01
styczeń
2021

Piękny mały świat.

„Narzeczona z Kociewia (powieść fantasy)” Konrada T. Lewandowskiego (Wydawnictwo Ferratur, 2020) to coś w sam raz na nowy rok po starym 2020 roku, który większości z nas dał jednak ostro popalić. Miło, tak na odmianę, zanurzyć się z rękami, nogami i głową w świecie wyobrażonym, w którym wszystko jest na swoim miejscu i wszystko do siebie pasuje. W świecie, w którym życie, choć nie wolne od drobnych niedogodności i wielkich tragedii, można przeżyć w zgodzie ze sobą oraz z tym wszystkim, co otacza każdego z nas. Co nas zawsze budowało, kształtowało i co dawało nam kompas na drogę zawsze krętą, choć nie zawsze długą.

Gdzieś po drodze zgubiliśmy ten kompas, a że nie potrafimy go odnaleźć tłumaczymy sobie, że nie jest nam potrzebny, nigdy nie był, nigdy nie będzie, a w ogóle to nigdy nie było żadnego kompasu i dobrze, że go nigdy nie było bo każdy ma prawo chodzić tam gdzie mu się podoba, jak mu się podoba, do przodu, na boki i w kółko. Tylko cofanie się jest niedopuszczalne.

Co jest oczywistą nieprawdą.

Ale do rzeczy. A więc akcja „narzeczonej z Kociewia” toczy się, jak sam tytuł wskazuje, na Kociewiu: niewielkiej, bardzo pięknej krainie nad wielką piękną Wisłą, której punktami orientacyjnym są miejsca tak wspaniałe jak Pelplin i Gniew. Rozciąga się na lata od mniej więcej 1320 do mniej więcej 1920, czyli (mniej więcej) od gnębiących Kociewie wojen krzyżackich po plebiscyt na Warmii i Mazurach. Plebiscyt ten w Janowie na Kociewiu Niemcy wyjątkowo przegrali i tak wokół wioseczki powstała niezwykła enklawa po złej stronie rzeki, nazywana czasem Małą Polską. Z czułością i bez ironii.

Na Kociewiu żyje ród Tollików, zrośnięty z tą ziemią, głęboko w niej zakorzeniony, rozumiejący ją, znający jej tajemnice, osadzony w tradycji, dzięki czemu cieszy się wielkim poważaniem. Stróżowały Tolliki na tej ziemi, żyły z niej i jej broniły, ziemia zaś oddawała ich troskę, nagradzała kiedy trzeba a kiedy trzeba karała, na swój sposób pilnując przy tym, by Tollikom nie stała się krzywda. Ale teraz Tolliki i ta ich kociewska ziemia muszą zdobyć się na wysiłek wielki i ostateczny, bo nie będzie ani ich, ani Kociewia jeśli Krzyżacy wygrają pod Grunwaldem, a to staje się coraz bardziej prawdopodobne.

Taka jest, w dużym uproszczeniu i bez spojlerów, akcja „Narzeczonej z Kociewia”, nie nazbyt szybka i nie nazbyt prosta, a nawet wręcz przeciwnie, zygzakowata i najeżona niespodziankami. Wymaga podróży w czasie, ale nawet od podróży w czasie znacznie bardziej fascynujące jest, jak cała kociewska ziemia, woda i powietrze włączają się w wojnę o to, by świat pozostał „jakim winien być”. Wisienką na tym czytelniczo smakowitym, nie za tłustym i nieprzesłodzonym, torcie jest zaś nieoceniona pomoc, której w tym zbożnym dziele udziela im szintoistyczny kapłan, rodowity Japończyk, którego obecność w tym miejscu i w tym czasie, w Małej Polsce Roku Pańskiego 1920 jest, przynajmniej historycznie, doskonale uzasadniona i nie ma w sobie nic z fantasy.

No właśnie, fantasty… Ja nie mam najmniejszych problemów z tą nazwą, użytą do opisania tej powieści, ale puryści mogą mieć problemy. Bo fantasy jest wtedy, mówią puryści, kiedy świat fantastyczny istnieje w oderwaniu od „rzeczywistości”, naszej lub fikcyjnej ale jako „rzeczywistość” przedstawionej (nawet Shire jest rzeczywistością, w porównaniu z Rivendell). U Lewandowskiego tego przeciwstawienia nie ma. W „Narzeczonej z Kociewia” rzeczywistość i nierzeczywistość, profanum i sacrum, są jednością jak – by użyć tego wyświechtanego ale nadal celnego określenia – awers i rewers tej samej monety. Toteż w ludzkiej walce biorą udział istoty uznawane potocznie za „nadnaturalne”: cały areopag bóstw nie na darmo zwanych „rodzimymi” ale także bóstwa szintoistyczne, a nawet Jeden Bóg w Osobach Trzech mądrego, uczciwego z kościami księdza Niklasa. Ta walka nie jest tylko ludzką walką. Jest ich walką. Nie, nie walką z obcymi, obcych wita się tu jak gości… jeśli przybyli jako goście, choćby niechciani i nie zaproszeni. Ale jeśli intencje gości są wrogie, to znaczy zaburzające naturalny porządek rzeczy, goście przestają być gośćmi a stają się wrogami, więc zostają potraktowani jak wrogowie.

Dzięki takiej konstrukcji świata przedstawionego „Narzeczona z Kociewia” jest książką w sam raz na nowy miłościwie nam panujący rok 2021. Bo 2020 postawił na głowie ów naturalny porządek rzeczy. Kazał wątpić we wszystko, w co wierzyliśmy niezłomnie, łącznie z wszechmocną nieśmiertelnością sacrum Pyrkonu i Gali Zajdlowskiej. Powieść Konrada Lewandowskiego dodaje otuchy nam wszystkim bez wyjątków tym niezłomnym i doskonale uzasadnionym przekonaniem, że jest coś, na czym można się wesprzeć. Że wystarczy dotknąć metaforycznej „kociewskiej ziemi”, a każdy z nas może być jak Anteusz.

Jak opisać tę ziemię wielbicielom fantasy? Najlepiej da się to zrobić przytaczając słowa Sama Gamgee, który na Kociewiu poczułby się jak u siebie w domu, choćby nie znał języka ni obyczajów, ni roślin na polach i w ogrodach, ni żywiny z domu i obory: „A w co my wierzymy? W to, że na tym świecie istnieje dobro i że warto o nie walczyć”.

Krzysztof Sokołowski

Share

You may also like...