Bida w tym, że właściciel praw do Chodasiewicza (pod każdym imieniem tej samej woni) siedzi na nich tłustą [d…ą]* na patencie. Sam nie żre i innemu nie da. A jak już da, to niekoniecznie to, czego potrzebujesz. Daje nie w porę, lecz w nadmiarze i jeszcze go za po w rękę całuj, Pana, Dziedzica.

Nie obchodzą mnie wojny patentowe gigantów produkcji gadżetów, dla mnie to trochę jak mecze ligi koszykarskiej karłów albo inaczej: piękny show obleśnych grubasów na meczach NBA, ale… czy nie sądzicie, że mogą być pouczające? Zwłaszcza praktyka patentowania technologii i natychmiastowego siadania na niej w pozycji obronnej? Czy czegoś wam to nie przypomina?

#

No to z innej beczki: za komuny nie dokonałem niczego wyjątkowego, nie stać mnie na wyjątkowość, ale jeśli czegoś dokonywałem to po to, być mieć nieograniczony dostęp nie do szynki, lecz do książek. Móc przeczytać to, co akurat chcę przeczytać, teraz, później, może wcale, ale móc. Mieć szansę, mieć możliwość. Niech stoi, niech kurzem porasta, byle pod ręką, w tym świętym miejscu na tym świętym regale.

Kiedyś, przypadkiem, w jakiejś książce wyczytałem, że to się nazywa „rynek konsumenta”. No więc OK, w dziesięć lat po tym, jak za magisterkę o Zbigniewie Herbercie nagrodzono mnie odmową obiecanej asystentury (i wcale nie o to chodziło, że mogła być kiepska, kto się przejmował jakością rozdając etaty!), dostałem od Nobel-Wałęsy rynek konsumenta, dzięki któremu mogłem mieć Heberta pod dostatkiem.

Czyżby? W długim okresie czasu być może, może w przypadku Heberta, ale gdzie sól wyjaławiająca ziemię? Gdzie Chodasiewicze, utrzymujący mnie samą swą mnogością? Jasne, Nobel-Chodasiewicz zawsze będzie, bo go nie chcę, ale im bardziej potrzebni ci potrzebni, tym bardziej ich nie ma. Jest za to ostateczny termin płatności. Muszę zarobić coś, byle co, byle dużo.

Co na to rynek konsumenta!? Czy ja nie jestem konsumentem?

#

Bida w tym, że właściciel praw do Chodasiewicza (pod każdym imieniem tej samej woni) siedzi na nich tłustą [d…ą]* na patencie. Sam nie żre i innemu nie da. A jak już da, to niekoniecznie to, czego potrzebujesz. Daje nie w porę, lecz w nadmiarze i jeszcze go za po w rękę całuj, Pana, Dziedzica. Przecież nie potrzebujesz, człowieku kupy ciężkiego papieru. Nie potrzebujesz zdobnej okładki. Nie potrzebujesz bazgrołów pstrzących niepotrzebny papier gdzieś tam, między niepotrzebnymi okładkami.

Potrzebujesz, człowieku, jednego cytatu, na ogół czegoś, nad czym „ciąży duch sztambucha”, bo złośliwy z ciebie piernik.

Można oczywiście zacisnąć zęby i cierpieć, kiedyś nie było innego sposobu na życie. Teraz jest. Teraz możesz wklepać słowa kluczowe w wyszukiwarkę Madara i już masz duże szanse na dostanie dokładnie tego, czego potrzebujesz: czystego tekstu Chodasiewicza w formie, w której o ile łatwiej wyszukać kompromitujący cytat niż mozolnie przewracając kartki.

I wówczas… wkracza ABW, na które zagwizdał pies ogrodnika. Bo psu ogrodnika gnata spod tyłka wprawdzie nie wyrwałeś, ale też i już go nie potrzebujesz, a to przecież zbrodnia przeciw ustrojowi… nie, wróć, „wolnemu rynkowi”… chociaż w sumie na jedno wychodzi. „Nie wolno! Zły klient! Do budy!”.

Pójdę do budy za „spiracenie” mojej ulubionej Pani Mai Kossakowskiej-Grzędowicz wówczas, kiedy nawet Pani Maja nie miała tej swojej książki, której potrzebowałem na wczoraj. Pójdę chętnie bo jest nadzieja, że Pani Maja podsunie mi metaforyczną miskę w postaci dosłownego kilograma cebuli. Podziwiam Panią Kossakowską, talent i unikalną urodę w wyważonych proporcjach, więc… ABW, zapraszam!

 Krzysztof Sokołowski

Zapisz

PODZIEL SIĘ