpisu zwyczajnie wstyd coś skrobnąć. 🙂

    Podoba mi się przedostatni akapit, które świetnie i dobitnie pokazuje jak bardzo potrzebujemy szufladkowania i zamykania wielu rzeczy w określone ramy (sam ulegam tej pułapce) i sam z niej często nie chcę uciekać.