Magdalena Kozak jako taka… a jak nie taka to jaka i dlaczego?

Święta Bożego Narodzenia już prawie, tuż, tuż, teraz polecać – choćby i nie wprost – horror „z wampirami”? Brutalne „military SF” o wojnie na innej planecie? Hard SF: inwazję gigantycznego barszczu Sosnowskiego, ha, ha, ha? Nie wypada, no po prostu nie wypada. Co innego wystawić notę „dobry plus” „Paskudzie&Co”, to byłoby takie świąteczne, takie taktowne.

I właśnie dlatego nic z tych rzeczy. Podczas Świąt proponuję nietypowo: mniej obciążać brzuch i ćwiczyć szczęki, bardziej doskonalić twórcze myślenie. Choćby przez powrót do czegoś oczywistego, odfajkowanego, odłożonego ad acta i nawet już powoli zapominanego.

Święta Bożego Narodzenia to dobra pora, by na niektóre sprawy spojrzeć z innej strony.

Na przykład: jak to jest z tą tetralogią „wampirzą”? Co poradzić na wampiry, porozumiewające się z przyjaciółmi (i wrogami) językiem dość, mówiąc najłagodniej, specyficznym? Strona 199 „Nocarza” (wydanie z 2015 roku) to niemal w całości rejestr zmian nazewnictwa czegoś, co ostatecznie stało się nie „Biurem Łowców”, czy może dyskretnym „Cmentarzem Szczególnego Użytku”, lecz… Zarządem Operacji Antyterrorystycznych. A dziś być, być może, czymś jeszcze innym, nie jestem wampirem, więc to co ja tam wiem?

Mało?

No to proszę bardzo:

„- On tę krew kupił” – mówi wampir do wampira – „Dlatego chciałeś, żebym go sprowokował. Policjanci spisali jego dane, a ty dzięki temu będziesz wiedział, kim jest i będziesz mógł puścić za nim obserwację”. – Wampiry zdobywają krew drogą kupna i przy pomocy… policji?

„- Faktycznie, wygląda na to, że przynajmniej połowa z nich uczyła się jeszcze na dzidach” – mówi wampir do wampira – „Nawyki mają wręcz porażające”. – Czego wampir może się uczyć „na dzidzie”?

„- Właśnie, Szefie” – przytakuje gorliwie wampir wampirowi – „Strzelanie klasyczne. Jak staną na dwudziestu pięciu metrach, walą same dziewiątki i dziesiątki. …”. Trigger-happy wampiry zapomniały, czym walczą z niezrównaną biegłością?

Wampir do wampira: „Prawie dwie paki na blacie, patrz żesz na drogę, kurwa twoja mać”. Żeby jeszcze obaj lecieli, to mniejsza, ale nie. „Lecą” BMW.

„Wolę, żeby mnie czterech sądziło, niż sześciu niosło, wiesz?” – zwierza się wampir wampirowi. Zagadka: co to może mieć wspólnego z biologią i/lub kulturą wampirów? Ktoś ma jakiś pomysł? Ja, nie.  

Pokreśliłem całego „Nocarza”, pełnego takich kwiatków i z pół „Renegata”, nim wreszcie dałem sobie spokój. Za dużo tego było, a i tak towarzyszyło mi nieprzyjemne przekonanie, że coś za łatwo pewne ważne sprawy pomijam, a nawet gubię. Nie chodzi wyłącznie o ten specyficzny zawodowy żargon, bardziej o to, co żargon ten oznacza.

Oznacza zaś, po pierwsze, że wampirzy folklor jest w tetralogii zwanej „wampirzą” zaledwie środkiem do celu, z czym zakamieniali wielbiciele literackiej fantastyki powinni się jak najszybciej pogodzić. Intuicyjnie już się zresztą pogodzili, przynajmniej niektórzy. Zorganizowani fani Kozak, „Nocarze”, nie wstawiają sobie kłów, a na czas występów publicznych, zamiast chlapać się ketchupem, wdziewają antyterrorystyczne wdzianka, laików uczą zaś… zasad pierwszej pomocy. Świadomość tego, że są wampirami, nie spędza im snu z powiek. Ciekawe swoją drogą, jak to sobie racjonalizują? Na moich oczach pili z termosów. Co?

Po drugie, nieco ważniejsze: gdyby tetralogia opisywała tylko potyczki, jakie „dobrzy gliniarze” toczą „z tymi złymi”, wampiry nie byłyby autorce do niczego potrzebne. Nie wątpię, że potrafiłaby i bez nich skomponować rozrywkowy thriller mrożący, nomen omen, krew w żyłach. Jeśli tego nie zrobiła, to z jakiegoś powodu. Z jakiegoś powodu nie skrzyżowała po prostu mafijnej tradycji literackiej spod znaku „Ojca chrzestnego” z psychologicznym thrillerem o długim rodowodzie, sięgającym progu XX wieku i „Człowieka, który był Czwartkiem” Gilberta Keitha Chestertona. Nie dorzuciła do tego „Infiltracji” Scorsese, nie zamieszała i nie przyprawiła do XXI-wiecznego smaku.

Po trzecie – i najważniejsze – warto znaleźć odpowiedź, dlaczego tak „nie zrobiła”, choć aż się prosiło o „tak zrobić”. Tylko, żeby odpowiedź znaleźć, trzeba koniecznie zapomnieć o wampirach w szczególności, a w ogóle to o całej fantastycznej otoczce. Cóż nam wtedy zostaje?

Zostaje nam całkowity brak… ludzi. Ludzie istnieją gdzieś, na obrzeżach wampirzej tetralogii Kozak, ale funkcjonują wyłącznie jako bierna masa. Są jak stado owiec, atakowane przez wilczą watahę, a bronione przez pasterskie psy. Nigdzie, ani przez chwilę, nie stają się podmiotem działania, nie biorą spraw w swoje ręce. Och, od czasu do czasu autorka wspomina, że kiedy ludzka tłuszcza zerwie się do walki, w akcie ostatecznej rozpaczy jest w stanie zdziesiątkować kłonicami po równo psy i wilki, ale nigdy do końca i po jakimś czasie sytuacja wraca do „nomy”.

Zero refleksji. Z człowieczeństwa człowieka zostają wyłącznie najprymitywniejsze instynkty.

Przy całym swym pesymizmie nienowa to ocena ludzkiego stada, ale u Kozak jest ona podana w stanie czystym. Tetralogia „wampirza” potrzebuje wampirów dla tej właśnie czystości przekazu. Dla pokazania, jak istoty najdosłowniej w świecie „wyższe” i – co ważniejsze – świadome swej wyższości, próbują udowodnić sobie, kto lepszy, silniejszy, sprawniejszy i mądrzejszy. Owczarki i wilki zagryzają się nawzajem, a my… cóż, my tylko dostarczmy im pretekstu do walki na śmierć i życie, przybierającej w końcu nader barokowe formy. Nie na darmo powołałem się na „Inflitrację” Scorsese, tylko że tam, w „Infiltracji”, gdy człowiek staje przeciwko człowiekowi, opowieść o totalnym wyobcowaniu, o gwałcie na ludzkim „ja” i o tak wysokiej, że niewymiernej cenie przejęcia tożsamości, jest jednak rozmyta. Trudno uwierzyć w nieludzkość i nadludzkość Matta Damona i Leonarda DiCaprio, a nawet Jacka Nicholsona.

Wampiry są z natury nieludzkie i nadludzkie, więc ten problem odpada. A kiedy, jak Vesper, doznają jednak uczuć zbliżonych do ludzkich, świadomość tego, do jakiego stopnia zostały zdegenerowane, uderza z siłą nie ciosu już, raczej kafara.

Z wampirami Kozak jest tylko jeden problem: jej tetralogia liczy sobie o tom za dużo, albo o tom za mało. Ze śmiercią przesympatycznego – i niemal okrutnie wyśmiewanego – Okruszka, uświadamiającego nam od czasu do czasu, jak nisko ceniony jest człowiek, historia zmagań (z człowiekiem w tle) rozmywa się w coś w rodzaju skomplikowanej sagi rodzinnej, przez co wampiry tracą swą wampirzą specyfikę, a ich zwyczaje i zachowania degenerują się  do folkloru. „Watykańscy” sprawiają wrażenie wprowadzonych na siłę, dla podtrzymania nastroju, a wojna o krew przestaje różnić się czymkolwiek od banalnej prohibicyjnej wojny gangów: zwolennicy legalnej trzeźwości, jadący na gorzale bezalkoholowej manewrują tak, by jak najmniejszym kosztem – najlepiej intrygą, choćby iście bizantyńską – pokonać kuzynów, dla których nie ma życia bez Kentucky 130+ proof. Czy jakiś (jaki?) tom piąty przywróci ją do pionu? Pani autor? Prosimy o odpowiedź.  

Rozumiem, że mimo powyższych wyjaśnień ktoś może uznać opowieść o – bądź co bądź – wampirach za odrobinę za ostrą na Boże Narodzenie… i niezbyt dobry omen na Nowy Rok. Czytelnikom o wrażliwszych żołądkach ośmielam się więc podsunąć „Łzy diabła”. Niezwykle sprawnie napisaną opowieść o nieustannie płonącym jasnym ogniem – i nieustannie zmiennym – konflikcie afgańskim, który Magdalena Kozak zna z obserwacji uczestniczącej. W jej wykonaniu konflikt ten ma miejsce na innej planecie, ale przeniesienie go gdzieś, w głębię Wszechświata, to zabieg maskujący, identyczny co do metody jak casus „wampirów”. I – jak casus wampirów – nieprzypadkowy.

Afganistan to kraj tonący w aurze tajemniczości, egzotyki i w bohaterskich legendach, na zawsze zakotwiczony w europejskiej świadomości „Jeźdźcami” Jospeha Kessela. Rezygnacja, na samym wstępie, z tak malowniczej mise-en-scene wydaje się zamachem wręcz samobójczym, nie zdobył się na to sam Andrzej Sapkowski w „Żmii”. Ale… w tym szaleństwie jest metoda. Kozak zrezygnowała z atrakcyjności, z pociągających konotacji kulturowych, by tym dobitniej, tym bardziej bezlitośnie, pokazać kulisy tej najbrutalniejszej – także przez swą legalność – wojny narkotykowej. Aż dziwne, że nikogo nie zainteresował bliżej sam tytuł: „Łzy diabła”, pochodzący od nazwy narkotycznej substancji, bez której niemożliwe jest trwanie ziemskiej cywilizacji. Zdawkowo potraktowano też w „recenzjach” dwójkę pobocznych, lecz kluczowych ziemskich bohaterów – szarych eminencji, nadzorujących realizację „naszych celów” w kosmosie. A przecież dzięki temu tytułowi i tym bohaterom inaczej patrzeć będziemy na to, co dzieje się na naszych oczach i o czym mówi się ad nauseum: ubrana w wielkie słowa o demokracji, misji cywilizacyjnej i prawach człowieka, afgańska wojna jest tak naprawdę specyficzną wojną narkotykową. Wojną, w której producenci biją się między sobą o jak największy „wolumin sprzedaży”, a my, którym bez „łez diabła” nijak, napędzamy im tę plemienno-rodową wojnę. Płacimy, ale nie marnujemy naszych pieniędzy na szkoły i na szpitale dla prymitywnych tubylców. Inwestycja w Afganistan musi się zwrócić i przynieść nam zyski. Biznes jest biznes. Na handlu narkotykiem zarabiamy, bo pozbywamy się przestarzałych, zamortyzowanych maszyn do zadawania śmierci, które w naszym pokojowym świecie trzeba by jakoś zutylizować. A nadwyżkę w tym handlu inwestujemy w R&D, w jeszcze lepszy hardware wojny.

Wspaniały jest ten nasz świat, prawda? Kręci się gładko, oliwiony – tak! – krwią Afgańczyków. Wystarczyło wyjąć ich z banalnego już kontekstu, by przerażająca prostota takiej transakcji handlowej raptem znów uderzyła nas po oczach… i po sumieniu.

„Tetralogii wampirzej” potrzebna jest piąta część, „Łzom diabła” chętnie dopisałbym drugą. Bo tak naprawdę to Afgańczycy Magdaleny Kozak trzymają przecież stopę na gardle ziemskiej cywilizacji i gdyby zdarzył się cud… gdyby wyciszyli wojny plemienne… gdyby mocno to gardło przydepnęli… Co Pani na ten pomysł, Pani autorko?

„Fiolet” zostawiłem sobie na koniec, bo i jest to powieść, którą powinno się czytać na końcu. Jest doskonałą zabawą dla kogoś, kogo ciekawi, jakimi drogami dochodzi się do „wampirów” i do „Afganistanu”: przez „pisz tylko o tym, na czym się znasz”, wykorzystanie osobistych fascynacji, zawodu i doświadczeń, doskonalenie języka i umiejętności konstruowania fabuły ze swobodnym jego wykorzystaniem, do narracyjnej płynności wreszcie, ożywiającej wampiry nawet w wątłej wyobraźni najprostszego „czytelnika planktonowego” i pozwalającej poprowadzić (we „Łzach diabła”) dwie niezależne linie fabularne, a potem spiąć je z budzącą uznanie biegłością.

„Fiolet” jest powieścią prościutką jak konstrukcja cepa, dla większości czytelników zapewne tylko okazją do poznania tajników spadochroniarstwa. Ale w rzeczywistości mamy tu już:

a/  pretekstowe traktowania elementu fantastycznego z odwołaniem do fantastyki pulpowej przez ożywienie najtandetniejszego jej topoi: inwazji złowrogich roślin z kosmosu,

b/ prostą w środkach, lecz więcej niż poprawną konstrukcję postaci – na czym wygrywają u Kozak postaci kobiece, niekoturnowe i szalenie niepolitpoprawne, za to tak przekonujące, że aż strach byłoby je poznać… i się im narazić.

c/ świadectwo, jak powinno się budować świat przedstawiony użyciem środków językowych: końcówkę „Fioletu”: relację ze specyficznej śmiercionośnej gry, czyta się jednym tchem, choćby oznaczało to czytanie do rana.

„Fiolet” pozwala mi na swobodne zakończenie tego fragmentu polecanych „lektur bożonarodzeniowo – noworocznych” czymś w rodzaju życzenia noworocznego dla „bookgeeków”: obyś w 2018 czerpał radość z myślącego czytania i obyś się nigdy nie nudził.

 

Krzysztof Sokołowski.

 

[dla tego wpisu włączone są komentarze]