O wyższości „teorii Oramusa”, której nie ma („Wyposażenie osobiste”, Solaris, 2013)

Wierzcie mi albo nie, ale ja naprawdę lubię czytać traktaty teoretycznoliterackie. Upodobanie do nich wyssałem z mlekiem polonistycznych studiów. Były mi strawą codzienną procesu intelektualnego dorastania, z kawą, papierosami i studentkami Historii Sztuki jako przyprawami mile łechcącymi różne kubki smakowe lecz (zwłaszcza studentki) irytującymi.

Skorupka nasiąkała i trąciła, nasiąkała i trąciła… i nadal trąci. Nic nie sprawia mi większej rozkoszy niż melodia zdania: „…każdy tekst literacki „buduje” swój własny super–kod z językowego materiału; „buduje” nowe, nieoczekiwane „semy”, tworząc szereg niejęzykowych ekwiwalencji…”. Niż nagłe odkrycie konieczności przyporządkowania fantastyki naukowej do rodzaju piątego „literatur egzomimetycznych”, rzecz jasna pod warunkiem, że literatura rzeczywiście jawi się jako „wysoce wyspecjalizowana hierarchia semiotycznych systemów: […] każdy gatunek okazuje się realizacją systemu supragenologicznego…” – chwytacie, prawda? No powiedzcie, że prawda.

Kpię? Zaśbym śmiał! Winny jestem nie ja, lecz kontekst: jeśli na blogu wyznajesz, że cenisz wyrafinowany intelektualizm, to przecież musi być żart. Intencji, przysięgam, nie było. Było obcowanie z wybitnym zdyscyplinowanym intelektem bezwzględnie, matematycznie, można powiedzieć, konsekwentnym. To właśnie matematyk, zdaniem kolegów po fachu wybitny, powiedział mi kiedyś: „poznasz mojego kolegę fachu gdy w tramwaju, na pytanie zdezorientowanego staruszka z prowincji: ‘proszę pana, ile przystanków do Centralnego?’ odpowie uprzejmie: ‘trzy’, a kiedy po trzech przystankach jeszcze bardziej zdezorientowany staruszek spróbuje się upewnić: ‘pan mówił, że ile przystanków do Centralnego?’ poinformuje go, już nieco zirytowany: ‘teraz, proszę pana, sześć’”.

#

Obcowanie z takim intelektem to zaszczyt i przyjemność, mówię z doświadczenia. Niestety, bywają takie obrzydliwe dni, że musisz koniecznie złapać akurat ten pociąg i w swej słabości wolałbyś raczej usłyszeć od tępaka zdumione: „Pan jedzie w drugą stronę”.

To wówczas, w tak zwanych „zwykłych codziennych okolicznościach” przychodzą ci na pomoc intelekty poślednie, rozwichrzone, poruszające się najchętniej w różnych kierunkach i najchętniej na raz, udzielające odpowiedzi na nie zadane pytania. Marek Oramus jest doskonałym przykładem takiego właśnie intelektu. Celny karabin snajperski z niego żaden, ale przydaje się częściej od niego, jak nie przymierzając scyzoryk. Można nim pograć (w literackie pikuty), można nim podłubać w tym i owym (figurującym, na przykład, na liście „do przeczytania”) można otworzyć fantastyczną puszkę Pandory. Dobrze, że można go też nosić w torbie, na specjalne okazje.

W postaci „Wyposażenia osobistego” na przykład. Wprawdzie już we wstępie, z właściwą sobie niefrasobliwością, autor sprokurował definicję niejasną, nie analityczną lecz opisową, nie spełniającą podstawowych kryteriów definiowania: „Fantastyka jest rodzajem grzybni porastającej te miejsca, gdzie światło wiedzy ludzkiej nie dociera, albo jest bardzo nikłe […]” lecz czy definicja ta nie bywa przydatna częściej, niż jej żelaznej konsekwencji przeciwieństwa? Choćby przez to, że definiując to, co z założenia ma być powszechnie zrozumiałe jest… powszechnie zrozumiała? I czy instynktownie nie czuje się wspólnoty raczej z badaczem skłonnym „przywdziać strój łowcy nietoperzy i ruszyć w ciemną noc, by badać te mchy, te porosty przy bladej poświacie księżyca, mamrocząc zaklęcia […]” niż tym, który wyrokuje o niej „z wnętrza rozświetlonego, dobrze nagrzanego pokoju”? Znaleźć można i tu, i tu, ale gdzie lepiej szukać: tam gdzie się zgubiło czy pod latarnią, bo jaśniej?

A „Wyposażenie osobiste” jest właśnie tym: macaniem po omacku. Manifestacją „teorii Oramusa”, której nie ma. Tak, tak, pierwsze, czego w zapowiadanym wydaniu Solarisu nie powinno być, to wstęp do wydania Iskier z 1987 roku, w którym autor próbuje jakoś tam usystematyzować  swe „krytyczne myślenie”. Niech zostaną po nim te dwa zacytowane przeze mnie zdania, bo tylko one oddają sprawiedliwość jego… metodzie?

#

Bo w tym szaleństwie musi być metoda, jak na wschodzie cywilizacja. Przecież przez blisko trzydzieści lat książka krytyczna, od dziecka trzymająca się kupy na ślinę i modlitwę o łaskę Wszechmocnego, nie tylko powinna, ale wręcz ma obowiązek zestarzeć się, zdechnąć i nie męczyć nas wreszcie swym starczym popierdywaniem. Tymczasem nic z tych rzeczy! Och, otwierająca „Wyposażenie…” „Inwazja fantastyki” ma wartość iście muzealną, a rozmowa z Lechem Jęczmykiem („Dzień dzisiejszy literatury przyszłości”) bawi i owym „dniem dzisiejszym” sprzed dekad i godnym „proszę pana”, „pan będzie łaskaw” i „dziękuję panu bardzo”, jakim obdarowują się nawzajem „Lech” z „Maruchą”, ale to nie znaczy, że trzeba je zastąpić czymś, nie daj Boże, „aktualnym”, skoro wystarczyłby drobny facelifting. A w świetnym „Siedem grzechów głównych polskiej fantastyki”, które wywołało niegdyś taką burzę, widzimy dziś wręcz klejnot domagający się zaledwie zmiany oprawy: cóż to były za szczęśliwe czasy, kiedy banał, sztampa, wtórność, grafomaństwo i niewyobrażalny niedowład wyobraźni objawiały się w tak wzruszająco łagodnej, jak opisana przez Oramusa, formie.

No dobrze, dla nadania cerze większej gładkości, „Wyposażenie…” można pozbawić recenzji książek które, podobnie jak ich autorzy, znikły za horyzontem zdarzeń. „Najlepsza jest woda” Leviego, „Zadanie” Zsoldosa. „Kosmiczny kalejdoskop” Shawa, może jeszcze „Kurs na zderzenie” Bayleya… bez tego się obędzie. Jeśli z części „Strefa cienia” poleci wszystko oprócz recenzji „Kosmolotu i czółna” Browera i „”Na podbój Księżyca” Mailera też się nie popłaczę. Ale to mało, tak strasznie mało na 280-stronnicowy tomik zawierający wywiady z minirozprawkami krytycznymi, w tym znakomitym „Biegnącym o ostrzu” (o Philipie K. Dicku), czterdziestoma kilkoma recenzjami książek mniej lub bardziej fantastycznych, zderzającymi Peteckiego ze Stanisławem Ignacym Witkiewiczem, Bestera z Sawaszkiewiczem, Żwikiewicza z Ballardem… plus bonus w postaci wymienionej „Strefy cienia”, poświęconej książkom niebeletrystycznym.

#

Więc jak to w końcu jest? Jakim cudem utrzymała się przy życiu książka o której napisałem, że jest pozbawiona kręgosłupa? „Coś tu nie gra” – jak powiedział dyrygent, kiedy orkiestra zamiast do filharmonii poszła w komplecie… na piąte piwo.

Może ktoś się zdziwi, ale ta ambiwalencja szalenie mi się podoba. Jest manifestacją tego prostego faktu, że Oramus ma „nadrzędną teorię”, której… nie ma. Jego brak teorii manifestuje się w całkowitym zaufaniu do nadrzędności własnego gustu w stosunku do wszystkiego innego i okolic. Jeśli coś staje na mu na przeszkodzie (a teoria lubi stawać na przeszkodzie nawet zwykłej komunikacji na poziomie językowym, QED) zasługuje wyłącznie na zmiecenie z powierzchni Ziemi, w krainę Niebytu. Ma to swoje nieoczekiwane konsekwencje: okazuje się, że na stosowanej przez niego stratyfikacji literatury fantastycznej, jej podziale na „fantastykę pierwszego” i „fantastykę drugiego” poziomu czyli tę, która po prostu istnieje i tę, która istnieje po coś, można już budować.

Byle ostrożnie. Byle po drodze nie zmienić się w wodzącego nosem po Galaxy Tabie matematyka, który nigdy, ale to przenigdy, nie udzieli ci na pytanie złej odpowiedzi.

Krzysztof Sokołowski

Zapisz

Zapisz