Na wszelki wypadek, bo pamięć ludzka zawodna jest – film przeznaczony był, kiedyś, do oglądania w tłumie. Jak jakiś teatr czy inna opera, tylko nie chodziło się we fraku na premierę. Taki hajlajf dla średniozamożnych i niżej, można powiedzieć: święto. Za komuny po karnety na Konfrontacje stało się około doby, najczęściej na mrozie i choć wówczas miewało się już małe fiaty, powodzenie posiadaczy/posiadaczek dużych gwałtownie rosło, bo w nich działało ogrzewanie.

Ale nie o rzewnych wspomnieniach rzecz, lecz samych filmach, więc skróćmy wątek wspomnieniowy do niezbędnego minimum.

#

Otóż nie wiem jak wy, ale ja nadal pamiętam przeżycie estetyczne, jakim może być takie – konfrontacyjne – obejrzenie filmu. Na zawsze zapamiętam w ten sposób obejrzaną „Śmierć na żywo” Taverniera na przykład.

Jaka była jakość kopii… och, to przecież nie do opisania. Nie dzisiaj, kiedy mamy HD i BlueRaya, czyli Panie Boże, dzięki ci za cuda techniki dokonane przez twe najmniej udane dzieło.

Czyżby?

Czy zapamiętałbym akurat ten film i w ten sposób, gdybym go obejrzał na największym możliwym ekranie, z najlepszego możliwego nowotworu techniki audio-video, w towarzystwie najlepszych możliwych przyjaciół?

Nie. Założę się, że nie.

Bo drugi film, który pamiętam tak dobrze, z tak cudowną jasnością, to „Upiór na sprzedaż” Rene Claira, obejrzany w towarzystwie bardzo wówczas nieletniego siostrzeńca, oderwanego od czegoś, co u dwunastolatków robi za Pokemony i oczarowanego wizją objawiającą się nam w śmierdzącej sali byłego kina Stolica, wśród skrzypienia rozpadających się foteli, na robiącym za ekran przybrudzonym prześcieradle.

#

Walter Benjamin użył określenia „aura” ma odróżnienie dzieła sztuki od jego kopii. Zainteresowanych odsyłam do „Twórcy jako wytwórcy” z czystym sumieniem, bo jego teksty żyją, można je ściągnąć z Chomika. Ale cóż z tego? Ci sami młodzi ludzie, którzy go pracowicie hodują, będą się wgapiać w bardzo wielkie, bardzo płaskie telewizory i wykonywać stop, kiedy uznają za wskazane pójść na siusiu. Albo odłożyć „resztę” na pojutrze, po egzaminie, party czy jak tam się to dzisiaj nazywa. Za ten luksus chętnie zapłacą sporo więcej niż płaci się za bilet.

Po co? Bo tak nakazano, bo to mniejszy wysiłek i symbol statusu, za forsę rodziców na dobry początek? Owszem, i nic nie chcą zmienić przypadki takie jak „Władcy Pierścieni” dowodzące dobitnie, że film przeznaczony jest kinu i im lepszej jakości będzie jego kopia, tym śmieszniejsze jej oglądanie. Jak wieszanie oleodruku leonardowskiej „Ostatniej wieczerzy” celem zademonstrowania umiłowania sztuki i przywiązania do kościoła łagiewnickiego (kościół toruński ma w nosie pretensje i wiesza zwyczajnie, Matkę Boską). Ale jest jeszcze jeden czynnik przymusu: jeśli kupiło się dowolne HD, to w cenę wliczona jest także pewność, że to doświadczenie ostateczne. Że nic go nie przeskoczy. Że HD wystarczy nie tylko w zupełności, ale nawet w ogóle.

#

A g… prawda, to znaczy góralska trzeciej kategorii. Żeby sobie przypomnieć to, co się szczególnie podobało („Murodch, mój synu!”, Romy Schneider w duecie z Harveyem Keitelem, pościg Czarnych Jeźdźców za Arweną) wystarczy przecież zwykły prosty DivX, który pójdzie na wszystkim, nawet nawet jednordzeniowym procesorze. Ale nim psy ogrodnika nie handlują. Tłusta […] nie da się odkleić od patentu, choć na DivXy i XviDy jej nosiciele żadnych patentów nie mają. Zgodnie z regułą rynku producenta wciskają gałki gęsi, z której robią sobie na stół pyszny pasztet konsumencki i to takiej gęsi, która pozostaje bezbronna, poza granicą zainteresowania obrońców praw ludzkiego zwierzęcia. Mieszają jej w głowie wiedząc z doświadczenia, że i móżdżek pyszny, pod warunkiem, że z bezmózgowca.

A ABW w to graj. Oni wiedzą, co dobre i jak myślicie, co robią z dyskami, które wczoraj ci z domu wynieśli?*

 Krzysztof Sokołowski

*Kopiują, dobry człowieku, kopiują, ale to przypis tak twierdzi, nie ja.

PODZIEL SIĘ