Autor: Lapsus Calami

Oj, działo się, działo, za młodu nasiąkło i dalej mi trąci, ale jest z tego i nauka.

Już go słyszę – rechot purystów. Będą mieli swój, niech ich podrażnię makaronizmem współczesności: „field day”. A esteci najpierw zatkają nosy, a potem je zadrą. Puryści w mowie i w piśmie używają języka żałośnie ubogiego, bo co ponad minimum jest oczywiście podejrzane, kryteria estetów nie wykraczają poza „to mi się podoba, a to nie i

Straszna szkoda, że to nie jest fantastyka (James Bond, jako taki)

Pięćdziesiąt lat. Dwadzieścia dwa filmy. Imponująca częstotliwość, imponujące powodzenie i wierność trzeciego już pokolenia. Z jakością różnie bywało, ale i tak chciałoby się teraz pisać o fantastyce.  Pierwszą przetłumaczoną przeze mnie powieścią, jeszcze na maszynie, jeszcze „za komuny” – i jedyną, która się nie ukazała – było „In Her Majesty Secret Service”, może najlepszy z

Galeria Andrzeja Łaskiego cz. 1

Takich trzech jak nas czterech, to nie ma ani jednego. Jarek Grzędowicz, Andrzej Łaski, Rafał Ziemkiewicz i skromny piszący te słowa. Darek Zientalak zaginął nam gdzieś, za lasami, za morzami, albo tylko za Kanałem. Mieliśmy – mówię nie tylko za siebie – fart. Przed ćwierćwieczem udało się nam przełożyć robiony z fantazją fanzin na dobre

Galeria Andrzeja Łaskiego cz.2

Przyglądanie się pracom Andrzeja sprawia przyjemność, owszem. Nie tylko mnie. Ale też uczy. A ja lubię się uczyć. Tworzenie ilustracji do tekstu pisanego ma swoją specyfikę, jednak pod względem formalnym niczym nie różni się od tworzenia każdego innego dzieła plastycznego. Innymi słowy, wymaga skomponowania. Ilustracja musi być harmonijna jako taka, a nie tylko współpracować z tekstem.

Spychacz

Andrzej Łaski zawsze podnosił mnie na duchu. Niczego nie kocham tak jak roboty dobrze zrobionej.  Poznaliśmy się w Fenixie… nie powiem, ile lat temu, bo może „Lapsusa…” czytają ładne dziewczyny? W każdym razie byliśmy młodsi niż dziś jesteśmy młodzi. To Andrzej nadał wówczas małemu pisemku wyraz w pełni odpowiadający jego wielkim ambicjom, a odwrotnie proporcjonalny

„Kimże jest poeta? Jeśli oddaje mu się cześć – nikim; ale jeśli się go prześladuje, wówczas jest wszystkim”. (Rafael Marin, „Krople światła”)

Czy space-opera to SF nie tyle rozrywkowa, co odmóżdżająca (podstępnie, ukradkiem i bardzo nie po SF-owsku) to kwestia niepewna, do dyskusji na później. Całkiem pewne jest natomiast to, że space-operę otwieraliśmy  i na space-operę chodziliśmy do kina właśnie po to, by się odmóżdżyć. Zaczęło się to przed Gwiezdnymi Wojnami, ale na nich wcale nie skończyło.

Horror – czy nadnaturalny, czy też pod innym imieniem straszy piękniej…

…niż horror straszy? Oczywiście! Ta prawda docierała do mnie stopniowo. Zaczęło się, jak zwykle od pytań; to chyba właśnie historia sztuki nauczyła mnie kwestionować zasadność subiektywnego postrzegania. Dlaczego obejrzana na Konfrontacjach „Śmierć na żywo” Bertranda Taverniera z 1980 roku, film podobno fantastyczno naukowy, ekranizacja wydanej w Polsce powieści Comptona, wstrząsnęła mną jak nigdy żaden z

Tłusta [d…]* na patencie cz.2

Na wszelki wypadek, bo pamięć ludzka zawodna jest – film przeznaczony był, kiedyś, do oglądania w tłumie. Jak jakiś teatr czy inna opera, tylko nie chodziło się we fraku na premierę. Taki hajlajf dla średniozamożnych i niżej, można powiedzieć: święto. Za komuny po karnety na Konfrontacje stało się około doby, najczęściej na mrozie i choć

Tłusta [d…]* na patencie cz.1

Bida w tym, że właściciel praw do Chodasiewicza (pod każdym imieniem tej samej woni) siedzi na nich tłustą [d…ą]* na patencie. Sam nie żre i innemu nie da. A jak już da, to niekoniecznie to, czego potrzebujesz. Daje nie w porę, lecz w nadmiarze i jeszcze go za po w rękę całuj, Pana, Dziedzica. Nie