O tym, jak skrzywdzić bezbronną powieść i o tym, jak jej za krzywdę zadośćuczynić.


Jest to opowieść o wielkiej miłości, o władzy, polityce, szlachetnych zamiarach i podłych uczynkach. Jest to opowieść o bohaterach, bo tacy bohaterscy się urodzili, o bohaterach, których uczyniły nimi okoliczności i o tchórzach: z urodzenia, z ostrożności i z wyrachowania. Jest to opowieść o magach, szpiegach i politykach, ale też o ich ofiarach, „zwykłych szarych ludziach”: młodych naiwnych arystokratach – pięknoduchach, prostodusznych mieszczanach, chytrych wieśniakach i zagubionych w rynsztokach świata nierządnicach czystego serca, którym łaskawy los daje drugą szansę. A także, co nie bez znaczenia, opowieść o jednym wojowniku, który nie powinien do niej pasować, ale dziwnie pasuje.

Jest to opowieść o radościach snucia opowieści, ale i o wyrzeczeniach, których opowieść wymaga jak powietrza.

Jest to opowieść o świecie poskładanym z elementów tak różnych, tak drastycznie heterogenicznych, że powinien rozpadać się od czytelniczego kichnięcia, ale jakoś się nie rozpada. Jest tego świata akurat tyle, by działania bohaterów zyskały zrozumiały kontekst, ale nie tyle, by pogrzebał ich orgietką tandetnych detali. Świat przedstawiony pozostaje w równowadze atrakcyjnie chwiejnej, a nie nużąco solidnej, swej własnej, nie gatunkowej. Jego elementy uzupełniają się nawzajem w sposób co najmniej kompetentny, zaskakujący u powieściowej debiutantki. Jeśli ktoś potrzebuje nie słownikowej, lecz literackiej definicji mise-en-scene, to ją w tej książce dostaje, przystępnie wyłożoną.

Jest to powieść, w której powaga bez sztuczności i dyskretny humor przeplatają się nie dając czytelnikowi ani chwili czasu na nudę.

Jest to powieść bez szans na wygranie konkursu piękności „na bestseller”. Za wiele w niej kruchej elegancji, by biła po oczach urodą, ale to nie znaczy, że wolno ją krzywdzić bezkarnie. Tymczasem została skrzywdzona i to wielokrotnie. Zapewne przez bezmyślność, ale krzywda jest krzywdą bez względu na motywację, nawet jeśli są nią dobre chęci.

***

Po pierwsze: skrzywdzono ją okładką. Okładka to rzecz merytorycznie nieważna, ale jest pierwszym co rzuca się w oczy, a książka też nie dostanie nigdy drugiej szansy na zrobienie pierwszego wrażenia. Tymczasem z tą okładką wygląda ona jak wieczny egzemplarz recenzyjny, który przeszedł przez tyle rąk recenzentów odmawiających lektury, że poczerniał od ich brudnych paluchów.

Po drugie: skrzywdzono ją redakcją. Czyżby nikt z wydawnictwa chwalącego się pracą z debiutantami nie powiedział debiutującej w długiej formie autorce, że początek ZAWSZE przepisuje się co najmniej jeden dodatkowy raz? Najwyraźniej nie, bo te pierwsze kluczowe kilkadziesiąt stron jest rozbiegówką z koślawych zdań i sztucznych „dialogów – infodumpów” po czym, nagle, mniej więcej z pojawieniem się Caitlinn, narracja nabiera tempa, a nad lekkie jak puch dialogi wzlatuje duch mistrza interakcji Andrzeja Sapkowskiego. Błogo uśmiechnięty, jakby całym swym dobrodusznym obliczem mówił: „no, nareszcie jest oprócz mnie ktoś, kto wie, jak to się robi”.

Po trzecie, najważniejsze i najbardziej bolesne, autorka – z przymusu? Z własnej woli? – uparła się zniszczyć w drugim tomie to, co tak pracowicie tworzyła w pierwszym (odliczając rozbiegówkę). Bo czym jest streszczenie „W pierwszym tomie…” jeśli nie nadpisaniem magicznej opowieści szeregiem zdań prostych, tłumaczących „na łopatę” co się już zdarzyło, komu, dlaczego i po co? Czym jeśli nie ich destrukcją jest kończąca powieść iście filmowa „lista etatów”, w której skomplikowanych, niejednoznacznych i przez to interesujących bohaterów opisuje się dwoma-trzema zdaniami, obierając ich tym z całego bogactwa? A i to nie wszystko. „Posłowie” pracowicie, mozolnie wyjaśnia, co „autorka miała na myśli”, skutecznie niwecząc prawdziwą radość lektury. „Miejsca niedookreślenia” zostają w ten sposób zabetonowane na mur, pozostawiając czytelnika w przekonaniu, że wypełniając je wcześniej samym sobą, sypiąc w nie złote monety wyobraźni, dokonał fatalnej inwestycji i zrobił robotę głupiego. Nie każdy musi zaraz kochać Ingardena, ale polemika z nim przy pomocy dokonywania pisarskiego harakiri nie wydaje się przesadnie sensowna.  Wrażenie, że zostałeś nabrany i po jaką ciężką cholerę zawieszałeś niewiarę tylko konkretyzują „Podziękowania”, w których jako „czytelnik modelowy” występuje „archeolog intertekstów”, skutecznie wykopujący z głębin narracji nawet „te, o których tylko myślałam”.

Jeśli Marta Kładź-Kocot chciała odstraszyć czytelnika, takiego jak na przykład ja, przekonać go, że zmarnował kilka dni tworząc sobie swą własną „Noc kota, dzień sowy” zamiast pracowicie deszyfrować cudzą, to wybrała metodę zabójczo skuteczną.

Nie, nie tędy droga. „Noc kota, dzień sowy” to przecież fantasy. To popliteratura, która powinna przede wszystkim „się czytać” (i czyta), a wszystko inne to bonus. Popliteratura sprezentowana tak, by „plankton czytelniczy” aktywnie odstraszać, jest zaprzeczeniem samej siebie. Na szczęście tę jej manifestację daje się uratować. Można przecież oprawić ją w byle co, choćby ordynarny szary papier pakowy (jeśli ktoś jeszcze sprzedaje tę ohydę). Można zacisnąć zęby i przebrnąć przez pierwsze nieszczęsne strony pierwszego tomu, a z drugiego wyciąć żyletką wszystko, co odautorskie koniecznie z zamkniętymi oczami, by nie ulec pokusie zepsucia sobie zabawy.

Można zadośćuczynić krzywdom, które spotkały „Noc kota, dzień sowy”.

Bo warto.

Krzysztof Sokołowski