No i mamy wreszcie pierwszego prawdziwie kingowskiego grubasa, w pełni zasługującego na rozbicie na dwa tomy. Mamy więc także okazję by zastanowić się, czy „typowy kingowski grubas” zawdzięcza objętość „typowemu kingowskiemu słowotokowi”? Odpowiedź na tak zadane pytanie zależy, oczywiście, od wrażliwości odpowiadającego. Wielbiciele szybkiej akcji, odrobiny sensacji, uderzeniowej dawki niesamowitości i oczywistych strasznych strachów, muszą poczuć się „Łowcą snów” urażeni. Powolne jest tempo tej opowieści, a i tak nieprzesadnie spieszna narracja komplikuje się w stopniu zdolnym utrudnić lekturę przynajmniej niektórym czytelnikom tam, gdzie powinna obowiązkowo przyspieszać ku obowiązkowo zaskakującemu rozwiązaniu. Kingowi udało się też urazić tą książką wielbicieli fantastyki, reagujących niechęcią i na banał „inwazji obcych”, i na zgrany motyw spiskowy, jakby żywcem wyjęty z mniej udanego odcinka „Z archiwum X”.

„Łowcę snów” można czytać i tak, najprościej, wręcz prymitywnie, ale dużo się tym traci. Jak zwykle, kiedy u Kinga szuka się przede wszystkim czegoś już znajomego, najdosłowniej szablonowego. Tymczasem ten pisarz nigdy nie chodzi ścieżkami tak prostymi, jak to się wydaje na pierwszy rzut oka. Za to każda jego ścieżka jest jego własna… i prowadzi w jego własną krainę. Jak się w niej odnajdziemy jako czytelnicy, to jest już nasz problem.

Pierwsza z tych ścieżek prowadzi w krainę autobiografii. W dziełach Kinga kilkakrotnie momentem szczególnie fabularnie znaczącym jest zdarzenie z dzieciństwa: grupę młodych ludzi, chłopców, jednoczy traumatyczne przeżycie. Wspomnienie o nim, choć utajone na wiele lat, żyje jednak gdzieś, w pamięci i wystarczy splot przypadkowych okoliczności, by powróciło z siłą, mającą wymierny wpływ na rzeczywistość. W istocie tak wymierny i tak nieoczekiwanie tajemniczy, że ożywia „nierzeczywistość”, otwiera drzwi do krainy fantazji, cudownej krainy zachwytu i mrocznej krainy strachu, którą w literaturze, konwencjonalnie, nazywamy horrorem. W „najlepszych Kingach” widać jednak wyraźnie, czym ten horror różni się od typowego. Tym mianowicie, że nierzeczywiste, nadrzeczywiste, groźne, straszne i horrorowe, w istocie nie ma swego autonomicznego bytu. Jest narracyjnym zabiegiem uświadamiającym nam, czytelnikom, że w życiu nic nie ginie, że każdy nasz czyn, nawet błahy, ma swoje niebłahe konsekwencje. A jeśli czyn był „dobry” w najprostszym, najbardziej podstawowym znaczeniu tego słowa, jego konsekwencje też są dobre. Czym jest przecież „Łowca snów” u samej swej podstawy, jeśli nie opowieścią o tym, że gdyby grupka przyjaciół nie okazała prostej litości maltretowanemu upośledzonemu umysłowo koledze, nie mielibyśmy dziś do dyspozycji świata takiego, jaki mamy? Wykorzystanie nadnaturalnych motywów, banalnych wyśmiewanych, zgranych toposów, by z moc spojrzeć na rzeczywistość z lotu ptaka, to znak firmowy Kinga. Najczęściej nie zauważany, a nawet jeśli, to pomijany, lekceważony, bywa, że i wyśmiewany. Intelektualna bierność współczesnego czytelnika objawia się między innymi tym, że tego, o czym czyta, współczesny czytelnik nie odnosi już do siebie. Że powieści takie, jak „Łowca snów”, traktuje jako wyprawę w krainę przygody, która w żaden sposób nie dotyczy jego samego. Nie budzi refleksji, a powinna. Kogo stać na refleksję, wygrywa choćby przez to, że nie zmarnował czasu na lekturę… a ta lektura wymaga czasu.

Jest też typowo kingowską ścieżka zaczynająca się „u progu domu”, lecz prowadząca głęboko w tajemnicze ostępy. King doskonale potrafi oprawić swe doświadczenia w materię literacką. „Łowca snów” to jego pierwsza powieść napisana po wypadku, który omal nie uczynił go kaleką, dał mu poznać z pierwszej ręki, czym jest fizyczny ból i co naprawdę znaczy słowo „cierpienie”, a także czym jest kuracja z użyciem środków przeciwbólowych tak silnych, że oszałamiających jak narkotyk. I tak już na samym początku mamy w „Łowcy snów” wypadek samochodowy, a jego długa końcówka: bohaterowie telepatycznie odczytujący nawzajem swe myśli, to wskakujący w akcję prawem kaduka, to z niej w niewyjaśniony sposób wyskakujący, przypomina niegdysiejsze eksperymenty „hippisowskiego” pokolenia twórców, szukających w narkotykach „rozszerzenia świadomości”. Tyle, że „rozszerzenie świadomości” nie jest w przypadku Kinga celem, lecz środkiem do celu.  

I wreszcie jest ścieżka którą wymieniam jako ostatnią, bo jest najważniejsza. Wszystkie heterogeniczne elementy fabuły zbiera w całość sposób, w jaki Stephen King traktuje to, co w dziele literatury najważniejsze: język, jakim została stworzona. King jest – i na długo, być może na zawsze – pozostanie zaprzeczeniem tezy, że literaturę popularną powinno się pisać „prosto”, gładkimi zdaniami oznajmującymi, prowadzącymi możliwie bezpośrednio z punktu „A” akcji, do punktu „Z”, z pominięciem tylu liter alfabetu, ile się da. King „dobiera język do historii” tak jak rzemieślnik dobiera narzędzia: nie po to, żeby „coś” tylko działało, lecz tak, by działało w sposób możliwie jak najbardziej doskonały i jeszcze sprawiało estetyczną radość. W „Łowcy snów” udoskonalił je, uciekając się do zabiegu pozornie absurdalnego: pierwszy szkic powieści napisał odręcznie, wiecznym piórem. Ten akurat autor lubi opowiadać o swym procesie twórczym rzeczy, które z łatwością przychodzi mi uznać za konfabulacje, ale w to wierzę bez zastrzeżeń: fizycznie męczący proces konstruowania tekstu pozwolił mu stworzyć dzieło, w którym żaden językowy ornament, choćby wydawał się przesadnie egzotyczny, nie jest zbędny. Może dlatego, że znam „Łowcę snów” doskonale, ale w języku oryginału, a bardzo średnio z przekładu.

I na zakończenie uwaga o charakterze ogólniejszym. „Łowca snów” to ta powieść, którą autor tak popularny, że wręcz hiperpopularny, pokazuje, że prawdziwą popularność zyskuje się nie dając czytelnikowi to, czego podobno czytelnik „się spodziewa”, lecz umiejąc z najprostszych elementów złożyć coś, czego się właśnie nie spodziewał.

 

Krzysztof Sokołowski

 

[dla tego wpisu włączone są komentarze]